czwartek, 30 października 2014

Rozdział 48 część 1

Biegliśmy razem z wiatrem, czując się jak zbuntowani nastolatkowie uciekający z domu. Ale nie biegliśmy w strachu czy aby uniknąć bólu lub po wolność. My już byliśmy wolni. Biegliśmy z podekscytowania.

Było słychać jak oszroniona trawa skrzypiała pod moimi nogami, a wiatr gwizdał w uszach po raz pierwszy od kilku miesięcy. Rozłożyłam ramiona by poczuć liście pod opuszkami palców. Z przyjemnością odczuwałam zimno na mojej mokrej skórze. Harry biegł tuż obok mnie, śmiejąc się i krzycząc "Woho!".

Tyle miesięcy spędziliśmy w ciasnej celi, tyle miesięcy w dusznym budynku, tyle miesięcy w szarych ścianach. Ale teraz byliśmy wolni. Było nas dwoje, śmiejących się, krzyczących w lesie. Była też nadzieja. Policja zapewne już nas szukała, pani Hellman znalazła ciało swojego syna i gdziekolwiek była ta kobieta z tymi okropnymi nogami. Ale w tym momencie to nie miało znaczenia. Byliśmy niepokonani.

Uciekliśmy.

- Właśnie uciekliśmy z pieprzonego Wickendale! - krzyknął Harry gdy byliśmy na tyle daleko, aby nas nikt nie usłyszał. - Udało się!

Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć, więc po prostu odwróciłam się i uśmiechnęłam najszerzej jak tylko umiałam. Sprawiło to tylko, że uśmiech Harry'ego powiększył się, dołeczki na policzkach jeszcze bardziej widoczne. Kochałam go tak bardzo mocno.

Nadal były pytania bez odpowiedzi, tajemnice i pewne obawy, jeśli chodziło o Harry'ego. Było kilka rzeczy, o których chciałam z nim porozmawiać, aby różne teorie się wyjaśniły. Ale nadal ufałam mu całym sercem. Byłoby to dziwne gdybym mu nie ufała po tym wszystkim co zrobił, co wspólnie przeżyliśmy. Cieszyłam się, że to właśnie jego spotkałam w tym strasznym miejscu. Nie wyobrażałam sobie nikogo innego.

Było to dość szalone, jak skończyła się moja praca w Wickendale. Bieganiem wraz z Harrym przez las. Uciekając. To słowo nigdy by mi nie przyszło na myśl. Wyszłabym z instytutu jak co dzień po skończonej zmianie, zadowolona, że już koniec. Każdy tak miał, każdy miał pracę tylko moja skończyła się kompletną katastrofą. Jakimś cudem pomiędzy pracą, a spotkaniem z Harrym udało mi się dostać i uciec z instytutu w kilka miesięcy. Może gdybym wcale nie spotkała Harry'ego nic takiego by się nie stało. Może zmienił moje życie w totalną klęskę. Nawet jeśli byłam za to wdzięczna. Był najlepszą pomyłką w moim życiu.

Kiedy dostawałam tę pracę nie wiedziałam na co się piszę. Tego dnia kiedy go poznałam, nie wiedziałam w co się pakuję. Nienawidziłam go na początku, bałam się go kiedy kuliłam się pod jego spojrzeniem, a żołądek skręcał się na widok jego sławnego uśmiechu. Wiedziałam, że nie jest jak reszta pacjentów; że będę nim bardziej zainteresowana niż innymi. Ale nigdy w życiu nie pomyślałabym o tym. Nie zgadłabym, że będę uciekać z tym uroczym, może szalonym i niemożliwie troskliwym chłopakiem. Normalnie martwiłabym się, że nie wiem gdzie biegnę, czy nie wiem gdzie będę spać, ale było mi z tym dziwnie dobrze.

Harry's POV

Był to drugi raz kiedy opuściłem Wickendale. Po raz pierwszy uciekłem. I muszę powiedzieć, że uciekanie było zdecydowanie bardziej satysfakcjonujące. Czułem, że miałem w sobie tyle siły, o której wcześniej nie wiedziałem. Byliśmy kurwa nie do powstrzymania.
Biegliśmy tak może przez godzinę, aż adrenalina opadła i pozwoliła nam złapać oddech. Nasz szybki bieg spowolnił do truchtu. Palące mięśnie nóg i płuca dały się we znaki. Ale nie mogłem, ani nie chciałem się zatrzymać. Musieliśmy zwiększyć odległość między nami, a tamtym miejscem.

- Powinniśmy trochę zmienić kierunek - chciałem stłumić uśmiech, ale nie udało mi się - Znajdą nas jeśli będziemy biec prosto.

- Jasne - Rose zgodziła się. Zwolniliśmy do szybkiego marszu, kiedy decydowaliśmy o kierunku naszej trasy. Albo Rose zadecydowała, bo ja nie miałem głowy do czegoś takiego jak kierunek. Patrzyłem na nią. Podziwiałem jej ciemne włosy, czerwone usta, jasną cerę i jak jej niebieskozielone oczy były widoczne spod jej długich rzęs. Przez to wszystko prawie zapomniałem, że uciekłem własnie z nią. Już nas nie dzieliły ani kraty ani strażnicy.

- Myślisz, że oni już... - zaczęła, ale nie dokończyła zdania, bo popchnąłem ją na drzewo. Moje usta odnalazły jej i scałowały słowa, które miała zamiar powiedzieć. Moje dłonie automatycznie znalazły jej talię.
- Harry! - zaśmiała się w proteście, ale nadal mnie całowała, a palce wplotła w moje włosy. Oboje nie mogliśmy powstrzymać uśmiechu. Jak można sobie to wyobrazić pocałunek, kiedy nie ma się kontroli nad swoimi ustami jest dosyć trudny. Ale pomiędzy naszymi uśmiechami i śmiechem udało nam się. Nie był to jakiś romantyczny pocałunek, nie mniej jednak idealny.

