poniedziałek, 3 marca 2014

Rozdział 16


Walking on air - Kerli

*PRZEPRASZAM ŻE TAK PÓŹNO, NA ŚMIERĆ O TYM ZAPOMNIAŁAM!!*

- Jesteś niewinny - odparłam wreszcie. Kiedy powiedziałam te słowa, zdałam sobie sprawę, że wiedziałam to od początku. Nie patrzyłam mu w oczy, gdy mówiłam, zamiast tego nie spuszczałam wzroku z moich palców, którymi nerwowo się bawiłam. Nie chciałam patrzeć mu w oczy, bojąc się jego odpowiedzi; bojąc się, że mogę nie mieć racji.
- Naprawdę w to wierzysz? - zapytał ledwo słyszalnym głosem. Skinęłam, wciąż nie odrywając wzroku od podłogi.
- Rose, popatrz na mnie - poprosił. Jego smukłe palce powędrowały do mojej brody łagodnie ją unosząc, aby moje oczy spojrzały w jego. Iskrzyły się pięknym, głębokim odcieniem zieleni i były tak uspakajające - Masz rację.
Wypowiedział te dwa słowa na wydechu, jakby jakiś ogromny ciężar właśnie został zrzucony z jego piersi. I to właśnie ta ulga sprawiła, że mogłam naprawdę to zobaczyć. Mogłam zobaczyć to w jego rosnącym uśmiechu, jego zielonych jak las oczach; mogłam usłyszeć w jego ochrypłym głosie. Mówił prawdę.
Jednakże ta prawda nie przyniosła jedynie wielkiej ulgi, ale też niezliczoną ilość pytań. Dlaczego Harry wciąż był zamknięty w tym okropnym miejscu? Co naprawdę przytrafiło się tym kobietom? Czy Harry wiedział kto to zrobił? Czy pani Hellman wiedziała, że Harry był niewinny?
Nowo odkryta prawda rozproszyła po moich myślach niezwykłą ciekawość, sprawiając, że chciałam wiedzieć więcej i więcej o tym nowym Harrym, tym niewinnym Harrym, który był tu przez cały ten czas, ale byłam zbyt ślepa, żeby zdać sobie z tego sprawę.
Więc wypowiedziałam po prostu słowa, które, jak miałam nadzieję, miały przynieść odpowiedzi na wszystkie moje pytania:
- Myślę, że należą mi się wyjaśnienia.

HARRY'S POV
Mały uśmiech formujący się na ustach Rose wraz z jej żądaniem, sprawił, że wyjawienie jej prawdy stało się koniecznością. Musiałem powiedzieć jej co się stało. I chciałem tego. Jeśli  ktokolwiek miał się dowiedzieć, kim tak naprawdę byłem, to musiała być ona.
- Okej - westchnąłem i wziąłem głęboki oddech, aby przygotować się na zawiłą historię, którą miałem zaraz opowiedzieć. Wyrzuciłem niewypalonego jeszcze do końca papierosa do kosza na śmieci stojącego obok nie chcąc robić przerw na nikotynę i wszystko przeciągać - Cóż zacznijmy od tego, że nie jestem święty czy coś w tym stylu. Nigdy nie byłem dobrym dzieciakiem, daleko mi było do tego.
Rose skinęła, kilka ciemnych kosmyków wyswobodziło się z jej koka i opadło na zafascynowane oczy.
- Właściwie to, uh...to nie jest mój pierwszy raz w Wickendale - powiedziałem
- Co? - spytała - Jak to?
- Byłem tu już kiedyś. Jako pacjent, na oddziale dziecięcym. Chyba kiedyś był na drugim piętrze, tak mi się wydaje. Miałem jakieś dwanaście lat - brwi Rose uniosły się w zdziwieniu.
- Co zrobiłeś?
Pomimo tego, że wiedziałem, że to pytanie było nieuniknione, bałem się na nie odpowiadać. Ale miałem już dość duszenia tego w sobie, to była najwyższa pora, żeby wyrzucić z siebie horrory z mojej przeszłości.
- Mój ojciec zawsze traktował mnie i moją mamę jak gówno. Bił nas i w ogóle. Jednej nocy widziałem jak ją uderzył, dusił nawet i tak cholernie się bałem, Rose. Byłem też zły i chciałem, żeby poczuł jeszcze gorszy ból niż ten, który musiała czuć moja mama. Chciałem, żeby umarł, nienawidziłem go bardziej niż cokolwiek innego. Pewnego wieczoru leżał upity do nieprzytomności na kanapie, podczas gdy moja mama pracowała do późna. Wziąłem jakiś łatwopalny płyn i zapałki...
- Nie zrobiłeś tego - powiedziała z trudem łapiąc powietrze z ręką zakrywającą jej usta w szoku.
- Zrobiłem - skinąłem głową - To było pojebane, wiem o tym. Ale przeżył, miał tylko kilka poparzeń. Powiedziałem policji, dlaczego zrobiłem to co zrobiłem, więc mojego ojca wsadzili do więzienia, a mnie do Wickendale.
Zrobiłem minutę przerwy, żeby zbadać zszokowany wyraz twarzy Rose. Jej oczy były szeroko otwarte z zaskoczenia, jej głos cichy, ciało spięte. Bała się, bała się mnie. Zwykle pewnie nie byłbym w stanie się nie uśmiechnąć, czerpiąc przyjemność z tego, że to ja miałem przewagę. Ale nie teraz, nie w ten sposób.
- Rose, to nie było...to znaczy, zmieniłem się. Byłem po prostu przestraszonym dzieciakiem i nie chciałem, żeby on dalej ją krzywdził i...cholera nie powinienem był ci w ogóle o tym mówić, przepraszam, ja...
- Cii, wszystko w porządku - przerwała mi, unosząc rękę, aby mnie uciszyć. Jej wyraz twarzy zmienił się z przestraszonego na zamyślony.
- O czym myślisz? - zapytałem.
Zajęło jej to chwilę, aby znaleźć odpowiednie słowa. Kilka razy otworzyła usta jakby miała coś powiedzieć, ale za każdym razem z powrotem je zamykała.
- Nie mam ci tego za złe. - powiedziała w końcu.
- Co? - spytałem chyba bardziej zszokowany niż ona przed chwilą.
- Znaczy, oczywiście, że to co zrobiłeś było okropne, ale to co zrobił twój ojciec tobie i twojej mamie także. Spalenie go żywcem nie było najlepszą opcją, ale dorastałeś wśród przemocy, więc się to na tobie odbiło. To ma sens.
Teraz była moja kolej na bycie zaskoczonym. Spodziewałem się, że zareaguje...cóż, na pewno nie tak.
- Dziękuję ci, że jesteś taka...wyrozumiała - powiedziałem.
Mały, współczujący uśmiech pojawił się na jej pięknych ustach.
- Kiedy w końcu cię stąd wypuścili?
- Kiedy miałem 16 lat - powiedziałem jej - A kiedy wyszedłem, nie miałem gdzie się podziać. Moja matka się mnie bała, a mój ojciec był ciągle w więzieniu. Więc zacząłem pracę na farmie. Roznosiłem siano  i sprzątałem końskie gówna. Mój szef był dupkiem i było widać, że mnie nienawidził. Ale i tak trzymał mnie u siebie. To było okropne, ale na szczęście udało mi się zarobić wystarczająco, żeby kupić sobie własne mieszkanie. I przez jakiś czas moje życie wyglądało właśnie tak, po prostu pracowałem i spałem. Piłem w  pobliskim barze i przyprowadzałem do domu dziewczynę od czasu do czasu. To było dość gówniane życie. Dopóki jej nie spotkałem.
- Kogo? - spytała Rose wsłuchana w każde słowo, które wypowiadałem. Kochałem jej ciekawość, to jak wszystko ją interesowało.
-  Miała na imię Emily - powiedziałem, a mały uśmiech zagościł na mojej twarzy, kiedy w końcu pozwoliłem sobie ją przypomnieć - Boże Rose, ona była taka piękna. Na pewno byś ją polubiła. Miała długie blond włosy i najbardziej hipnotyzujące niebieskie oczy... prawie jak ktoś kogo można zobaczyć tylko w snach. Była córką mojego szefa i przychodziła na farmę co jakiś czas. Pewnego dnia zaczęliśmy rozmawiać, a od tej pory moje życie było idealne. Była najwspanialszą dziewczyną jaką kiedykolwiek spotkałem, nie wiem nawet co robiła z kimś takim jak ja. Byłem tak popierdolony, ciągle jestem, ale ona i tak mnie kochała. Sprawiła, że zapomniałem o swojej przeszłości i uwalniała to, co we mnie najlepsze i wiem, że to brzmi ckliwie, ale to prawda. Kochałem w niej wszystko, to jak każdego ranka robiła naleśniki, to jak mówiła mi, że mnie kocha nieważne ile razy nawaliłem. Była moją absolutnie ulubioną osobą na świecie.
Każde słowo, które wypowiadałem bolało jak cholera, ale cieszyłem się, że mogłem to w końcu z siebie wyrzucić. Nie mówiłem o niej od czasu...incydentu i teraz wszystkie wspomnienia naraz zaczęły spływać z powrotem. Mój umysł zaczął wypełniać się obrazami jej oczu, tych pięknych oczu, które patrzyły na mnie jakbym jednak coś znaczył. Myślałem o naszym wspólnym dniu na plaży, to zawsze było moje ulubione wspomnienie. Myślałem o jej śmiechu, kiedy próbowała nauczyć mnie tańczyć, myślałem o jej słodkich pocałunkach na moich ustach, kiedy pierwszy raz powiedziałem jej, że ją kocham. Ale później ktoś mi ją odebrał, zabijając ją bez żadnego powodu. Kurwa, pewnie nawet wcześniej ją zgwałcił. Powinienem był ją ochronić, powinienem był bardziej się postarać, aby była bezpieczna, żebym mógł zobaczyć jej uśmiech choćby jeszcze jeden raz. Ale zawiodłem kolejną osobę, którą kochałem. Zanim zdałem sobie sprawę, łza potoczyła się po moim policzku, a później kolejna. Cholera, teraz już po prostu płakałem.
- Zawsze pragnąłem znaleźć kogoś - zacząłem trzęsącym się głosem - Zawsze pragnąłem znaleźć kogoś takiego jak ona...i myślę, że znalazłem.
Popatrzyłem na Rose, a ona odwzajemniła spojrzenie. Łzy zaczęły formować się również w jej oczach. Nie oderwała ode mnie wzroku ani na chwilę, kiedy chwyciła moją spoczywającą na łóżku dłoń w swoją. Pocierała swoim kciukiem rysując małe, uspakajające kółka na jej wierzchu, a ja uśmiechnąłem się do niej przez swoje zamglone oczy.
- Jeśli nie masz nic przeciwko, że spytam, co się z nią stało? - spytałam miękkim, kojącym głosem.
- Ona uh...ona była jedną z ofiar.
- Nie - sapnęła, zakrywając dłonią usta. Wyglądała jakby nie mogła w to uwierzyć.
- Tak. Jej rodzice mnie nienawidzili, uważali, że miałem na nią zły wpływ, więc natychmiast zostałem oskarżony o to, że ją zabiłem. Miałem gównianego prawnika i jedyne co był w stanie zrobić to usprawiedliwić mnie niepoczytalnością, podczas gdy jej bogata rodzina zapłaciła tysiące za najlepszego prawnika, jaki tylko mógł być. Wszystkie morderstwa zostały połączone i oskarżono mnie o każde z nich. Więc teraz wszyscy myślą, że ją zabiłem, pomimo tego, że to nie mogłoby być dalsze od prawdy. Ale jakikolwiek obrzydliwy kutas to zrobił, zamierzam sprawić, że poczuje dziesięć razy większy ból niż ona. Przysięgam na Boga, że obedrę go z każdego centymetra jego jebanej skóry... -  Rose widocznie drgnęła na moje słowa i skuliła przez szorstki ton.
- Przepraszam - westchnąłem.
- Nie szkodzi - prawie szepnęła - Harry, to okropne. Tak mi przykro.
- W porządku, to przecież nie twoja wina - pociągnąłem nosem ocierając kilka ostatnich żałosnych łez, które spłynęły na moje policzki - Po prostu za nią tęsknię.