W końcu lekko odsunąłem się aby, złapać oddech. Rose oparła swoje czoło o moje. Ale tylko na chwilę, bo wziąłem ją w ramiona i przytuliłem do piersi. Zamknąłem oczy i przez ten moment starałem się nie myśleć. Nie planować następnego kroku tylko stać i dzielić się szczęściem z Rose. W końcu coś poszło dobrze.

- Chodź. - uśmiechnąłem się, zmuszając siebie, aby się od niej oderwać. Nie ważne jak bardzo chciałem zostać, wiedziałem, ze gdyby nas złapali nic by to nie znaczyło. - Powinniśmy pójść w tamtą stronę. - Wskazałem w lewo.
- Okej. - zgodziła się Rose, patrząc na mnie z ufnością. Miałem nadzieję, że tam gdzie idziemy będzie bezpiecznie. Będąc szczery nie miałem pojęcia gdzie tak będzie, albo gdzie w ogóle idziemy. Jedynym celem było oddalenie się jak najbardziej od instytutu. Jeśli nam się to uda już będę zadowolony.

To właśnie staraliśmy się robić. Biegliśmy przed siebie, a wokoło były tylko drzewa. Przez niekończące się minuty powiększaliśmy tempo. Po jakimś czasie nie mogliśmy rozmawiać, bo brakło nam tchu. Więc biegliśmy w ciszy. Biegliśmy nadal, aż słońce powoli zaczęło zachodzić, a Wickendale stawało się tylko wspomnieniem. Wydawało się jakbyśmy uciekli kilka dni temu, a do tej pory tylko biegli.

Musiało być to kilka godzin później, kiedy Rose stała się naprawdę zmęczona, a moje płuca miały dość, nastąpiła zmiana. Drzewa stały się cieńsze, gdzieś w oddali zamajaczył jakiś duży kształt.

- W końcu, kurwa. - wydyszałem.
- Co? - Rose musiała zaczerpnąć powietrza - Co tam jest?

Zwolniliśmy prawie do zwykłego marszu. Kiedy w końcu drzewa prawie zniknęły, było widać co jest przed nami. Zobaczyłem parking, niewielki budynek i dystrybutory benzyny.

- Stacja benzynowa. - powiedziałem.
- Powinniśmy wejść? - Rose zapytała.

Już prawie miałem odrzucić tę opcję, bo wszystko czego potrzebowaliśmy było w naszych torbach, ale pomyślałem, że jednak powinniśmy wejść.

- Jest coś co chciałbym kupić.

Tak więc, nadal schowany w cieniu drzew, rozpiąłem guziki mojego uniformu. Ześlizgnął się z moich ramion i opadł na ziemię. Nie mogłem powstrzymać uśmieszku wiedząc, że Rose mnie podgląda i wyglądała na zadowoloną z widoku.

Sięgnąłem do torby po rzeczy, które Lori i Kelsey nam zapakowały. Wziąłem zwykłą białą koszulkę. Byłem tylko w bokserkach, a Rose oglądnęła całe moje ciało, kiedy myślała, że nie widzę.

- Zobaczysz więcej potem, skarbie - droczyłem się, zakładając koszulkę. Spostrzegłem lekkie zażenowanie na twarzy Rose, ale szybko ono zniknęło.

- Czyli nie wiele więcej niż już zobaczyłam do tej pory. - odpowiedziała.

Zaśmiałem się. Przez te kilka godzin od kiedy uciekliśmy z Wickendale śmiałem się więcej niż przez cały mój pobyt tam. Włożyłem niebieskie jeansy, które niespodziewanie dobrze leżały. Uwielbiałem uczucie innego materiału na ciele niż szorstkiego uniformu. Kiedy skończyłem zobaczyłem Rose, która przebierała się schowana za drzewami. Ciężej było coś zobaczyć przez powoli ściemniające się światło i czarną bieliznę, którą miała na sobie. Ale to co zobaczyłem było wspaniałe. Teraz była moja kolej, aby się napatrzeć, kiedy schylała się po ciemne spodnie i białą bluzkę. Zdecydowanie za szybko je włożyła. Ale nie na tyle szybko, abym nie zobaczył jej tyłka i cudownych kształtów.

Odwróciła się i schowała uniform. Kiedy zapięła torbę włożyła ją na ramię. Jej oczy powiększyły się, kiedy zobaczyła, że się na nią patrzę.

- Co? - zapytała.

Wiedziała cholernie dobrze, o co chodziło. Pokręciłem głową na jej sztuczną niewinność. Wziąłem moją torbę i z rozbawionym uśmiechem odpowiedziałem:
- Nic.

Wyszliśmy zza drzew w stronę sklepu. Nie było możliwości, żeby ktokolwiek wiedział o naszej ucieczce więc sprzedawcy raczej nie będą nic podejrzewać. Chciałem abyśmy wyglądali bardziej naturalnie, więc złączyłem nasze dłonie; no może jeszcze dlatego, że po prostu chciałem.Wyglądaliśmy jak para turystów. Nikt kto był na stacji, nie był świadomy tego, że właśnie uciekliśmy z więzienia dla obłąkanych. Mimo to, za każdym razem, jak ktoś na nas popatrzył denerwowałem się.

Otworzyłem drzwi i naszym oczom ukazały się półki pełne słodyczy, czipsów, napojów, których nie było w Wickendale.

- Bierz co chcesz. - powiedziałem Rose. Uśmiechnęła się ochoczo i zaczęła wybierać przekąski. Może nie było to zbyt mądre, wydawać cenne jak dla nas pieniądze, ale każdy kto spędził kilka miesięcy z jedzeniem z Wickendale zrobiłby to samo. Sięgnąłem po tabliczkę czekolady i puszkę coli. Tylko tyle, ale chętnie wziąłbym trzy razy więcej.

Spotkaliśmy się z Rose przy kasie. Oboje mieliśmy tak samo podekscytowane uśmiechy. Jeśli kasjer myślał, że jesteśmy normalni, to teraz na pewno zmienił zdanie.

- Chwileczkę - powiedziałem i szybko się odwróciłem w poszukiwaniu najważniejszej rzeczy ze wszystkich - prezerwatywy. Kiedy wróciłem i położyłem je na ladzie, Rose lekko zaczerwieniła się, ale nic nie powiedziała.

- Razem będzie dwa funty. - powiedział monotonnym głosem kasjer. Rose dała mu pieniądze i szybko podziękowała.

Szybko wyszliśmy ze sklepu, bo chcieliśmy natychmiast otworzyć nasze przekąski. Byliśmy jak dzieci w święta Bożego Narodzenia.

- Chodź - powiedziałem kiedy rozrywałem opakowanie czekolady. - Jedzmy i chodźmy, bo musimy się nadal oddalać.

- Musimy kiedyś odpocząć - Rose powiedziała, ale poszła za mną znów między drzewa. - Będziemy spać?
- Nie wiem - westchnąłem - Jeśli nie znajdziemy żadnego lepszego miejsca, chyba będziemy musieli spać na ziemi.
- Brzmi dobrze. Wszystko jest lepsze od materaca z Wickendale.
- Ciii. Od teraz nie będziemy o tym mówić, dobra? Wydaje mi się, że nie byliśmy w żadnym instytucie. Jesteśmy tylko turystami spacerującymi po lesie, okej?
- Dobrze - Rose zgodziła się - Zmienimy imiona? Zetniemy włosy czy coś?
- Może najpierw znajdźmy miejsce, gdzie moglibyśmy się przespać. - zachichotałem.

Rose pokiwała głową i otworzyła paczkę czipsów, a ja zanurzyłem zęby w mlecznej czekoladzie. O. Mój. Boże. O. Tak.

- O kurwa, ale dobre - powiedziałem z pełnymi ustami. Smakowała jak ta czekolada, którą mi dała Rose kiedy ją pokonałem w Zagadkę. Ale teraz smakowała o niebo lepiej. Dziwnie w końcu mieć w ustach coś tak dobrego po miesiącach jedzenia brei. Czekolada była smaczna, słodka, idealna. O tak.

Rose obok mnie również jadła i zachwycała się gdy sięgała po więcej. Jestem pewny, że myślała to samo co ja.
- To jest takie dobre - praktycznie jęknęła, gdy wpakowywała do buzi jedzenie.
- Mmmmmm- zamruczałem kiedy oblizywałem usta z resztek czekolady. Jedliśmy dalej, dałem trochę czekolady Rose, a ona dała mi kilka czipsów. Spokojny spacer uspokoił moje nerwy. Jedyne co chciałem w tym momencie to usiąść, pogadać, cieszyć cię. Zamiast tego musieliśmy chodzić po lesie, ciągle zmieniając kierunek, aby nas było trudniej wyśledzić. Oboje wiedzieliśmy, ze musimy iść przed siebie.

Do tej pory pewnie już zauważyli, że zniknęliśmy. Może nawet w tym momencie przeszukują las, może już nawet szukają nas za rzeką. Albo są już  niedaleko. Albo byliśmy choć na chwilę bezpieczni.

Więc, aby być choć trochę bezpieczniejsi, szliśmy przed siebie. Księżyc świecił na ciemnogranatowym niebie. Nawet pojawiło się kilka gwiazd. Noc nadchodziła.

- Jeszcze 10 minut - Rose odezwała się. Ale było coś w jej głosie, czego nie było wcześniej.
- Dobrze - zgodziłem się. Spojrzałem na nią. Jej oczy wędrowały od jednego cienia do drugiego, usta lekko otwarte, wyglądała jakby się bała. - O czym myślisz?
- O niczym - odpowiedziała mi zbywając mnie.
- Powiedz.

Wiedziała, że nie ma sensu unikać odpowiedzi, bo domyślała się, że nie ustąpię.
- Ja..- zaczęła- Ja nie wiem. To strasznie głupie.
- Nie ważne, chcę wiedzieć.
- Dobra, ja tylko... wciąż to widzę, Harry. Wiem, że powinnam się cieszyć i być szczęśliwa, że uciekliśmy i w ogóle, ale nie potrafię się tego pozbyć. Tego uczucia. Im ciemniej się robi tym bardziej się boję, że nas złapią. Każdy cień to Norman albo James albo ta kobieta z tunelu. Każdy dźwięk to policja, która na nas czeka, żeby nas złapać. Każdy ruch jest czymś okropnym, co może wszystko zepsuć. Czuję, że rano obudzimy się, a policja będzie wszędzie i nas weźmie z powrotem.

Jej drżący głos sprawił, że wziąłem jej dłoń.
- Myślałam, że jak uciekniemy to przestanę się już martwić, ale wygląda na to, że po prostu się boję.
- To normalne Rose - powiedziałem delikatnie - Chodź do mnie.

Przytuliłem ją do siebie.
- Nie pozwolę aby coś nam się stało.
Chciałem powiedzieć więcej, aby ją uspokoić. Przeszliśmy tacy przytuleni kilka metrów, po czym obje zatrzymaliśmy się, gdy drzewa odsłoniły nam trochę. Przed nami stała stara szopa. Stanęliśmy jak wryci.