ROSE'S POV

Moje serce wręcz bolało od dudnienia w mojej piersi, czując do Harrego coś, czego nie czułam nigdy wcześniej. Obraz małego chłopca z burzą loków mignął mi przed oczami, chudszego i niższego niż ten przede mną ze śladami świeżych łez na policzkach, kiedy jego matka krzyczała i jego ojciec wrzeszczał. Zobaczyłam go kulącego się ze strachu, patrzącego na swoją mamę wyzywaną jakby była niczym. Widziałam zmierzwione włosy na czubku jego głowy, kiedy jego pierś unosiła się i opadała wraz z każdym ciężkim oddechem, odbicie ognistych płomieni w jego oczach i pełnych bólu krzyków w uszach. Był po prostu przestraszony i zagubiony.
I kiedy w końcu znalazł jedyną osobę, która kiedykolwiek sprawiła, że był szczęśliwy; która była w stanie sprawić, że wszystkie złe wspomnienia odeszły, ktoś mu ją odebrał. A żeby było jeszcze gorzej, on musiał ponieść winę za jej śmierć, podczas gdy tak naprawdę to on był tym, który cierpiał najbardziej. Kiedy popatrzyłam przed siebie, zobaczyłam tego samego chłopca. Ślady łez ciągle widoczne na jego twarzy, były dowodem powodzi wspomnień, której pozwolił zalać swoje myśli. I pomimo tego, że może mnie odepchnąć; pomimo tego, że może odrzucić moją próbę pocieszenia go i tak wstałam podchodząc bliżej do załamanego chłopca. Byłam od niego wyższa stojąc nad nim, kiedy wciąż siedział na skrzypiącym łóżku.

Moja podświadomość przejęła kontrolę, zanim zdążyłam się połapać; nie wiedziałam nawet co robiłam, ale i tak to robiłam. Coś dziwnego można było wyczuć w panującej atmosferze, jakby mrowienie, które przyciągało mnie do Harrego. Nie umiałam tego opisać, ale na pewno to czułam. Poczułam obezwładniającą potrzebę, aby go dotknąć, a nawet pocałować. Moje oczy z jego oczu zsunęły się na jego usta, jego pełne różowe usta. Mogłam sobie tylko wyobrazić jakby to było poczuć je na swoich, a na samą myśl omal nogi się pode mną nie ugięły. Ale używając całej siły, którą w sobie miałam powstrzymałam się przed wybraniem drugiej opcji. Moja ręka uniosła się, zanim zdążyłam o tym pomyśleć i wślizgnęła się w jego miękie loki. Popatrzył na mnie swoimi błyszczącymi oczami przygryzając dolną wargę. Ale się nie odsunął, a wręcz wydawał się być zadowolony z mojego łagodnego dotyku. Kiedy moja dłoń głaskała jego gęste loki, ja przbliżałam się do niego coraz bardziej, dopóki jego głowa nie spoczęła na moim brzuchu i stanęłam miedzy jego nogami. Powoli oplótł mnie rękami, przyciągając mnie do siebie jeszcze bliżej. Harry wypuścił urywany oddech, kiedy wciąż poruszałam ręką w przód i w tył po jego włosach, lekko drapiąc skórę jego głowy. Druga ręka jeździła po jego plecach starając się go zrelaksować, albo może złagodzić jego udrękę.
- Ciii już wszystko dobrze. Wydostanę cię stąd. Obiecuję - powiedziałam i każde moje słowo było prawdziwe.
Gdyby ktoś mi powiedział kilka miesięcy temu, że będę przytulała Harry'ego, tak jak robiłam to teraz z jego rękami oplatającymi moją talię i moją dłonią wplątaną w jego włosy, nie uwierzyłabym mu. Zaśmiałabym mu się w twarz i wzdrygnęła na samą myśl. Ale teraz, po tym jak miałam szansę lepiej go poznać - nie pragnęłam niczego więcej tylko pozostać tak na zawsze. 
Ale w Wickendale nie istniało coś takiego jak prywatność, drewniane drzwi do pomieszczenia zaskrzypiały, a my gwałtownie od siebie odskoczyliśmy. Od razu poczułam brak ciepła Harrego, kiedy Lori przeszła przez próg, zbyt czymś zajęta, aby mieć jakiekolwiek podejrzenia co do wydarzeń, które przed momentem miały miejsce.
- No więc twoje rozcięcie jest wyczyszczone i nie jest zbyt głębokie, więc nie potrzeba szwów. Możesz już iść - oznajmiłam.
Lori przeszła koło nas bez słowa, zabierając ze swojego biurka różnorodne papiery, zanim podeszła do łóżka, na którym leżała Molly.
- Dziękuję - zabrzmiał głęboki głos Harry'ego, kiedy jego wiśniowe usta ułożyły się w mały uśmieszek. Patrzyłam jak zakładał swój uniform z powrotem na szerokie ramiona. Jego łobuzerskie spojrzenie nie schodziło ze mnie ani na moment, kiedy jego palce zwinnie zapinały niebieski materiał.
Oczy Lori przeniosły się na naszą dwójkę, widząc uśmiech Harry'ego, który w końcu odwzajemniłam. Po tym jak jej brwi złączyły się w zastanowieniu, a jej uwaga z Molly przeniosła się na nas ostrożnie, jakby nie chciała byśmy zauważyli, mogłam wnioskować, że wiedziała, że coś było nie tak. Może to było bardziej oczywiste, niż mi się wydawało, bo Lori na pewno coś wiedziała. Rozmiar jej wiedzy pozostawał jednak zagadką, ale z pewnością zdawała sobie sprawę z tego, że moja relacja z Harrym nie była czysto zawodowa. Nie wiedziałam czy powinnam przejmować się Lori, więc po prostu  zignorowałam potencjalny problem. Nie chciałam też przyciągać do siebie więcej uwagi niż to było konieczne.
- Do zobaczenia, Rose - powiedział Harry, kiedy wychodził przez drzwi.
- Pa, Harry -odpowiedziałam patrząc jak opuszcza pomieszczenie.
Zdawało się jakby nasza poprzednia rozmowa wytworzyła między nami jakąś więź, jak lina która łączyła nas mentalnie. Jak silna była ta lina, nie byłam pewna. Ale teraz wiedziałam o nim więcej niż ktokolwiek inny. I rozwiązanie mrocznej zagadki Harry'ego dało mi pewien wewnętrzny spokój; wiedząc, że moje największe zmartwienie mogło odejść w zapomnienie. Jednakże w parze z tym spokojem szedł horror, ponieważ już wiedziałam, że nie zabił tych kobiet.
I teraz nie było niczego, co powstrzymywałoby mnie przez zakochaniem się w nim.
                                                                                                        
asjdnhfajdkvbckdasjv nie wiem jak wy, ale ja kocham ten rozdział!! Jeden z trzech moich ulubionych! Uwierzycie, że autorka pisała, że jej nie wyszedł i bardzo za to przepraszała?!
I zapraszam na naszego aska jeśli macie jakiekolwiek pytania:3 Kocham was ~Magda
PS Posracie się normalnie przy następnym!

asdfghjjhgfd adfhrewfnj yayayay!!!! nie mogę się doczekać, aż dowiecie się jeszcze więcej i zobaczę waszą reakcję hahahaaaa ♥ POZA TYM BARDZO DZIĘKUJEMY ZA 400 OBSERWUJĄCYCH ILY ~natalia :)x
 

poniedziałek, 24 lutego 2014

Rozdział 15


Weszłam do kafeterii Wickendale z jeszcze bardziej zagmatwanymi myślami niż zwykle, kręciło mi się już w głowie od Jamesa i Harrego. Spędzanie czasu z Jamesem było idealne i nasz pocałunek też, więc czemu wyobraziłam sobie wtedy usta Harry'ego? Czemu nie mogłam po prostu pobyć z Jamesem bez ciągłego myślenia o nim? Wszystkie te pytania wirowały mi w głowie i nie mogłam zebrać ich do kupy. Toczyła się we mnie wewnętrzna walka, gdzie jedna moja część chciała być dobra, a druga błagała o pozostanie po stronie diabła.

Ale sam fakt, że nawet brałam pod uwagę drugą opcję mnie przerażała, bardzo. Ale Harry miał w sobie coś, co przyćmiewało logiczne i moralne postrzeżenia, jakie miałam i zajmował każdą moją myśl. Był jak infekcja, rozprzestrzeniał się we mnie i nie chciał zostawić w spokoju.

A jeżeli już mowa o diable, był tam, kiedy weszłam do wielkiego pomieszczenia. Siedział już przy naszym stoliku, z potarganymi lokami odgarniętymi do tyłu odsłaniając tym samym swoje cudowne rysy, a w swoich czerwonych ustach trzymał przygasającego papierosa.

- Wcześnie jesteś - przywitałam go, siadając obok.
- Ta, wypuścili nas trochę wcześniej z tej pieprzonej grupowej terapii, bo Janise miała załamanie i próbowała udusić ochroniarza. W sumie to było nawet śmieszne - uśmiechnął się głupawo, wypuszczając dym.
- Nikomu nic się nie stało? - spytałam.
- Niestety nie. Szkoda, bo chciałbym dla odmiany zobaczyć tu jakąś akcję.

Wywróciłam oczami, ale nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu na jego cyniczny humor. Podświadomie rozejrzałam się, żeby sprawdzić, czy nie brakuje jakichś ochroniarzy ze względu na incydent, który opisał Harry, ale  było ich pełno w całym pomieszczeniu i wyglądali dobrze. James też, na którego wzrok się natknęłam, kiedy się rozglądałam. Posłał mi uroczy uśmiech, a ja go odwzajemniłam machając mu zanim wróciłam wzrokiem do Harry'ego. Patrzył to na mnie to na James z niemalże zabawnym wyrazem obrzydzenia na twarzy.

- Wiesz Rose, że nie mogę kontrolować z kim się spotykasz, ale mogłabyś nie robić maślanych oczu do osoby, którą gardzę w mojej obecności?
- Gardzisz? To chyba trochę za mocne słowo, nie sądzisz?

Harry wzruszył ramionami, ciągle poirytowany.

- Wiesz już, że James jest niewinny. Skoro nikogo nie zamordował to czemu go tak bardzo nienawidzisz?
- Po prostu go nienawidzę - odpowiedział krótko, opierając się o krzesło, by po chwili wyciągnąć z ust papierosa i wypuścić kłąb dymu - Czyli co, poszliście wczoraj na ten festyn, tak?
- Tak - powiedziałam ostrożnie, w obawie, że rozmowa może wymknąć się spod kontroli. Poczułam nagłe ukłucie wyrzutów sumienia na wspomnienie o pocałowaniu James, ale natychmiast odepchnęłam je od siebie. Powinnam móc całować się z kim chcę, nie byłam przecież przywiązana do Harry'ego.
- I jak było? - dopytywał, próbując brzmieć nonszalancko.
- Fajnie - odparłam krótko.
- Rose, możesz mi powiedzieć. Próbuję tylko nawiązać rozmowę - powiedział znowu wzruszając ramionami. Starał się zachowywać naturalnie w stosunku do tej całej sytuacji, ale wiedziałam, że chciał usłyszeć więcej.