---------------------
Cześć wszystkim! Jak na razie połowa rozdziału dla was! Jak się podoba?
Przepraszam, że dopiero dzisiaj (i nie wkurzajcie się, nie przeklinajcie, proszę i nie mówcie, że ostatnio się nie wyrabiamy bo o ile mnie pamięć nie myli do środy rozdziały się pojawiały), ponieważ ten tydzień miałam zupełnie szalony. Wpadałam do domu i od razy wychodziłam także wygospodarowanie prawie 4 godzin nie było łatwe. Więc proszę zrozumcie, że czasem jest naprawdę  ciężko. Ale udało się. :) ~XYZ

Macie narazie jedną część, która jest długości normalnego rozdziału, a druga będzie aksjdfaskjdfhfdggf i pojawi się jak najszybciej xd Obiecujemy, że z Chaoticiem będziemy się lepiej wyrabiać ~Magda













środa, 22 października 2014

Rozdział 47

Strach. Stał mi się zbyt bliski podczas mojego pobytu w instytucji. Przeważnie czułam go jeśli chodziło o Harry'ego. Bałam się co mu robili, co on zrobił, gdzie go brali, jak go karali, jakie będą konsekwencje jego czynów. Ale tym razem to nie był strach tylko o Harry'ego.

Tym razem moje serce biło z takim strachem, który aż przyćmiewał mi umysł. Dziwne mrowienie na ciele sprawiało, że moje włosy stawały dęba. Ktoś szeptał moje imię i mnie śledził. Było za ciemno, żeby sprawdzić kto był za mną.

- Rose - głos wyszeptał, ale tym razem był to Harry. Był ostrożny, bo gdyby mówił za głośno, osoba za nami mogłaby nas zaatakować. - Czołgaj się najszybciej, jak kurwa umiesz i nie patrz za siebie.

Cieszyłam się, że mogę wykonywać jego polecenia. Zanurzyłam dłonie w błocie i odbiłam się od podłoża. Zmusiłam swoje ciało do większego wysiłku, który mógł zadecydować o moim życiu. Panika przepływała przez moje żyły i nie mogłam zrobić nic, tylko czołgać się jeszcze szybciej.

Również Harry przyspieszył.

- Nie zatrzymuj się - powiedział zdyszanym i zmartwionym głosem. Brzmiał na przestraszonego i wstrząśniętego, takiego jakiego go jeszcze nigdy nie słyszałam. Musiałam sobie przypomnieć, że on też może czuć strach.

Wiedząc, że się boi, mój strach się podwoił. Kobieta, jak się domyśliłam, nie dawała żadnych znaków obecności. Ale wiedziałam, że tam jest. Gdybym się zatrzymała, na pewno bym usłyszała ciche szuranie. Nie dało się jednak tego usłyszeć przez dźwięki mojej ucieczki. Dlatego przez jedną chwilkę wydawało mi się, że wszystko sobie wymyśliłam. Kogoś szeptającego moje imię, tak odgłosy szurania na korytarzu.

Niestety, wszystko było prawdą. Harry to wiedział i bał się tak samo jak ja.
Albo ona nie istniała i oboje traciliśmy zmysły albo naprawdę tam była i nas goniła. Sama nie wiem, która opcja była straszniejsza.

Jednakże nie miałam wiele czasu na przemyślenia. Musiałam się czołgać. Adrenalina płynęła w moich żyłach, serce biło jak oszalałe i ruszałam się tak szybko jak jeszcze nigdy w życiu. Czułam się jak dzika bestia, przemierzając brudy tunelu. Jedynym źródłem spokoju, był Harry czołgający się przede mną.

Pomimo tego nadal czułam ogromny strach. Wyobrażałam sobie jak prawie łapie mnie za kostkę, jej ręce centymetry ode mnie. Czołgającą się za mną przez cały tunel, aż do samego końca horroru Wickendale.

Wydawało mi się, że całe lata później dotarliśmy do końca. Harry przestał poruszać się do przodu. W końcu zapanowała cisza. Wtedy zauważyłam, że ona w cale nie była centymetry za mną, tak jak myślałam. Ale nadal było ją słychać, ten dziwny szmer. Nie przestała nas gonić.

- Co to kurwa było? - Harry odsapnął. Wtedy zaczął gorączkowo szukać wyjścia.
- Nie mam...- przerwałam, potrzebując oddechu - Nie mam zielonego pojęcia.
- Cholera - powiedział - Nie pozwól aby się do ciebie zbliżyła. Wydostaniemy się stąd i uciekamy.

Pokiwałam głową. Odwróciłam się w stronę dziwnych odgłosów. Nie było nic co by mnie oddzielało od tej kobiety. Zupełnie nic. Moje serce biło w panice i strachu. Przybliżyłam się do Harry'ego, dopatrując się jakichkolwiek znaków, że jest blisko, co było trudne w kompletnej ciemności.  Był to taki rodzaj strachu, że nie możesz myśleć o niczym innym i każdy odgłos i ruch w ciemności przyprawiał cię o jeszcze większe ciarki. Strach, który żądał całej twojej uwagi.

-Znalazłem.- Harry wyszeptał, a ja odetchnęłam z ulgą. Ale nie mogłam się pozbyć myśli, że mogła przyjść w każdym momencie, mogła mieć broń, mogła chcieć nas zabić. W końcu znała moje imię.

Podskoczyłam kiedy Harry uderzył pięścią w coś nad nami. Coś twardego jak drewno. Było zamknięte. Więc zaczął próbować to otworzyć. Ja siedziałam i czekałam, a moje myśli szalały. Wzbierała się w mnie coraz większa panika. Wydawało się, jakby Harry poprzez uderzanie pokazywał swoje uczucia. Walił pięściami z całej siły.

Potem znowu usłyszałam szept zachrypnięty i niski. Powtarzający przez cały czas to samo.
- Rose.

Była coraz bliżej.

Kolejny dreszcz przebiegł przeze mnie. Odwróciłam się do Harry'ego i zaczęłam pchać drewno. Bez wątpienia będziemy mieć jutro po tym siniaki. Jeśli oczywiście przeżyjemy.