Westchnęłam, stwierdzając, że nie ma nic złego w podzieleniu się z nim szczegółami naszej "randki". Powinnam mu powiedzieć też o pocałunku? Obawiałam się jego reakcji, ale z jakiegoś powodu poczułam, że powinien wiedzieć. I część mnie chciała, żeby wiedział.

To mogło brzmieć głupio, ale mój związek z Jamesem był jedyną rzeczą, którą miałam na Harry'ego. On mógł mnie bez problemu prowokować albo drażnić, nawet tylko muskając mnie opuszkami palców czy szepcząc mi do ucha swoim ochrypłym głosem. Ale ja nic nie miałam na niego. Poza tym. To coś z Jamesem, cokolwiek to było, mogło być moim jednym sposobem na ustawienie Harry'ego do pionu. A na samą myśl o tym, jak jego szczęka uwydatniała się, gdy ją mocno zaciskał, jak naprężał mięśnie pod gładką skórą, czułam się lepiej. Głupie i trochę samolubne, wiem, ale nic nie poradzę.

- No, wykrawaliśmy w dyniach - zaczęłam.
- Ale ubaw - prychnął, ale żartobliwie.
- Zamknij się - uśmiechnęłam się - Poszliśmy też na diabelski młyn. I my, uh... pocałowaliśmy się - mówiłam, a słowa przechodziły mi przez gardło ciężej niż powinny. Spojrzałam na Harry'ego i przekonałam się, że stało się to, na co liczyłam. Całe jego ciało się spięło, oczy nabrały nieco ciemniejszego odcienia szmaragdu.

- Oh - to wszystko, co powiedział. Wiedziałam, że gdzieś głęboko Harry ciągle miał przeczucie, że to James jest mordercą, chociaż było to mało prawdopodobne. Te podejrzenia spowodowały pewnie to, że nie chciał, żebym była z Jamesem, ale było coś jeszcze, czego nie mogłam odczytać. Gdybym go nie znała, powiedziałabym, że był... zazdrosny.

- I coś poza tym? - zapytał.
- Nie - pokręciłam głową - poszliśmy na jeszcze kilka przejażdżek, a potem odwiózł mnie do domu.

Harry tylko pokiwał głową, małe linie między jego brwiami ciągle były widoczne. Nie przerywał ciszy, żeby ciągnąć dalej rozmowę, a ja nie wiedziałam, co mam jeszcze powiedzieć. Więc milczeliśmy. Jedyny hałas robili inni pacjenci, a najbardziej jedna kobieta siedząca kilka stolików od nas, cicho powtarzając "muszę się wydostać, muszę się wydostać, muszę się wydostać".

Nie rozmyślałam nad nią długo, bo inni pacjenci często robili to samo. Więc starałam się znaleźć nowy temat.

- A tak w ogóle, dowiedziałeś się czegoś w tej całej sprawie pod tytułem "Cynthia może być testem naukowym"? - spytałam.
- Nie, nie za bardzo - Harry pokręcił głową - W sumie nie za dużo się temu przyglądałem. A ty?
- Ja też nie - powiedziałam - Nie wiem nawet od czego zacząć.

W tym momencie kobieta zaczęła mówić głośniej i szybciej.

- Muszę się stąd wydostać!

Tym razem Harry zwrócił na nią uwagę, patrząc w jej stronę podejrzliwie.

- Wszystko z nią w porządku? - zaciekawił się. I wtedy, jak na zawołanie, wstała.

- Muszę się stąd wydostać! - pisnęła, zwracając na siebie wszystkich uwagę - Muszę wyjść! Wypuście mnie! - jej głos był ochrypły i przepełniony strachem, gdy zacisnęła pięści. Harry przekręcił się, nie wiedziałam, czy żeby pomóc czy pooglądać.

Mizernie wyglądająca dziewczyna chwyciła krzesło, na którym siedziała i rzuciła nim, a wszyscy dookoła niej podskoczyli.

-WYPUŚĆCIE MNIE! - wrzasnęła, uderzając pięścią w stół z każdą sylabą - DŁUŻEJ JUŻ NIE ZNIOSĘ.

Z drugiej strony dojrzałam, że trzyma coś między palcami, ale nie wiedziałam, co to.

- WYPUŚCIE MNIE! - krzyknęła znowu, zrzucając tacę z jedzeniem ze stołu.
- Trzeba jej podać coś na uspokojenie - powiedziałam, właściwie do siebie, wstając szybko i podbiegając do niej. Jej ciemne włosy były poplątane, a jej duże szare oczy i to, jak na mnie patrzyła mnie zaniepokoiło. Sama bym sobie z nią nie dała rady, za bardzo była roztrzęsiona i rozwrzeszczana.

- Niech ktoś mi pomoże! - zawołałam, wzywając do siebie któregokolwiek z ochroniarzy. Ku mojemu zdziwieniu, Harry był przy mnie pierwszy, chwytając kobietę za ramiona i przytrzymując je za jej plecami, zanim zdążyła zareagować. Szarpała się, ale on był zbyt silny.

Sięgnęłam szybko do kieszeni wyciągając strzykawkę z lekami uspakajającymi, które zawsze przy sobie nosiłam, chociaż rzadko używałam. Nawet przy mocnym uścisku Harry'ego ciągle za bardzo się szarpała, żebym mogła jej bezpiecznie wstrzyknąć leki. Więc byłam bardzo wdzięczna, kiedy James i inny ochroniarz, którego imienia nie pamiętałam wreszcie się ruszyli, żeby pomóc.

- Puść, już jesteśmy - powiedział do Harry'ego nieznany mi ochroniarz, pouczając go, jakby był małym dzieckiem, które zrobiło coś, czego nie powinno. Pewnie było im głupio, że pacjent pomaga uspokoić drugiego. Ale myślę, że wszyscy już teraz wiedzieli, że Harry nie był jak reszta.

Jego jasne oczy spotkały moje i na chwilę zapomniałam, gdzie jesteśmy i jak niebezpieczna jest ta sytuacja, zupełnie zatracona w ich szmaragdowym odcieniu. Zdawało się, że poprzez wzrok pyta o pozwolenie, czy zgadzam się, żeby puścił. Przytaknęłam, wiedząc, że ochroniarze dadzą sobie radę.

- Harry, już jesteśmy - powiedział znowu ochroniarz. Harry zrobił, co mu kazał i puścił ją, żeby ochroniarze mogli ją przejąć. Ale zanim James i ten drugi zdążyli ją złapać, wyślizgnęła się podnosząc to, co miała w ręku. Odwróciła się, kiedy próbowali złapać ją za ramiona, żeby z powrotem nad nią zapanować. Lecz najpierw uniosła rękę i krzyknęła "WYPUŚCIE MNIE!", a ja wreszcie zobaczyłam, co trzymała. Długi, zardzewiały gwóźdź. Jednym ruchem cisnęła nim w klatkę Harry'ego przesuwając po jego skórze, a brązowy gwóźdź pokrył się ciemną czerwienią jego krwi. Wciągnęłam powietrze, kiedy twarz Harry'ego wykrzywiła się w bólu. Ochroniarze wreszcie ją złapali. James wyrwał jej pokryty czerwoną cieczą gwóźdź z ręki i rzucił nim o ziemię. Chociaż strasznie chciałam zaopiekować się Harrym wiedziałam, że muszę najpierw zająć się osobą, która wyrządziła mu krzywdę.

Oboje trzymali jej ręce za plecami, tak jak przed chwilą Harry. We dwóch mogli powstrzymać ją od wyrywania się. Kiedy wreszcie była usztywniona mogłam przycisnąć strzykawkę do jej szyi, a lek wpełzł w jej żyły natychmiastowo ją uspakajając. Jej oddech powoli się wyrównywał i osunęła się w ramionach Jamesa.

- Dobra, zabierzcie ją do Lori - zarządziłam tak spokojnie, jak mogłam.

Oboje przytaknęli, a James pokusił się, żeby na chwilę na mnie spojrzeć.

- W porządku? - spytał.
- Tak - powiedziałam, tylko trochę roztrzęsiona. Skinął i ruszył, aby zaciągnąć ją w stronę pokoju pielęgniarek. Mogłam wreszcie skupić się na Harrym. Trzymał rękę na krwawiącym torsie, ale nie wyglądało, jakby doznał poważnych urazów.

- Wszystko okej? - zapytałam, podeszłam, żeby obejrzeć ranę.
- Ta, jest dobrze - odparł, a w jego głosie nie było ani strachu ani bólu ani nic. Był bardzo twardy, nie fizycznie, ale psychicznie. Był przy mnie pierwszy i pomimo tego wypadku pozostawał spokojny i wiedział dokładnie, co robić. W sumie był niesamowity.

- Chodź - westchnęłam - Pójdziemy to oczyścić - położyłam rękę na jego plecach i zaprowadziłam go do pokoju pielęgniarek, zachowując dystans między Jamesem i tym drugim. Miałam nadzieję, że nie będzie już więcej takich incydentów w kafeterii, a jeżeliby były to modliłam się, żeby tych kilku pozostałych ochroniarzy dało sobie radę.

Dotarliśmy do mini szpitala w niecałą minutę. Lori wyglądała na zaskoczoną, kiedy weszliśmy wszyscy w piątkę.

- Co się stało? - spytała wstając od biurka zmartwiona.
- Był mały... incydent - odpowiedziałam. Opowiedziałam Lori każdy szczegół z załamania pacjentki.

Dwóch ochroniarzy pomogło Lori posadzić ją na szpitalnym łóżku na tyłach pokoju, a potem wrócili do kafeterii.

- Dobra, leki powinny działać, dopóki nie wrócę. Muszę o tym powiadomić panią Hellman i psychiatrę, zajmiesz się Harrym?

Spojrzałam na jego wysoką sylwetkę obok mnie, jego klatka piersiowa ciągle była zakrwawiona.

- Tak, zajmę się nim - skinęłam.

Lori podziękowała mi, a potem wyszła, zostawiając mnie z Harrym na osobności. No może poza nieświadomą Molly leżącą kilka łóżek dalej.

- Możesz tu usiąść - powiedziałam wskazując na łóżko z białą pościelą stojące obok mnie. Usiadł na skraju cienkiego materacu, a ja przesunęłam krzesło Lori naprzeciwko niego.

- Musisz, um, zdjąć swój... no - mówiłam, pokazując na jego niebieski kombinezon. Jego pełne usta wykrzywiły się w uśmieszek, kiedy jego długie palce zaczęły odpinać guziki uniformu. O cholera.

Odwróciłam się do szuflad z przyborami, biorąc rzeczy do oczyszczenia rany, żebym nie musiała oglądać, jak materiał powoli odsłaniał jego tors. Nie zniosłabym tego. Wzięłam więc wodę utlenioną, gazy, igłę z nićmi i wszystko inne, czego mogłabym potrzebować, by uniknąć wgapiania się w jego anielskie ciało.

Ale wiedziałam, że będę musiała w końcu na niego spojrzeć, chociaż byłaby to dla mnie tortura. Kiedy wreszcie się do niego aż sapnęłam na widok jego ciała, kombinezon zaciągnięty był do pasa, pozostawiając wszystko powyżej nagie i wyeksponowane. Rozcięcie na jego skórze rozpraszało mnie trochę od piękna jego ciała, na które aż się śliniłam. Miał opaloną skórę, wystające obojczyki, a jego klatka piersiowa była szeroka i umięśniona. Jego mięśnie brzucha były idealnie opalone, każde zaokrąglenie było pięknie ukształtowane na jego długim torsie. I chyba moją ulubioną częścią jego ciała była głęboka linia V ciągnąca się od jego ud i znikająca pod ubraniem. Jakby to mnie niewystarczająco powalało na kolana, jego ramiona także wyglądały jak wyrzeźbione przez anioły, naprężone mięśnie odznaczały się pod skórą. Był prawie jak jakiś grecki bóg.