Czułam się w jak jakimś horrorze, zakopani żywcem w ziemi i próbujący wydostać się na powierzchnię. Tłukliśmy, biliśmy w powłokę, ale bez powodzenia.

W końcu Harry położył się na plecach, co było dosyć trudne w tak ciasnej przestrzeni, ale udało mu się. 'Uważaj' powiedział i z wielką siłą kopnął w drewno obiema nogami. Dzięki temu w końcu udało się roztrzaskać powłokę.

Byliśmy tak blisko. Musieliśmy tylko pozbyć się resztek drewna. Niestety przez nasz cały wysiłek nie zauważyliśmy, że ona przybliżyła się do nas.

W kąciku oka zauważyłam ruch. Natychmiastowo odwróciłam głowę w tę stronę i ona tam była. Nie bardzo blisko, ale jednak. Jej sylwetka była wyraźna. Ta kobieta, jej obecność była przerażająca. Już nie była człowiekiem, ale potworem.

Nagle moje serce przestało samo bić, ale całe ciało pulsowało razem z nim. Moje źrenice rozszerzyły się, oddech uwiązł w gardle.

Szybko dołączyłam do Harry'ego rozrywającego drewno. Słyszałam jak się zbliża i  zaczęłam krzyczeć. Łzy napłynęły mi do oczu i wrzeszczałam. Krzyczałam, żeby ten potwór za nami zniknął i krzyczałam, aby pozbyć się tego strachu. 'Szybciej,szybciej!' wykrzykiwałam raz po raz, razem z 'proszę i przestań'. Łzy spływały po moich policzkach. Przerażenie w moim głosie, dźwięki łamanego drewna, sapanie Harry'ego oddawały napięcie całej sytuacji niemożliwego, nadludzkiego pośpiechu. Strach rósł w nas tak szybko, jak łzy płynęły po moich policzkach.

Krzyczałam dopóki kilka kawałków drewna nie zostało oderwanych. Cały brud jaki pokrywał drewniany właz spadł na nas. Nadal odrywaliśmy drewno zanim nie utworzyliśmy wystarczająco dużego otworu. Nagle brud i pył był wszędzie. W oczach, na ubraniach, we włosach. Pokrywała nas gruba warstwa, ale szybko strzepnęłam ją z siebie i ujrzałam pierwszy raz od dawna czyste niebo.

Ale jeszcze nie odnieśliśmy sukcesu. Harry szybko wstał i wydostał się z dziury, ale w tunelu zostały dwie osoby. Ja i ona.

- HARRY! - wrzasnęłam, kiedy brudna ręka sięgała po moją,  jednak wciąż ledwo co dosięgając. Za nim zdążyła się przybliżyć duże dłonie Harry'ego dostały moich ramion i podniosły mnie i mogłam stanąć na ziemi, a nie w tym błocie.

Ostatnią rzeczą jaką widziałam była blada ręka, ale odwróciliśmy się szybko.

- Chodź Rose! - Harry powiedział natychmiast po tym jak moje stopy dotknęły ziemi. A potem zaczęliśmy biec. Już ledwo oddychałam, ale teraz byłam pewna, że było słychać w promieniu kilometra mój oddech. Zmusiłam swoje płuca, aby wytrzymały i nadążyły za moim szybkim tempem.

Jednak nadal nie mogliśmy się cieszyć, że nasze nogi stąpają po normalnej ziemi, a płuca oddychają powietrzem nie z instytutu. Nadal nie cieszyliśmy się w pełni  z ucieczki.

Dlatego, że ta kobieta nas goniła. Zwolniliśmy na chwilę, aby złapać oddech.

- Co to do diabła było? - zapytałam.

Harry pokręcił głową.

- Wygląda na to, że nie byliśmy jedynymi, którzy chcieli uciec.

Oboje odwróciliśmy się w kierunku, z którego biegliśmy. W końcu zobaczyliśmy kto nas śledził. Była schowana za drzewami. Ale było widać, że się porusza. Nie jak normalna osoba chodzi, ale jak ktoś kto ma problem z poruszaniem się. Wyglądało to jakby ciągnęła swoje nogi za sobą.

Jej łydki nie wyglądały tak jak powinny. Odrażające szwy oddzielały je od ud. Jej palce u stóp odwrócone były tyłem do przodu, jakby odcięła sobie nogi i przyszyła je piętami do przodu. Była to ohydna, odrażająca rzecz, której nikt nie powinien widzieć. A jej szerokie, jakby martwe oczy i dziwny sposób poruszania się, pogarszały jeszcze sytuację.

- Rose. - wyszeptał Harry tak samo przerażony jak ja.
- Tak? - wyjąkałam.
- Biegnij.

I tak zrobiliśmy. Zostawiliśmy ją za nami. Kiwającą się z boku na bok, z wysiłkiem przesuwającą nogami jedną po drugiej.

Oderwaliśmy od niej wzrok i biegliśmy jedno obok drugiego. Jego płuca palacza ledwo nadążały.

Nie zatrzymaliśmy się, nawet wtedy, gdy nie mogłam już oddychać, gardło i płuca paliły, a Harry stękał z wysiłku. Okropne nogi tej kobiety nie dorównywały naszemu tempu, ale jednak oboje biegliśmy jak szybko byliśmy jeszcze w stanie. Wiedzieliśmy, ze jeśli się zatrzmymamy, znajdą nas i zamkną z powrotem w celach. I tak przebiegliśmy jeden kilometr, dwa, może trzy, aż nie dawaliśmy rady fizycznie.

Torby, które dostaliśmy od Lori i Kelsey uderzały o moje plecy. Już chciałam je wyrzucić, bo mnie spowalniały, ale wtedy przypomniałam sobie, że jest tam jedzenie, woda, ubrania, pieniądze. No i wytrzymały z nami przez ten cały czas.

- Nie przestawaj.- odezwał się Harry. Ale brzmiał tak jakby potrzebował  chwili przerwy.

Jednak żadne z nas się nie zatrzymało dopóki nie zobaczyliśmy czegoś na co nie byliśmy przygotowani. Daleko za budynkiem Wickendale, ale nadal na jego terenie znajdował się klif. A za nim było słychać jak fale uderzają o brzeg. A przed nami rozpościerał się widok na otwarte niebo.

Łapałam powietrze z trudem, kiedy się zatrzymaliśmy. Próbowałam utrzymać jedzenie w żołądku. Cała głowa mi pulsowała, a czoło pokryły krople potu. Zanim oboje chwilę odpoczęliśmy jedno pytanie nasunęło nam się na myśl.

- Co.- tyle byłam w stanie powiedzieć, bo brakło mi tchu. Harry oparł dłonie na udach i pochylił się oddychając głęboko i głośno.

W końcu kiedy mogłam w miarę spokojnie oddychać, rozejrzałam się dookoła. Klif zakręcał tak, że nie ważne, w którym kierunku byśmy pobiegli, wrócilibyśmy do instytutu. Nie było innej drogi tylko na wprost w dół klifu przez wodę.

Harry's POV

Widziałem dużo chorych rzeczy w życiu, ale ta dziewczyna z nogami przodem do tyłu przerażała mnie. Jedyną dobrą rzeczą w tym wszystkim było to, że te nogi spowalniały ją i spokojnie mogliśmy się od niej oddalić. Mimo wszystko musieliśmy się spieszyć, żeby zwiększyć dystans między ludźmi, którzy pewnie już nas gonią. Jedyną opcją było skoczenie.

-cUfasz mi, Rose?c- zapytałem się kiedy odzyskałem oddech. Moja pokryta brudem, zapłakana, piękna dziewczyna odpowiedziała:
- Oczywiście.
- Dobrze, w takim razie złap mnie za rękę.- powiedziałem i odwróciłem się w stronę urwiska. W dole widziałem fale uderzające o brzeg kilkadziesiąt metrów pod nami.
- Będziemy skakać? - zapytała się jeszcze trochę trzęsącym się głosem.
- To jest nasza jedyna droga. Zaszliśmy tak daleko, nie może nam trochę wody w tym przeszkodzić.- powiedziałem. W rzeczywistości nie miałem pojęcia jak tam było głęboko i czy były tam jakieś skały. Jednak nie mogliśmy zawrócić. Nie było takiej opcji.
- Gotowa? - zapytałem się mimo, że się bała, pokiwała głową. Tak naprawdę żadne z nas nie było gotowe. Nic nie mogliśmy zrobić, żeby się do tego przygotować. Może poza jedną rzeczą. - Jeszcze chwilkę.- powiedziałem i delikatnie ściągnąłem torbę Rose z jej ramienia. Wziąłem moją i rzuciłem obie tak, że wylądowały na brzegu. Będziemy ich jeszcze potrzebować.

Złączyłem nasze dłonie ponownie.

- Na trzy..- powiedziałem. Spojrzeliśmy na siebie ostatni raz i zacząłem liczyć.- Raz.... dwa.... trzy.

I razem, jej dłoń w mojej skoczyliśmy. Lecieliśmy i spadaliśmy w nieznane. Włosy powiewały na wietrze. Nie miałem czasu tego poczuć. Jedynie skrawki emocji, myśli przelatywały mi przez głowę, aż w końcu zanurzyłem się. Zrobiło mi się bardzo zimno, przez lodowatą wodę. Całe powietrze wyleciało mi z płuc przez siłę, z jaką uderzyłem o powierzchnię wody. Ale żyłem. Nie było żadnych skał i było głęboko.

Zamiast odczuwać bólu, czułem ulgę, że moje serce nadal bije.

Moje dłonie. Były puste. Już nie trzymałem Rose.

Wypłynąłem na powierzchnię. Z trudem złapałem powietrze. Włosy przykleiły mi się do czoła, a mundur zupełnie przesiąknięty ciągnął mnie na dno, ale nie obchodziło mnie to. Musiałem znaleźć Rose.

- Rose!- krzyknąłem. Nigdzie jej nie widziałem wśród fal. Moje serce się zatrzymało. Odwracałem się w każdym kierunku, szukając jej.- Rose!- krzyknąłem jeszcze raz.

W końcu gdy zobaczyłem jej głowę poczułem niesamowitą ulgę. Z trudem łapała oddech i kaszlała, ale wszystko było w porządku. Podpłynąłem do niej, a ona do mnie.
- Chwyć się mnie. Złap się mojej szyi, kochanie. - powiedziałem. Objęła mnie rękoma, ja ją również. Jakoś udało nam się utrzymać na powierzchni przez kilka minut, a potem podpłynęliśmy do brzegu. Gdy tylko moja dłoń dotknęła ziemi podsadziłem Rose. Wtedy ona podciągnęła się i opadła na trawę.

Zrobiłem tak samo i położyłem się obok Rose. Przez to, że biegliśmy, a teraz przepłynęliśmy na drugą stronę zyskaliśmy trochę czasu. Kilka minut leżeliśmy, aby odpocząć chwilę, żeby mieć siłę dalej biec. Przymknąłem oczy, zastanawiając się, gdzie teraz się udać. Popatrzyłem na Rose. Szeroki uśmiech pojawił się na jej twarzy, pomimo tylu rzeczy, przez które przeszliśmy. Sprawił, że zapomniałem o następnych krokach jak i o poprzednich.

- Harry?

- Tak?- zapytałem się, uśmiechając się, bo domyślałem się co ma na myśli.

- Uciekliśmy.

To słowo. To jedno słowo spowodowało, że poczułem się szczęśliwy.