Przełknęłam ślinę wygrzebując się z pożądliwych myśli, które zaczynały się wkradać w mój umysł. Podeszłam i usiadłam na wprost niego, odkładając przybory obok. Harry przyglądał mi się z uśmieszkiem, zadowolony z mojej reakcji.

- Dobra, teraz to trochę przeczyszczę - uświadomiłam go, starając się jak najprofesjonalniej - Może trochę zapiec.

Wylałam trochę wody utlenionej na gazę i przycisnęłam ją do jego krwawiącej rany. Zassał powietrze i skrzywił się się zaciskając oczy.

- Przepraszam, przepraszam, wiem, że boli, ale wytrzymaj jeszcze chwilę.

Przytaknął i powoli otworzył oczy, wypuszczając powietrze, gdy ból stopniowo odpuszczał.

- Muszę zapalić - powiedział, wyciągając z kieszeni papierosa. Szczerze to nie wiem, czemu pacjenci i pracownicy mogli palić w budynku, ten smród mnie odpychał. Poczułam jak jego klatka piersiowa powoli się uniosła, kiedy zaciągał się papierosem.

- To, co zrobiłaś było niesamowite - powiedział Harry, zbijając mnie tym z tropu.
- Ja? - spytałam - Nic takiego. Ale dzięki.
- Nie, naprawdę. Nie bałaś nie i bardzo dobrze do zniosłaś. Znacznie lepiej niż James, ta cipa.
- Hej! - upomniałam go, uderzając w ramię, a on się zaśmiał - Przecież pomógł... w końcu.
- No może - wzruszył ramionami uśmiechając się i ukazując dołeczki - Ale serio, to było niesamowite.

Spojrzałam mu w oczy pełne aprobaty. Uśmiechnęłam się do niego, a cholerny rumieniec znowu wkradł mi się na policzki. Opuściłam wzrok i dalej czyściłam jego ranę, nie mogąc już dłużej patrzeć w jego piękne oczy.

- Też byłeś niesamowity - powiedziałam - Nie znam zbyt wielu seryjnych morderców, którzy zachowaliby się jak ty - zażartowałam.
- Ta - odparł Harry, spoglądając na swój tors. - A propos... minął już ponad miesiąc, Rose.
- Co? - podniosłam na niego wzrok, marszcząc brwi zdezorientowana.
- Znaczy nadszedł już czas. Znasz mnie wystarczająco dobrze, jaki jest twój werdykt? - spytał, unosząc delikatnie kąciki ust. Wtedy przypomniałam sobie naszą rozmowę, która odbyła się wiele tygodni temu. Spytał mnie, czy uważam, że jest winny czy nie, a potem dał mi miesiąc, żeby podjąć decyzję. I teraz, wyglądało na to, że musiałam zdecydować.

Byłam świadoma, że Harry mógł najzwyczajniej mnie okłamać, gdy już bym mu powiedziała, ale z jakiegoś powodu wiedziałam, że by tego nie zrobił. Czułam, że chciał, żeby ktoś znał prawdę.

Najoczywistszym wyborem byłoby powiedzieć, że jest winny. Jest w psychiatryku dla obłąkanych kryminalistów, na litość boską. Ława przysięgłych zdecydowała o jego winie i najrozsądniej byłoby im uwierzyć. Był opanowany i spokojny, jakby wiedział, jak potoczy się każda sprawa. Był inteligentny i miał w sobie ciemną stronę, która sprawiała, że wiedziałeś, że nie niósł ze sobą nic dobrego. Na pierwszy rzut oka każdy mógł przypiąć do niego etykietkę "winny i zdolny do morderstwa".

Ale ja widziałam w nim więcej. Widziałam to światło w jego oczach, gdy mówił, widziałam te dołeczki przy jego uśmiechu, gdy się śmiał, widziałam troskę, gdy uratował mnie od Normana i pomógł mi z Molly. Nie był obłąkany, a przynajmniej nie tak typowo, jak większość by pomyślała.

Przeleciałam oczami po jego sylwetce, kiedy sklejałam do kupy ostateczną decyzję. Zawsze podchodziłam z dystansem do uwierzenia, że może być niewinny, zawsze zakładałam, że sąd miał rację.

Ale siedząc tutaj teraz, przyglądałam się jego potarganym lokom, jego różowym, pełnym wargom i jego błyszczącym szmaragdowym oczom, które sprawiały wrażenie, jakby płonęły. Widziałam papierosa, który zwykle wystawał z jego rozwartych ust, chmury dymu kłębiące się wokół. Widziałam też że, za jego oczami kryła się wiedza i mądrość wyjątkowo duża jak na kogoś jak on. Był mroczny, tak, był też onieśmielający. Przerażał nawet najgorszych pacjentów, wydawał się zdolny do zmanipulowania i strasznie zdeterminowany. Harry mógł być wszystkim naraz, niebezpieczną mieszanką.

Ale nie był mordercą.

- Jesteś niewinny - odparłam wreszcie. Kiedy powiedziałam te słowa, zdałam sobie sprawę, że wiedziałam to od początku.
______________________________________
HEJKA MISIE. co u was? jak wam się podoba rozdział? macie wreszcie swojego ukochanego Harry'ego hahaaaaaaaaaaaa (: kolejny rozdział wiele wam ujawni, więc bądźcie cierpliwi!!xx

jedna z naszych czytelniczek zrobiła nam taki filmik, który mam nadzieję, że obejrzycie. jeszcze raz dziękujemy @AnnaAbob93 i zapraszamy na jej blogi
lost-harry-styles.blogspot.com (zwiastun: https://www.youtube.com/watch?v=CnFQuWalRL4)
uwierz-w-ducha.blogspot.com,
ppo-drugiej-stronie-lustraa.blogspot.com



  jeżeli chcecie, żeby wasze prace w zakładce to proszę tweetujcie je z tagiem #PsychoticPL, ale koniecznie DOPISUJCIE, ŻE TO WY ZROBILIŚCIE, bo musimy mieć pewność, że nie jest to ściągnięte z innej strony!! wysłałam natalie, autorce psychotic linka do zakładki z fanartami, więc miejmy nadzieję, że przekopie się przez interakcje i zobaczy haha. dzisiaj dodała nowy rozdział, więc myślę, że ma niezły rozpierdol w mentions od czytelników. próbowałam wysłać dm, ale się nie chciało idk weird. ~natalia :)x

1. AKSHDUJSA HARRY BEZ KOSZULKI
2. Kocham ten filmik po prostu!
3. W następnym rozdziale wielkie rzeczy, jest w moim top 3 ulubionych rozdziałów:3
Magda

poniedziałek, 17 lutego 2014

Rozdział 14

Coś złowrogiego wisiało w październikowym powietrzu, a temperatura spadała coraz bardziej. Jeszcze niecałe pół godziny temu leżałam zwinięta w kulkę pod kołdrą czytając, teraz tak bardzo marzyłam, by pod nią wrócić. Ale już obiecałam Jamesowie, że pójdę z nim na ten festyn i musiałam się zacząć szykować.

Był to Halloweenowy festyn, który organizowano co roku o tej porze. Zawsze był tam konkurs na najlepsze przebranie, wykrawanie dyni, przejażdżki, nawiedzone lasy i takie tam. Na ogół podobały mi się tego typu festyny, szczególnie, że październik był moim ulubionym miesiącem. Poza tym moje urodziny, Halloween, kolorowe liście na drzewach, idealna pogoda na noszenie swetra razem z zapachem wieczornych ognisk czyniło tą porę cudowną.

Ale tegoroczne Halloween wydawało się zdecydowanie mniej ważne przy tym wszystkim, co miałam na głowie. Moje życie wydawało się straszniejsze niż jakakolwiek nawiedzona chatka. Ale przydałoby mi się trochę rozerwać, więc stwierdziłam, że dam temu szansę. Może być fajnie.

Starałam się myśleć o wszystkich pozytywach, jakie może przynieść ze sobą ten wieczór mając nadzieję na wykrzesanie z siebie odrobiny zadowolenia. Ale moja głowa była pełna, znowu, od zupełnie innych myśli. Myśli o Harrym.

Z każdą minutą spędzoną w jego towarzystwie wydawałam się coraz bardziej w nim zatracać. Na samą myśl o jego reakcji na tą tabliczkę czekolady, którą mu dałam, jego nieziemskim uśmiechu i zaraźliwym śmiechu robiło mi się cieplej na sercu. Oplótł mnie wokół siebie i wydawało się, że nie jestem w stanie uwolnić się z jego uścisku. Wiedziałam, co Harry ze mną robił i czułam, że on też to wiedział. Może przez przypadek, a może celowo. Ale coś się za tym kryło.

Pragnęłam go i to było jasne od samego początku. Przy jego idealnych wielkich dłoniach, pełnych wargach i boskiej sylwetce, nie mówiąc już o jego ochrypłym seksownym głosie, to było wręcz niemożliwe nie pragnąć go. Zwłaszcza z jego perwersyjnymi komentarzami, które rozgrzewały moje policzki za każdym razem.

Ale to nie wszystko. Był inteligenty, może nawet inteligentniejszy niż ochroniarze czy pielęgniarki. Nigdy nie był zbity z tropu czy zaskoczony, zawsze wiedział więcej niż powinien. Był też pewny siebie, w taki sposób, że wymagało to zawsze uwagi i posłuszności od innych, ale nie był przy tym zarozumiały i arogancki.

Ale po przeciwnej stronie do tej pozornie ciemnej, w jego dołeczkach kiedy się uśmiechał krył się pewien urok, który powodował coś więcej niż tylko fantazje erotyczne. Bywał tak cudownie urzekający, że z każdą chwilą lubiłam go coraz bardziej.

Ale pewna myśl wracała ciągle do mnie i kuła jak cierń. Zrobił coś Jamesowi, przez co James bał się go bardziej niż wcześniej. Chociaż miałam szczęście dostrzec jego jaśniejszą stronę, ciągle pozostawała w nim ta druga, która wydawała się dominować. Strona, z której emitowała ciemność, złowrogość sprawiając, że ludzie się go bali. To była ta strona i ta jego inteligencja, które sprawiały, że byłam skłonna uwierzyć, że był zdolny do morderstwa. I nie tylko za morderstwo był zesłany do tej instytucji, ale za morderstwo niewinnych kobiet, które obdarł ze skóry, a potem zamknął w piwnicy Wickendale.

Skoro to nie James, kto inny mógł to być? Thomas? Brian? Może nawet Kelsey? Lori?

Żadne z tych opcji nie wydawały się prawdopodobne, ale wszystko mogło być możliwe w tej sytuacji. Harry miał w sobie coś co przyciągało kłopoty i został już uznany za winnego przez sędziego i sąd. Ale jednak, znowu coś tu zgrzytało. Nie wiedziałam co, ale coś zgrzytało. Bo jeżeli naprawdę uwierzyłam, że Harry był winny, czemu ciągle przy nim byłam? Czemu tak chętnie siedziałam z nim codziennie przez prawie dwie godziny, skoro myślałam, że jest zimnokrwistym zabójcą? Jeżeli bym wierzyła, że obdarł ze skóry trzy kobiety, nie grałabym z nim w gry planszowe i karty, które zwykle i tak odchodziły w zapomnienie przy naszych rozmowach. A widziałam, jak na mnie patrzyli ochroniarze. Krzywili się na moją wyraźną sympatię do Harry'ego. Wiedzieli, że to złe śmiać się i obcować z taką osobą jak on. Ale bez względu na wszystko ciągle wracałam. Bo coś mnie do niego ciągnęło.