- Jasny gwint! - powiedziałem i zacząłem się śmiać. Rose zaczęła chichotać. Nigdy nie czułem się tak szczęśliwy.

- Uciekliśmy kurwa! - krzyknąłem i mój uśmiech się powiększył. Wstałem i na chwilę zapomniałem o dziewczynie zbliżającej się do nas, o pani Hellman, która bez wątpienia nas szuka i o chłopaku, którego zabiłem.

Ponieważ liczyło się tylko tu i teraz z Rose. Schyliłem się i podniosłem ją. Zaśmiała się tak jak i ja, gdy trzymałem ją w ramionach i kręciłem się dookoła. Wtulona we mnie, śmiała się razem ze mną głośniej niż fale za nami.

Zaraz będziemy musieli biec, znaleźć miejsce gdzie będziemy spać. Wiele problemów było przed nami. Ale teraz w tym momencie nic się nie liczyło.

Ponieważ, uciekliśmy z pieprzonego Wickendale.




____________________________________________

FKDSJBFKSJDJFOPIFAJ udało się!!! uciekli!!! :D
Jak tłumaczyłam to w nocy to się tak strasznie bałam jak byli w tym tunelu :o
Mam nadzieję, że podoba wam się rozdział. :)
Dzięki za tyyyle komentarzy pod poprzednim rozdziałem!
No i za miłe słowa na tt <3
Zapomniałam o najważniejszym kilka dni temu ten blog przekroczył 1000000 wyświetleń! tak 6 zer xd też nie mogłam uwierzyć ;) dlatego chciałabym pogratulować Magdzie i Natalii bo to dzięki ich ciężkiej pracy osiągnęły ten sukces. Gratuluję i też dziękuję wam (krótko bo krótko tu jestem ale i tak dzięki) ~XYZ

Nic dodać nic ująć:3 nawet nie wiecie jak się cieszymy z aż MILIONA (jakby humani jak ja nie wiedzieli co znaczy 6 zer xd) wyświetleń i jak bardzo byśmy chciały wam zrobić z tej okazji prezent, ale szkoła nie pozwała:((
Za to nst rozdział bd...specjalny? Strasznie długi (9stron!!! Do tej pory najdłuższy miał 7!) i bardzo...ciężki do tłumaczenia, więc nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy się pojawi, bo jeszcze nie ma mnie cały weekend, więc na pewno nie wcześniej niż w środę, ale warto na niego poczekać. ~Magda


środa, 15 października 2014

Rozdział 46

Nie miałam pojęcia, gdzie biegłam. To było szaleństwo. Mój palec nacisnął na spust, a ja poczułam siłę wystrzału i po chwili w kolanie Normana pojawiła się ciemna dziura.  Stało się to tak szybko i tak nagle, że do tej pory jeszcze do mnie do końca nie dotarło co się stało.

Ale nie zabiłam go. Więc musiałam biec z dala od odgłosu strzału, gdzie już zbiegały się dziesiątki ochroniarzy. Wydawało się to najlepszą opcją jak na tamten moment. Nie teraz, kiedy przemierzałam ciemne korytarze sama. Tak, ciągle miałam broń, ale bardzo nie chciałam znów nacisnąć na spust.

Więc biegłam, mrużąc oczy i rozpaczliwie szukając w półmroku Harry'ego. Żałowałam, że nie wciągnęłam go do tego schowka razem ze mną. Siedzielibyśmy tam razem, czekając, aż się obudzi. Ale znajdował się za daleko, a strażnicy byli szybcy; nie było mowy, żebym zdążyła go tam zaciągnąć, nie dając się złapać. Więc musiałam po prostu biec i mu zaufać.

Ale powiedział, żebym została w schowku, czego nie zrobiłam, zważając na to, że błąkałam się teraz pustymi  korytarzami instytucji.

Bicie mojego serca nie ustało, ale wręcz przyspieszyło, kiedy uświadomiłam sobie coś przerażającego; byłam całkiem sama. Nie miałam pojęcia, gdzie był Harry albo czy chociaż był przytomny, więc jedyne co mogłam zrobić to lekkomyślnie szukać, dopóki go nie znajdę. Całkiem sama.

Desperacko przeszukiwałam każdy kąt, zdając sobie sprawę, że to był pierwszy raz, kiedy naprawdę stanęłam twarzą w twarz z horrorami zamkniętymi w tym budynku. Od momentu, w którym Harry postawił nogę w tej instytucji, ufałam mu, niezależnie od tego czy byłam tego świadoma czy nie. Był moją tarczą, niosąc cały ciężar Wickendale na swoich ramionach, odciążając tym samym moje. Przeszedł przez karę izolatki, chłostę, a nawet terapię elektrowstrząsową, podczas gdy jedyną trudnością, jaką ja musiałam stawić czoła było patrzenie na to wszystko. Ale teraz nie miałam swojej zbroi, ale jedynie broń w rękach.

Ale nagle poczułam, że nie byłam całkiem sama. Znikąd pojawił się ktoś jeszcze, ledwo słyszalny. Dźwięk dochodził z daleka, ale coraz bardziej się zbliżał. Był tuż za rogiem. Żebym mnie nie zobaczył, schowałam się w zagłębieniu ściany. Miało zaledwie kilkanaście centymetrów. W sam raz, żebym mogła się ukryć.

Panowała całkowita cisza, kiedy wsłuchiwałam się, próbując wychwycić ów dźwięk. Nie wydawało mi się, żeby to był strażnik. Nie słychać było, żadnego specyficznego dzwonienia kluczy, a tempo w jakim dźwięk się przemieszczał było za wolne. Ale nie brzmiało to również jak pacjent. Nie słychać było wcale kroków, ani żadnego mamrotania lub ciężkiego oddechu.