Zanim zdążyłam rozszyfrować, co to dokładnie było, rozległo się kilka puknięć o drewniane drzwi do mojego mieszkania. Potrząsnęłam głową, żeby odgonić poprzednie myśli otwierając drzwi, by ujrzeć osobę, która może odciągnie mnie od tego rozmyślania.

- James! - przywitałam się, gdy zgniótł mnie w uścisku.
- Hej, Rose - odparł z szerokim, zapierającym dech w piersiach uśmiechem - Gotowa?
- No - skinęłam - Muszę tylko wziąć torebkę, wejdź jak chcesz.

Kiedy tylko wszedł do mojego nędznego mieszkania poszłam do sypialni. Upewniłam się, czy James mnie nie widzi i pobiegłam przed lustro, by jak najszybciej poprawić włosy. James zawsze przyjeżdżał tak wcześnie i nie dawał mi szansy, żeby zrobić się na bóstwo, co i tak w moim przypadku nie dawało za wiele. Ale nie wydawał się taki, którego obchodziłby wygląd ze względu na to, jak zwyczajny był. Ale i tak chciałabym wyglądać pociągająco.

Zaraz po tym, jak poprawiłam moje włosy najlepiej jak mogłam w 60 sekund, chwyciłam torbę i wróciłam do pokoju, gdzie James cierpliwie czekał na kanapie.

- Przepraszam, już jestem gotowa - powiedziałam powoli idąc w stronę drzwi, nie chcąc, żeby dłużej przyglądał się mojemu zagraconemu mieszkaniu.
- Nie ma problemu, i tak byłem wcześnie - odpowiedział, otwierając mi drzwi, a potem wyszedł za mną na zewnątrz

***

Dotarliśmy na festyn w niecałe 15 minut, znajdując miejsce parkingowe i czekając, aż James kupi bilety przez około 5 minut. James znowu dał mi swoją kurtkę, bo zauważył, jak drżę przez chłodne powietrze. Wziął mnie też za rękę i splótł nasze palce, kiedy wchodziliśmy. Pomarańczowe i fioletowe światła rzucały blask na cały rozległy teren, plącząc się między kolejkami i stolikami. Młode dziewczyny w spódniczkach* brykały z nastoletnimi chłopcami z ulizanymi do tyłu włosami śmiejąc się. Bary szybkiej obsługi i stoiska z przekąskami porozrzucane były po całym festynie.

- Więc co chcesz najpierw robić? - zapytał mnie James łagodnym głosem, gdy przechodziliśmy obok diabelskiego młyna. Przeleciałam wzrokiem po licznych atrakcjach na ten wieczór, próbując znaleźć coś dla nas. Nic nie wydawało mi się interesujące dopóki moje oczy nie spoczęły na pewnie jednej z najnudniejszych rzeczy świata.

- Może wykrawanie dyni?

James spojrzał na mnie dziwnie. Pewnie spodziewał się czegoś fajniejszego. Ale przytaknął tylko na mój wybór.

- No to wykrawanie w dyni.

Podeszliśmy do dużego stołu, przy którym stała kobieta w pomarańczowej kamizelce. Miała bladą cerę oraz jasne włosy związane w kucyka.

- Witam - przywitała się.
- Cześć - odpowiedział James, a ja posłałam jej mały uśmiech.
- Witajcie na stoisku do wykrawania dyń. Wybierzcie dynię, jaką chcecie i zacznijcie wykrawać! Mamy też książkę z wzorami, jeżeli potrzebowalibyście inspiracji. Uważajcie tylko, żeby narzędzia do wykrawania nie wyszły poza stoisko i wrzucajcie wnętrze dyni do kosza - powiedziała nam.
- Dzięki - skinął James, a kobieta poszła na drugą strony stolika, żeby posprzątać po poprzednich gościach.

Razem z Jamesem byliśmy tu teraz sami. To stoisko nie było chyba zbyt popularne.

- Co tu zrobić? - spytał mnie James.
- Nie wiem. Zrób coś prostego, jakąś buźkę. Albo nietoperza.
- Czemu? - zapytał, chyba urażony - Myślisz, że nie dałbym sobie rady z czymś trudniejszym?
- Nie wiem - powiedziałam z uśmiechem - Nie wyglądasz na artystę.
-  Rose, czy ty podważasz moje umiejętności plastyczne? Tak się składa, że jestem wyjątkowo utalentowanym wykrawaczem dyń.
- Czyżby? - prowokowałam go.
- Mm hmm. Jeszcze ci pokażę - powiedział, biorąc książkę z pomysłami i przeglądając kartki - Ah ha! - krzyknął nagle - Zrobię to.

Pokazał mi stronę z kształtem twarzy goblina skomplikowanie wyrysowaną na papierze. Wyglądała na trudną do narysowania, a co dopiero wyrzeźbienia.

- Okej, to ja też - oznajmiłam

James się cofnął, udawał nawet zszokowanego na moje słowa.

- Czy ty mi rzucasz wyzwanie?
- Może - uśmiechnęłam się.
- Dobra, no to przekonamy się kto zrobi lepszego goblina, tak? - powiedział.
- Stoi. - odparłam, a potem zabraliśmy się do pracy. Na początek wykroiliśmy dziurę na górze, ale potem na nieszczęście przyszło nam wyciągać paćkę ze środka. Nie znosiłam tego, było takie brejowate i okropne.

- To jest obrzydliwe - skomentowałam.
- Co, w sensie, że to? - zapytał James. Obróciłam się, ale zanim zdążyłam zauważyć kawałek pomarańczowej papki leciała już w moją stronę, lądując na moich ciemnych włosach.
- FU! - krzyknęłam, zdejmując z siebie kawałek dyni i rzucając nim w niego. Zaśmiał się, strzepując go z siebie, a potem wrócił do wykrawania. Ale to nie był jeszcze koniec. Bo gdy tworzyliśmy nasze straszne gobliny, popychaliśmy swoje dynie i szturchaliśmy w ręce, żeby zniszczyć nawzajem swoje dzieła. Dzięki Jamesowi się śmiałam, a mój stres znikał, gdy z nim byłam. Zwłaszcza kiedy tak się ze mną przekomarzał i chichotał bez powodu.

- Skończyłem - podsumował, cofając się o krok, żeby podziwiać swoje dzieło
- Ja też, jeszcze tylko ostatni kawałek - powiedziałam, gdy przejeżdżałam po ostatniej linii.
- Dobra, koniec. Pokażmy je sobie na trzy czter. - zaproponowałam.
- Okej, gotowa? - spytał, a na jego ustach uformował się uroczy uśmiech.

Przytaknęłam, a potem zaczęliśmy razem odliczać.

- Trzy... Czte... try! - odwróciliśmy razem ciężkie owoce, nie mogąc doczekać się swoich prac. Spojrzałam na jego dynię, potem na niego i w tym samym czasie wybuchnęliśmy śmiechem.

Obie dynie były beznadziejnie, wyglądały jakby ktoś przypadkowo po nich przejechał, a to, co mogło być uśmiechem równie dobrze można było postrzegać jako ucho. Żadne z nas nie miało talentu do wykrawania.

- Chyba oboje przegraliśmy - zachichotałam.
- Liczą się chęci - wzruszył ramionami. Kiedy skończyliśmy się śmiać wyrzuciliśmy swoje dynie, żeby nikt nie mógł ich oglądać. Odeszliśmy od stoiska z wykrawaniem i ponownie złapaliśmy się za ręce znowu idąc po trawie i szukając następnego zajęcia.

- Teraz ty wybierasz - powiedziałam. James przygryzał dolną wargę w koncentracji rozglądając się dookoła.
- Może diabelski młyn?

Nie przepadałam za wysokościami, ale James był dzisiaj taki miły i zapłacił za mój bilet. Postanowiłam więc zakasać rękawy i skinęłam zgadzając się.

Weszliśmy do kolejki i usiedliśmy blisko siebie tak, że nasze kolana się ze sobą stykały. Ciągle trzymaliśmy się za ręce. Kolejka ruszyła zabierając nas ze sobą w górę. Słyszeliśmy delikatny podmuch wiatru, hałas festynu cichł, a chłodne powietrze nas smagało.

- Dzięki, że dzisiaj ze mną poszłaś - powiedział James, przerywając dźwięk wiatru.
- Nie, to ja dziękuję, że mnie zaprosiłeś - odparłam - Świetnie się bawię.
- Ja też.

A potem zapadła cisza. Wiedziałam, że powinnam go teraz zapytać, chociaż bałam się odpowiedzi. Ale wzięłam głęboki wdech, wyprostowałam się i zmusiłam do zadania pytania.

- James, czy Harry cię kiedykolwiek skrzywdził? Znaczy, czy coś ci zrobił albo groził? Czy coś w tym stylu?

James na początku nie odpowiadał, myśląc chwilę nad odpowiedzią.

- Cóż, bardzo jasno się wyraził, że chce, żebym się trzymał od ciebie z daleka. Ale na pewno nie będę tego robił - uśmiechnął się. Wypuściłam powietrze, a kamień spadł mi z serca, że James nie miał nic przeciwko rozmawianiu na ten temat. To znaczyło, że do niczego poważnego między nimi nie doszło, prawda? A jeżeli Harry zrobiłby coś Jamesowi, powiedziałby mi, co nie?
- Harry bywa trochę straszny.
- Ta - zaśmiał się - trochę tak. Ale nie będę się przez niego trzymał od ciebie z daleka. Za bardzo cię lubię.

Uśmiechnęłam się delikatnie na jego słowa, a moje serce przyśpieszyło.

- Dzięki - powiedziałam - Też nie jesteś najgorszy.

James szturchnął mnie, a ja go popchnęłam figlarnie, nie mogąc powstrzymać głupiego uśmiechu.

- Ale serio, dzięki, że mnie dzisiaj zaprosiłeś - powiedziałam.
- Nie ma sprawy - odparł - Fajnie jest.

Przytaknęłam w odpowiedzi. Odwróciłam głowę i zdałam sobie sprawę, że jesteśmy teraz na szczycie kolejki, nie aż tak wysoko, jak mi się wydawało. Noc była oświetlona światłami festynu.

- I dlatego kocham październik. Pogoda jest idealna i drzewa wyglądają ślicznie.
- Wiem - odpowiedział James zgadzając się ze mną.
- No bo popatrz tylko na ten krajobraz - ciągnęłam - Jest zdecydowanie piękny.
- Ty jesteś piękna - powiedział, prawie szeptem. Nie byłam pewna, czy chciał to powiedzieć na głos, ale powiedział. A gdy się odwróciłam w jego stronę, delikatny rumieniec być widoczny na jego policzkach, pomimo ciemności. Poczułam ogromną potrzebę pocałowania go. Więc to zrobiłam.

Ale nie wiem czemu, kiedy nasze usta się zetknęły wyobraziłam sobie twarz Harry'ego.
                                                         
*(poodle skirts, noszone w latach 50.)
____________________________
TAK WIEM WIEM, ŻE NIENAWIDZICIE TEGO ROZDZIAŁU, JAMESA ANI NICZEGO W TYM STYLU I ŻE DLA WAS JEST ZA MAŁO HARRY'EGO HAHA. ale pomyślcie o tym, że tak ma być! to musi wywoływać w was jak najwięcej emocji, najwięcej skrajnych. a co jest skrajniejsze od nienawiści i miłości? może to nie na taką skalę dotyczy fanficów, ale widzę, jak piszecie jacy jesteście wkurzeni i jak bardzo się cieszyliście z rarry moments. każdy to przeżywa i to jest dobre. teoretycznie magda miała tłumaczyć ten rozdział, ale uznała, że nie wyrobi psychicznie i tak oto jestem tu ja hahaaaa. wszyscy wiedzą, że jestem dziwna, bo james nie sprawiał mi żadnych problemów. zawsze myślałam, że to byłoby za proste - ten z pozoru grzeczny to potwór, a ten niby zły to ten aniołek lol. mam ochotę wam napisać wypracowanie, ale nikt nie czyta notek to się nie będę produkować i zanudzać hahaaaaa.

DO RZECZY ((ODTĄD TO JUŻ MOGLIBYŚCIE PRZECZYTAĆ, KORONA WAM NIE SPADNIE, THANKS))

 bardzo proszę, żebyście zajrzeli do nowej zakładki z waszymi pracami. wysyłaliście nam edity i rysunki, dlatego postanowiłyśmy zebrać je w kupę i pokazać. jeżeli macie coś jeszcze to piszcie nam na twitterze z tagiem #PsychoticPL. upominajcie się, bo my chętnie je umieścimy w zakładce i myślę, że inni też chętnie popatrzą :)
 przypominam też o twitterach bohaterów, są na nich codziennie i jest niezła beka, więc macie wszystkie po prawej stronie. poza harrym oraz rose, nie zapominajcie o jamesie, kels i pani hellman, bo oni też siedzą na twitterze, a zauważyłam, że mają mniej followers :((( i jakby ktoś jeszcze nie wiedział to rozdziały w każdy poniedziałek. ~natalia :)x

I UWAGA UWAGA założyłyśmy aska specjalnie na potrzeby tłumaczenia, więc jak macie jakieś pytania to piszcie właśnie tam! Kocham was ~Magda



notka wyszła dzisiaj długa, a pewnie i tak nikt nie przeczyta for fuck's sake ;-;
co myślicie o rozdziale? #loveyoutothemoonandback ~natalia :)x

niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 13

((nie wiem, czy wybrałam dobrą piosenkę, ale uznałam, że rozdział jest trochę weselszy i można byłoby wybrać coś weselszego, a że kocham JT to padło na niego hihi. jeżeli chcecie coś bardziej wpędzającego w klimat to polecam też drugą))

Harry świdrował mnie wzrokiem, ale z jego ciemnych oczu nie mogłam nic wyczytać. Na pewno był zły, to wiedziałam. Z jakiegoś powodu czułam się winna, jakbym została przyłapana na zdradzie i nie mogłam dojść do tego, na które z nas Harry był bardziej zły.

- Cześć Rose - powiedział bez krzty życzliwości, kiedy zauważył, że zorientowałam się, że tu jest - James - skinął na ochroniarza.

Ułyszałam, jak James przełyka ślinę, gdy Harry go przywitał. Wyglądał na przerażonego.

- Wrócił już Brian? - spytał Harry
- Ciągle jest chory - wydusił z siebie potrząsając głową.
- No cóż, fajnie będzie wracać razem do celi, co nie? - odparł Harry z sarkazmem. Jego szczęka była zaciśnięta, a uśmiech sztuczny. Właściwie bałam się o Jamesa, kiedy zauważyłam to napięcie między nimi, jeszcze gorsze niż przedtem. Czy Harry zrobił coś wczoraj Jamesowi? Nie było żadnego śladu na jego ciele, więc pewnie nie. Ale coś zdecydowanie między nimi zaszło. Muszę zapytać później o to Harry'ego.

Stojąc tak pomiędzy nimi czułam się jak grzesznica. James był moją szczęśliwą ucieczką, a Harry zaborczym mężem. Tak naprawdę nie zrobiłam nic złego, ale jakoś tak właśnie się czułam. I bałam się, że Harry mógłby się wyżyć na Jamesie, jeżeli spuszczę z nich oko.

Musiałam ich bacznie obserwować, jeśli nie chciałam, żeby Jamesowi stała się krzywda. Wydawał się zdecydowanie przyjaźniejszy niż Harry i znacznie prościej było mu zaufać. Był milszy i ciepły, a poza tym atrakcyjny. Miał ujmujący uśmiech, a śmiech nawet dwa razy bardziej. Spędzanie czasu z Jamesem było zawsze takie...proste i kochałam każdą minutę w jego towarzystwie.

Ale Harry był zupełnie inną historią. Był poplątaną zagadką, w którą się zatracałeś i chciałeś więcej niż tylko poukładać puzzle. Był jak anioł ciemności. Był onieśmielający i mądry, ale to nie wszystko. Był w nim jakiś promyk, który starał się chyba głęboko ukrywać, ale ja zauważyłam przebłyski tego światła przez jego ciemną zasłonę.

- Dobra, chodźmy już lepiej, zanim ktoś nam zajmie stolik - powiedziałam, kiedy zorientowałam się, że żadne z nas się nie poruszyło, a napięcie budujące się na naszej ciszy nie odpuszczało. To była głupia wymówka, ale na szczęście o nic nie pytali.

Wymienili jeszcze ostatnie spojrzenia zanim Harry zwrócił się do mnie.

- Ty prowadzisz - powiedział pozwalając mi iść przed nim. Posłałam jeszcze Jamesowi przepraszający uśmiech i poszłam do naszego stolika. W momencie, kiedy usiadłam od razu zrobiłam długi wydech.

Harry zajął swoje miejsce chwilę później. Obejrzał się za siebie, pewnie żeby sprawdzić, czy James mógłby go usłyszeć.

- Co ja ci kurwa mówiłem, Rose? Mówiłem ci, żebyś trzymała się od Jamesa z daleka, a teraz pójdziesz sobie z nim na jakiś jebany festyn?

- Harry, uspokój się. Trochę ciszej - zażądałam - I przestań tak przeklinać.
- Mogę przeklinać kiedy mi się kurwa podoba, dziękuję - odparł, bez dwóch zdań próbując mnie wkurzyć.
- A ja mogę spędzać czas z Jamesem kiedy mi się podoba, dziękuję - odgryzłam się.

Harry otworzył usta, żeby się odezwać, ale podniosłam rękę, żeby go uciszyć.

- I jeżeli dałbyś mi dokończyć - mówiłam dalej - Wiedziałbyś, że James nie może być zabójcą, więc nie ma powodu, żebym trzymała się od niego z daleka.

Brwi Harry'ego zetknęły się w zakłopotaniu albo gniewie, nie byłam pewna.

- Czemu? - spytał, ciągle surowym tonem.
- Bo nie było go nawet w kraju, kiedy te ciała zostały zabite. Pojechał do Ameryki na urodziny.
- I skąd to niby wiesz? - zapytał. Ciągle tego nie kupował.
- Pani Hellman mi powiedziała - odpowiedziałam pewnie

Wydawało się, że zabrakło mu słów, kiedy próbował przetrawić nowe informacje. Niemalże widziałam, jak jego myśli błąkały się po jego głowie, gdy szukał sposobu na podważenie mojej teorii.

- Skąd wiesz, że to nie przykrywka? Mógł powiedzieć Pani Hellman, że był z Ameryce, a potem ukryć ciała, kiedy myślała, że wyjechał.
- Słuszna uwaga - zgodziłam się - Ale nie zapominajmy, że mówimy o Pani Hellman. Myślę, że zanim pozwoliłaby komukolwiek wziąć tydzień wolnego, dokłądnie przyjrzałaby się tej sprawie. Poza tym, jeżeli jacyś pracownicy widzieliby go tu tamtego tygodnia, domyśliliby się, że coś jest nie tak.

Harry westchnął, patrząc w dół na swoje kolana w porażce. Jakby chciał, żeby James był mordercą.

- Będziesz przynajmniej ostrożna? - spytał.
- Pewnie - wzruszyłam ramionami - Ale nie ma powodu.

Harry podniósł wzrok, i kiedy jego oczy spotkały znowu moje, wciągnęłam głośno powietrze widząc ich intensywność. Byłam wdzięczna, że siedziałam, bo w przeciwnym razie ten jadeitowy kolor na pewno zwaliłby mnie z nóg.

- Rose, mówię poważnie. James może nie jest zabójcą i może teraz tego nie rozumiesz, ale on coś knuje. I cokolwiek to jest, muszę wiedzieć, że będziesz ostrożna.

Już kiedyś odbyliśmy podobną rozmowę, a w brzuchu znów poczułam motylki od jego troski o mnie. Przy tym, jak nie spuszczał ze mnie wzroku, a kolor jego oczu zapierał mi dech w piersi, mogłam tylko skinąć w odpowiedzi.

- Dobrze.
- Ale Harry? - spytałam, znajdując wreszcie głos.
- Tak?
- Postaraj się go nie zabić, okej? - mówiłam serio, ale Harry tylko zachichotał. Wyciągnął papierosa i wsadził go między wargi, podpalając, a potem powoli wydmuchując dym, jak zwykle uwodzicielsko.

- Więc, jakie plany na dzisiaj? - zapytał, chmury szarości podążające za jego słowami.

Nie byłam zbyt zadowolona z reakcji Harry'ego, ale uznałam, że lepiej zejść z tematu Jamesa, bo dodałoby to tylko oliwy do ognia. Więc krążyłam myślami, w jakie gry moglibyśmy zagrać, żeby czas nam zleciał. Moglibyśmy zagrać w karty, chociaż gra poszłaby pewnie w odstawkę, może w Zagadkę...

- Poczekaj tu, muszę coś załatwić - powiedziałam Harry'emu i wstałam zanim mógł cokolwiek powiedzieć, a potem poszłam szybko w stronę drzwi.


HARRY'S POV

Siedziałem tam i czekałem, aż wróci Rose. Zastanawiałem się, co mogłaby musieć załatwić. Cokolwiek to było, miałem nadzieję, że się kurwa pośpieszy. Bo ludzie zaczynają się gapić. Albo może zawsze się gapili, ale nigdy nie dostrzegłem. Tak czy inaczej, patrzyli się na mnie. Ale nikt nie patrzył mi w oczy, bo gdy tylko ja spojrzałem w ich stronę od razu odwracali wzrok. Ochroniarze udawali, że też nie patrzą, gdy inni pacjencji odwracali wzrok, jakbym był Bazyliszkiem i nie mogliby spojrzeć mi w oczy, bo by umarli.

Bali się mnie i tak miało być. Było co prawda tylko kilku, którzy wytrzymywali mój wzrok, gdy na nich patrzyłem. Ci pewnie byli najtwardsi z grupy. Ale nawet żaden z tych nie podszedłby albo się do mnie odezwał.

Chociaż cieszyłem się, że byłem największym postrachem tego oddziału, po prostu zastanawiałem się czemu. Czemu ci przestępcy bali się mnie? Nie żebym narzekał, ale nie wydaje się, jakby ktoś kto też morduje, ktoś kto też zabija miałby powód, żeby się mnie bać. Byłem zupełnie taki, jak oni, a przynajmniej tak zadecydował sąd. Dlaczego więc obawiali się zabójcy, jeżeli mieli takie same charaktery? Ale wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że oni nie uważali się za szurniętych. Oni myśleli, że są normalni, prawda? Wszyscy ci ludzie byli przekonani, że mają logiczne wytłumaczenie na swoje zbrodnie. Dlatego byli szurnięci. Zaciekle zaprzeczali, chociaż fakty były oczywiste. Stwierdzono, że są zwariowani, bo nie widzieli prawdy, nie widzieli, że są potworami.

I to mnie rozbiło. Pomyślałem, jebać to, będę cieszył się swoją "niepoczytalnością". Jeżeli ludzie myślą już o tobie w najgorszy możliwy sposób, co masz do stracenia?

Ale nagle te myśli przerwał powrót Rose. Przyszła i trzymała coś za plecami, ale nie wiedziałem co. Jej ciemne włosy były założone za ucho, jej drobną sylwetkę opinał zwyczajny biały uniform. A na jej ustach widniał podekscytowany uśmiech. Nigdy nie widziałem nic piękniejszego.

Myślałem, że od razu pokaże mi, co tam ma, ale była uparta.

- Co ty tam masz? - spytałem wreszcie, gdy się nie odzywała.
- Zgadnij - powiedziała. Serio, chciała ze mną pogrywać?

Wzruszyłem ramionami, nie mając pojęcia.

- Zgadnij! - zażądała znowu. Byłem poirytowany i jednocześnie szczęśliwy, że pokazała mi swoją figlarną stronę. Poddałem się i zdecydowałem zagrać. Myślałem, co to mogłoby być. Ale wtedy przypomniałem sobie naszą wczorajszą rozmowę i zakład.

- Czy to tabliczka czekolady? - zapytałem. Kiedy jej uśmiech tylko urósł, wiedziałem, że mam rację. Do jasnej kurwy. Moje serce biło szybciej i szybciej, gdy powoli wyciągała ręce zza siebie. Im więcej srebrnego błyszczącego papieru widziałem tym bardziej robiło mi się słabo.

Wiem, że to było głupie, tak się jarać tabliczką czekolady, ale nie masz pojęcia, jak to jest. Byłem zmuszony codziennie jeść najobrzydliwsze jedzenie bez żadnego smaku. Zwyczajna kupka czegoś podobnego do ryżu i woda, która smakowała jak kauczuk. Prawie zapomniałem, co to smak.

Czułem, jakby mój język nie zetknął się ze smakiem od lat. To było nie do opisania, jak bardzo nie zwracamy uwagi na taki małe rzeczy. Smak, czyste ubrania i prywatność były małymi rzeczami, które stanowiły ogromną część naszego życia, choć ich prawie nie dostrzegaliśmy. Po prostu ich oczekiwaliśmy.

Ale w Wickendale były luksusem, tylko na specjalne okazje. A tutaj Rose, dała mi coś, co wydawało się w tamtej chwili najważniejsze, czekoladę. Przysięgam, gdybym nie był facetem oczy puchłyby mi teraz od łez. Uśmiechnęła się szeroko na moją reakcję kładąc słodycz na stoliku tuż przede mną. Zanim go otworzyłem po prostu musiałem podbiec do Rose.

I nic mnie to kurwa nie obchodziło, że James patrzył, w sumie miałem nadzieję, że patrzył. Nie obchodziło mnie, czy wpakuję się przez to w kłopoty albo co ktoś pomyśli. Oplotłem ją ramionami i podniosłem tak, że jej stopy były tuż nad ziemią. Kiedy obróciłem ją w ramionach krzyknęła z zaskoczenia i śmiała się, gdy tak krążyliśmy. Nie mogłem być szczęśliwszy, że przyniosła mi tą cholerną czekoladę, cały dygotałem z radości.

- Harry, ludzie się gapią! - zaśmiała się, nie brzmiąc raczej poważnie. Odstawiłem ją wreszcie na ziemię. Policzki niemal bolały mnie od uśmiechu.

Byliśmy kilka stóp od siebie, kiedy rozejrzała się dookoła, żeby sprawdzić, czy wszyscy patrzyli. A patrzyli. Miała zarumienione policzki, gdy zdała sobie sprawę z tego, że przytuliła przed nimi psychopatę. Ale ciągle się uśmiechała.

- Jebać to co sobie myślą - powiedziałem, zauważając jej zażenowanie. Jej uśmiech tylko poszerzył się na moje słowa, a rumieniec powoli bladł. Jej oczy patrzyły w moje w ten sposób, w jaki patrzono na mnie tylko raz, dawno temu. Jej oczy wyglądały właściwie na pełne uwielbienia...uwielbienia w stosunku do mnie. Z pewnością mnie nie kochała, nie byłem nawet pewny, czy mnie lubiła, ale to w jej oczach podpowiadało mi, że jednak jakaś jej cząstka być może. Może to był tylko przebłysk ciekawości albo błaha fascynacja. Ale tak czy inaczej, to nie była część planu. Ona nie była częścią planu. Ale była tutaj teraz i nie wiedziałem za bardzo, co z tym zrobić.

Więc na razie nie zrobiłem nic, tylko z powrotem usiadłam przy stoliku.

- Rose, serio, to jest najlepsza rzecz na świecie. Wielkie dzięki - powiedziałem, wracając myślami znowu do czekolady. Usiadła obok mnie i patrzyła, jak rozrywam papier jak dziecko, które otwiera świąteczny prezent.

- To nic takiego - wzruszyła ramionami.

Nie wiedziałem, co się stało potem, czy miało to jakieś znaczenie, czy nie. Byłem kompletnie pochłonięty przez świat czekolady. Kiedy łakocie dotknęły moich kubków smakowych zadrżałem od ich wspaniałości. Słodycz i drogi smak całkiem mnie wypełniły, kontrastując z obrzydliwym jedzeniem serwowanym tutaj. Było obleśne i szare i okropne. Ale to, to było dobre. To było jak znalezienie anioła w środku piekła, ale na trochę mniejszą skalę.

Pozwoliłem sobie zatracić się w smaku, pochłaniając tabliczkę zanim zdążyłem się zorientować. Ale ku mojemu przerażeniu, ten cudowny smakołyk musiał się kiedyś skończyć. Spojrzałem w dół i go nie było, zjadłem to w przeciągu kilku sekund. Rose ciągle mnie obserwowała z uśmiechem.

- Naprawdę lubisz czekoladę - powiedziała, stwierdzając to, co było oczywiste.
- Mmmm - wymamrotałem w potwierdzeniu, zlizując resztki czekolady z palców - To było lepsze niż seks.

Rose zaśmiała się tylko na mój komentarz, pewnie przyzwyczaiła się już do moich niestosownych uwag.

- Serio, wielkie dzięki - pochwaliłem.
- Nie ma problemu. Zasłużyłeś, musiałeś się naprawdę postarać skoro mnie pobiłeś - wyszczerzyła się.

Lubiłem ją. Była niewinna i naiwnie ciekawska, ale miała w sobie iskrę, która nigdy nie przestawała przyciągać mojej uwagi. I nawet pomimo tego, że potrafiła być bez przerwy upierdliwa, nie mogłem prosić o lepszego towarzysza przy piekielnej przejażdżce, jaką było Wickendale.

ANONYMOUS' POV


Przeszedłem/am obok drzwi do kawiarenki, żeby wziąć coś z innego pomieszczenia, nie sądząc, żeby coś specjalnego mogłoby się tam dziać. Ale kiedy rzuciłem/am okiem i zobaczyłem/am to, co tam było musiałem/am się lepiej przyjrzeć.

Bo oni tam byli. Wysoki chłopak oplatający ramionami dziewczynę i kręcący się razem dookoła, zatraceni w śmiechu. Nigdy nie widziałem/am czegoś takiego - pacjenta i pracownika chichoczących razem jakby byli najlepszymi przyjaciółmi. I nie powinienem/nam czegoś takiego widzieć.

Takie rzeczy nie dzieją się zwykle bez powodu. Relacje pracownik-pacjent powinny być czysto zawodowe. Ale między nimi zdecydowanie było coś więcej. Coś, co mogło skończyć się problemami. I nie mogłem/am temu wybrykowi pozwolić zrujnować instytucję. Więc musiałem/am to zniszczyć. Musiałem/am przeszkodzić temu, co rodziło się między nimi.

I to właśnie zamierzałem/am zrobić.
_________________________________
hej. co u was? mam nadzieję, że dobrze :) ja jestem na skraju wytrzymania. myślałam, że nie dam rady przetłumaczyć na dzisiaj tego rozdziału, bo stało coś, co mnie bardzo dotknęło. jestem naprawdę załamana i w beznadziejnym stanie po przepłakaniu tego całego czasu. przepraszam magdę, jeżeli musiała dużo po mnie poprawiać. teraz jest już może nieco lepiej. mam nadzieję, że wam się podoba. dziękujemy za wszystko ♥

KOCHANIE TY MOJE CZEMU NIC NIE MÓWIŁAŚ?! I nie, nie musiałam wcale dużo poprawiać:)
Wgl to jak myślicie, kim może być anonim hm? I czy reakcja Harrego na czekoladę nie była przeurocza? Mam wrażenie, że pół rozdziału dotyczyło tylko i wyłącznie opisu czekolady i tego jakie budziła w nim emocje xD czy tylko mnie uderza ironia tego jak Harry zachowuje się jak dziecko, jednocześnie klnąc jak szewc?:P Do następnego! ~Magdzia:3
PS Wybór soundtracku tym razem Natalia, nie ja. Jak wam się podoba??

piątek, 7 lutego 2014

Rozdział 12



HARRY'S POV

Nie mogłem w to uwierzyć. Za kogo on się w ogóle uważał? Tylko dlatego, że był strażnikiem nie znaczyło, że mógł tak do mnie mówić. I zachowywać się jakby Rose była jego własnością, jakby mógł mi mówić, co mogę i czego nie mogę robić jeśli o nią chodzi. To było wkurwiające. To, że byli na jednej randce, jeszcze nie znaczyło, że ona do niego należała. Ale nie tylko to, co powiedział mnie wkurzyło. Wkurzył mnie fakt, że udawał niewiniątko, podczas gdy tak naprawdę był po prostu tchórzem. Udało mu się nabrać Rose, ale ja wiedziałem swoje. I wiedziałem też, że moje podejrzenia nie były jeszcze wystarczającym dowodem, tak jakbym sobie tego życzył, jednak coś z całą pewnością było nie tak.

Nawet jeśli nikogo nie zabił, to na pewno coś knuł. Byłem tego pewien. Za to moja pewność, że to on był mordercą powoli słabła. Rose miała rację - nie miałem żadnego dowodu jego winy. Po prostu go nienawidziłem. James był tylko jedną z wielu możliwości. To mógł być pracownik z innego piętra. To mógł być ktoś kogo kompletnie przeoczamy.

Ale James ciągle mnie wkurzał, czy był mordercą, czy nie.

Był tylko jednym z wielu powodów, dla których nienawidziłem tego miejsca. Musiałem się wydostać z Wickendale, tego byłem absolutnie pewien. Nie mogłem zostać tu do końca życia. W końcu znajdę jakieś wyjście. Na pewno. Ale jak na razie będę musiał jakoś wytrzymać. Będę musiał znieść horrory zamknięte w tym budynku: ochroniarzy, gówniane jedzenie, bród, denerwujących terapeutów. I kto wie, może będę musiał przejść terapię elektrowstrząsową albo chłostę czy coś. Znaczy już mnie raz wsadzili do izolatki, więc...

Ale dopóki nie znajdę jakiegoś wyjścia, musiałem pozostać tym kim byłem. Musiałem pozostać człowiekiem, którym byłem kiedy tu przyjechałem, człowiekiem, który obdziera ze skóry kobiety; w przeciwnym wypadku z pewnością bym się załamał. Musiałem pozostać najbardziej niebezpiecznym pacjentem w tej instytucji.

Wickendale było piekłem, a ja musiałem być diabłem.



JAMES' POV

Wracałem do kafeterii z sercem dudniącym w piersi jak młot. Nie mogłem uwierzyć, że poddałem się sile Harry'ego. Nikt nie może powiedzieć, że Harry go nie przeraża, ale myślałem, że sam sobie z nim poradzę. On był cholernie silny i miał w sobie gniew, który mogłeś niemal poczuć jak z niego wypływał niebezpiecznymi falami.

Ale to co powiedziałem było trochę niestosowne i mogłem sobie wyobrazić, dlaczego Harry tak bardzo mnie nienawidził. Po prostu martwiłem się o Rose i chciałem, żeby trzymał się od niej z daleka. On był niebezpieczny i nie chciałem, żeby stało jej się coś złego. Może myśleć, że Rose jest naiwna ufając mi, ale on przecież nie słyszał naszych rozmów. Nie było go z nami, jak wracaliśmy razem do domu, kiedy co chwilę słychać było jej piękny śmiech. Nie było go, jak poszliśmy razem na kolację i dzieliliśmy się naszymi wstydliwymi randkowymi historiami śmiejąc się jak idioci.

I nie chciałem, żeby się w to mieszał, a szczególnie w negatywny sposób. Ale nie mogłem nic na to poradzić, że rozmawiają, to był wybór Rose, nie mój. Więc jak na razie będę po prostu musiał nie spuszczać go z oczu i pilnować, żeby nie zrobił niczego, co mogłoby ją w jakikolwiek sposób zranić. Albo kogokolwiek innego.

Ale nawet jeśliby wymknął się spod kontroli, mam złe przeczucie, że nie dałbym rady go zatrzymać.



ROSE'S POV 

Weszłam przez bramę Wickendale następnego ranka z jednym celem - dostać dzień wolny. Pracowałam 12 godzin dziennie 5 dni w tygodniu, bo oszczędzałam na samochód i lepsze mieszkanie i miałam już dość. Wiem, że miałam weekendy, ale te wydawały się zbyt krótkie i mijały w mgnieniu oka. Ledwie starczały, aby odetchnąć od tej szalonej instytucji i jeden dzień wolny byłby nie lada orzeźwieniem.

Ale na samą myśl o rozmowie z panią Hellman denerwowałam się. Po tym jak skłamała na temat Cynthii, bałam się w ogóle z nią zobaczyć. Nie była dobrą osobą, doskonale to wiedziałam. Z jakiegoś powodu miała sekrety nawet przed pracownikami, co nie było dobrym znakiem. Jedyną osobą, która mogła wiedzieć co ona tak desperacko próbowała ukryć był Thomas. 

Ale naprawdę chciałam mieć dzień wolny i proszenie o niego nie wyrządziłoby dużej szkody. Więc podeszłam do jej gabinetu wcześniej, jakieś 10 minut przed rozpoczęciem mojej zmiany. Otworzyłam drzwi, a moim oczom ukazała się pani Hellman siedząca za swoim biurkiem i rozmawiająca przez telefon.

- Nie, nie chcę tu żadnych reporterów. Możesz jej powiedzieć, żeby sobie znalazła inną instytucję, ponieważ nie mam zamiaru wpuścić jej do Wickendale i to jest moje ostateczne słowo.

Osoba po drugiej stronie linii coś powiedziała, ale nie mogłam dosłyszeć co.

- Świetnie, cieszę się, że doszłyśmy do porozumienia. Do widzenia - powiedziała pani Hellman zanim się rozłączyła. Jej oczy powróciły do dokumentu, który leżał przed nią na biurku nie zwracając kompletnie uwagi na moją obecność.

Weszłam do gabinetu i wtedy, zaalarmowana dźwiękiem moich kroków, popatrzyła na mnie znad swoich papierów.

- Mogę ci jakoś pomóc, Rose? - zapytała.
- Tak - skinęłam - Zastanawiałam się czy może mogłabym dostać dzień wolny. Ostatnio bardzo dużo pracowałam i miałam nadzieję, że mogłabym dostać jeden w przyszłym tygodniu.

Jej oczy powróciły do dokumentów. Wydawała się wręcz znudzona rozmową. Był to wyraz twarzy całkowicie przeciwny do tego, kiedy Harry na ciebie patrzył skupiając się wyłącznie na tobie, jakby twoje słowa były najważniejsze na świecie. Jego jadeitowe oczy zawsze były uważne i skupione.

- Z jakiej to okazji? - w końcu spytała obojętnym tonem.

Starałam się wymyśleć jakąś wymówkę, przeszukując mój umysł w poszukiwaniu sensownego powodu. Aż nagle zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście w przyszłym tygodniu miało miejsce dość ważne wydarzenie. W przyszłym tygodniu były moje urodziny, prawie całkiem o nich zapomniałam.

- Kończę 21 lat.
- Naprawdę?

Skinęłam.

- Wszystkiego najlepszego - powiedziała uprzejmie. Na jej ustach nie uformował się nawet najmniejszy uśmiech. Podziękowałam w odpowiedzi i dałam jej chwilę na przemyślenie - Sama nie wiem, Rose - powiedziała w końcu - Pozwoliłam ostatnio zbyt dużej ilości osób na zrobienie sobie wakacji i nie jestem pewna czy stać nas na to, żeby ktoś jeszcze brał urlop. Ciągle przysyłają nam nowych pacjentów i będziemy potrzebować twojej dodatkowej pomocy - oznajmiła - W dodatku James wziął sobie wolne na cały tydzień na początku sierpnia i...
- Dlaczego James wziął sobie tydzień wolnego? - zapytałam, zanim mogłam się powstrzymać.
- Miał w planach jakąś wielką wyprawę urodzinową, pojechał z przyjaciółmi do Ameryki czy coś w tym stylu - powiedziała - Ale dał mi znać miesiąc wcześniej, a nie tydzień - mówiąc to, pomimo tego, że siedziała na krześle, miałam wrażenie, że patrzy na mnie z góry. Sierpień był prawie dwa miesiące temu, mniej więcej wtedy Harry przybył do instytucji. Uspokoiłam się nieco, po tym jak przestraszyłam się, że urodziny Jamesa mogły być niedawno, a ja o nich zapomniałam. To było zanim tak dobrze się poznaliśmy, więc nie czułam się winna, że o nich nie wiedziałam.

Ale coś jeszcze stało się na początku sierpnia. Czułam, że było to coś ważnego, ale nie mogłam sobie przypomnieć co.

Więc odsunęłam od siebie tę myśl, koncentrując swoją uwagę znowu na swojej szefowej. 

- Nie ma problemu. Przepraszam, że pani przeszkodziłam - powiedziałam, zanim odwróciłam się, aby wyjść z jej gabinetu. Nie odezwała się już słowem i trochę mnie to wkurzyło. Serio nie mogła mi dać dnia wolnego w moje urodziny? Serio?

Ale w sumie to i tak nie miało znaczenia. Miałam większe zmartwienia. A wkurzanie się i tak nic by nie wskórało. Więc zamiast tam wrócić i zażądać przerwy od tego szaleństwa, czyli dokładnie tego co chciałam zrobić, poszłam do gabinetu Lori, żeby zacząć dzień.

Powitała mnie uśmiechem i pogawędziłyśmy sobie chwilę, zanim moja zmiana oficjalnie się zaczęła. Lori zawsze była taka miła i byłam wdzięczna za każdy dzień, w którym miałam szansę pracować z kimś takim jak ona, a nie jako na przykład asystentka pani Hellman.

Przynosiłam przybory i pomagałam w naprawianiu ludziom złamanych kości, czyli to co zawsze. Zegar tykał, a ja odliczałam sekundy do mojej przerwy od bandażowania samookaleczających się pacjentów i rozdawania tabletek na ból głowy.

A dla mnie przerwa oznaczała zobaczenie się z Harrym. Teoretycznie to nie była przerwa, moja prawdziwa przerwa na lunch była po tej jego, ale dla mnie zawsze była to ucieczka od codziennych nudnych obowiązków. Tak bardzo różnił się od ludzi, których do tej pory poznałam. Sama jego obecność była tak elektryzująca, że przy nim ożywałam. Czyniło go to niemożliwym do opisania, a jednocześnie nie do zapomnienia. Czy zabił ludzi czy nie, to nie zmieniało faktu, że mógł kogokolwiek tak opleść sobie wokół palca, aby zwabić go w swoją ciemność i wiedziałam, że byłam jedną z tych osób. Przecież nie mogłam przestać o nim myśleć nawet teraz, kiedy powinnam być skupiona na pracy.

Ale nie musiałam już dłużej pracować, bo zostałam odesłana do kafeterii. Wreszcie.

Szłam korytarzami, aż w końcu weszłam przez drzwi do dużego pomieszczenia. Moje oczy natychmiast znalazły nasz stolik, ale zanim mogłam wejść głębiej, poczułam lekki ucisk dłoni na moim ramieniu. Odwróciłam się i zobaczyłam Jamesa stojącego za mną z małym uśmiechem na ustach.

- Cześć.
- Hej - przywitałam go.
- Um...ja tylko się zastanawiałem...to znaczy, świetnie się ostatnio bawiłem, więc uh, chciałem wiedzieć czy może nie zechciałabyś gdzieś ze mną wyjść jeszcze raz? - zapytał.

Byłam nieco zaskoczona jego pytaniem, chociaż nie wiedziałam dlaczego. Zgaduję, że z jakiegoś powodu nie spodziewałam się, że mnie znowu gdzieś zaprosi.

- Gdzie byśmy poszli?? - zastanowiłam się.
- Może na festyn w sobotę - powiedział, ale jego sugestia zabrzmiała bardziej jak pytanie.

Bałam się od razu powiedzieć "tak", kiedy głos Harry'ego zabrzmiał w mojej głowie ostrzegając mnie, abym była ostrożna. Nawet pomimo tego, że wątpiłam w to, że James mógłby skrzywdzić choćby muchę, lepiej było dmuchać na zimne, niż dać się zabić. Nie chciałam skończyć jako jedno z tych ciał...

Ciała! To właśnie kojarzyło mi się z początkiem sierpnia. Dopiero teraz zaskoczyło, przypomniałam sobie Kelsey mówiącą mi o nich. Powiedziała, że ofiary, których ciała znaleziono w piwnicy były zabite na początku sierpnia. Jakiś sądowy naukowiec przyszedł i je zbadał, dochodząc do wniosku, że zgon miał miejsce około trzeciego sierpnia. James nie mógł być mordercą skoro nie było go w mieście przez cały tydzień. Odetchnęłam z ulgą, a myśl o pójściu z nim na festyn stała się dużo bardziej kusząca.

- Oczywiście, że pójdę - uśmiechnęłam się.
- Super - również się uśmiechnął.
- Super - odpowiedziałam, ciesząc się, że nie będę się już musiała martwić o Jamesa. Może jeśli powiem Harry'emu, przestanie się cały czas zachowywać jakby chciał go zabić. A jeżeli mowa o Harrym, gdzie on się podziewał?

Odwróciłam głowę i niemal podskoczyłam zaskoczona obecnością Harry'ego. Stał zaledwie parę kroków ode mnie, jakby dopiero co wszedł.

Ale patrząc na niego teraz, jego pięść zaciśnięta, czoło zmarszczone w gniewie, mogłam powiedzieć, że słyszał całą naszą rozmowę. I nie był zadowolony.

                                                                                            
DZIĘKUJEMY  ZA PONAD 100 TYSIĘCY WEJŚĆ I AŻ 250 OBSERWATORÓW!!!!!!
Jesteście po prostu niesamowici, aż brak mi słów, żeby wyrazić jak jesteśmy wam wdzięczne i jak bardzo was kochamy i jak bardzo się cieszymy, że spodobała wam się nasza praca oraz to opowiadanie.
To jest taki prezent specjalnie z okazji 100tys, wejść, wiemy, że mieszamy i że rozdziały powinny pojawiać się w poniedziałki i od tej pory już raczej tak będzie.
Jak wam się podobało POV Jamesa?? Dalej uważacie, że jest mordercą?? Komentujcie, piszcie w tagu, bo uwielbiam czytać to co piszecie!! ~Magda

ASDFGHYJUHGFSDFGHJKLFGHJKJDFGHJKLDFGHJKSDFGHKRFDTYJK45YUIKJUYUTYRTSEDCVPOOIIUJYHGFCV BNM,OIUYTRSDXVB NOIUJHYGFD ~natalia :)x