Zamiast tego słychać było, jakby coś ciągnęło się po podłodze. Jakby ktoś wlókł nieprzytomne ciało; ubrania i skóra szurały o ziemię.

Harry.

Nie, to nie mógł być on. To niemożliwe. Bo gdyby to coś co zmierzało w moim kierunku, było nieprzytomnym ciałem, musiał ktoś go ciągnąć. A ja nie słyszałam drugiej osoby. Żadnych kroków. Tylko to dziwne szuranie o beton. Ale tak czy owak, zbliżało się. Przycisnęłam plecy bardziej do ściany, tak aby być całkiem niewidoczna. To coś było tylko kilka metrów ode mnie i mogło zobaczyć mnie w każdym momencie. Upewniłam się, że torby wciąż były na moich ramionach, a broń w zaciśniętej dłoni.

 Wkrótce dźwięk był tak blisko, że byłam pewna, że jeszcze krok i moja kryjówka zostanie odkryta. Ale nagle hałas ucichł. Osoba zatrzymała się tuż obok mnie. Wstrzymałam oddech i zmusiłam moje ciało do stania w bezruchu. Nasłuchiwałam. Jednak wciąż słyszałam tylko ciszę, nawet nie czyjś oddech. Nic. Tylko pusta przestrzeń między mną, a nieznajomym prawie obok mnie. Czułam to, obecność kogoś innego. I czułam, że każdy mój ruch, zostanie zauważony przez drugą osobę, więc pozostałam w bezruchu.

Czekałam przez minutę, myśląc czy nie wychylić głowy, żeby zobaczyć kto to, ale stwierdziłam, że to zły pomysł i czekałam dalej. Wciąż cisza. Serce pompowało krew z zawrotną prędkością, podczas pełnego strachu oczekiwania.

Nagle cisza została przerwana.

- Rose?! - głos zawołał z głębi korytarza.

To był Harry! Był daleko, ale tu był. Musiałam do niego pobiec. Jego głos przerwał ciszę i zaryzykowałam i popatrzyłam za róg. Moje serce podskoczyło, przygotowane na najgorsze. Mógł to być strażnik z bronią, albo inny pacjent, gotowy mnie zranić albo zepsuć naszą ucieczkę. Powoli, bardzo powoli poruszyłam się. Popatrzyłam za mnie w ciemną nicość korytarza i zobaczyłam...

Nic. Nikogo tam nie było.

- Rose?! -  znów zabrzmiał głęboki, zachrypnięty głos. Potrząsnęłam głową. Co do cholery?

Myślenie o tym co właśnie się stało musiałam sobie zostawić na później. Szybko przegoniłam to z moich myśli, aby zająć się tym co było ważniejsze.

- Harry! - zawołałam w odpowiedzi. Strażnicy pewnie to usłyszeli, ale w tamtym momencie musiałam po prostu być z nim. Nie mogłam już dłużej przemierzać ciemnych korytarzy Wickendale sama, potrzebowałam Harry'ego, aby odstraszył to czemu musiałabym stawić czoła. Może wyjdę na słabą, ale nie miałam w sobie siły, aby robić to bez niego.

- Rose! - znowu krzyknął, a ja pobiegłam w jego stronę. Po części, żeby jak najszybciej znaleźć się przy nim, a po części, aby oddalić się od czegokolwiek co czyhało lub nie w ciemnościach.

- Harry! - wrzasnęłam, skręcając za róg, w kierunku, z którego dochodził jego głos.

- Rose! - zawołał ostatni raz i w końcu go zobaczyłam. Biegł przez korytarz jak szaleniec, jego włosy w nieładzie i ulga wymalowana na twarzy. Ja pewnie wyglądałam podobnie. Czułam jak cały mój stres zniknął, po tym jak go ujrzałam.

Moje tempo się zwiększyło i oboje biegliśmy do siebie. W  ciągu kilku sekund poczułam jak nasze ciała się zderzają z ogromną siłą i w końcu mogłam znów oddychać, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że wcześniej wstrzymywałam oddech. Poczułam jak jego ramiona oplotły moją talię, a moja automatycznie jego szyję.

Ale zaraz przeniosłam moje dłonie na jego szczękę i przycisnęłam usta do jego. Był to szybkie pocałunek, jednak wciąż pełen namiętności i pragnienia, które zawsze było obecne, kiedy się całowaliśmy.

Kiedy się od siebie odsunęliśmy, przyciągnął mnie znowu mocno do swojej piersi, a ja się w nią wtuliłam.

- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię znalazłam. Boże, Harry, tak się martwiłam.
- Ja też - powiedział, zacieśniając swój uścisk wokół mnie jeszcze bardziej.
- Jesteś cały? - spytałam, podnosząc głowę z jego klatki piersiowej, żeby go oglądnąć. Na szczęście nie było żadnych oznak bólu na jego twarzy.
- Tak, wszystko dobrze - odpowiedział szczerze. - A ty?
- Tak - powiedziałam. Fizycznie, owszem. Psychicznie - byłam zdenerwowana, przestraszona i zmieszana.
- To dobrze - westchnął, przyglądając mi się dokładnie, aby się upewnić, czy mówię prawdę. - W takim razie czas się stąd wynieść w cholerę. Masz broń?

Skinęłam, wiedząc dokładnie o co zapyta. Wypuściłam ją w mojej spoconej dłoni i umieściłam w jego; większej i bardziej sprawnej.
- Skąd wiedziałeś?
- Spotkałem Normana po drodze - oznajmił. Więc wiedział, że go postrzeliłam.

Wyglądało na to, że był pod wrażeniem, starał się ukryć dumny uśmieszek, kiedy na mnie patrzył. Ale nie powiedział nic więcej, oboje wiedzieliśmy, że powinniśmy to przedyskutować później. Nie chcieliśmy tracić więcej czasu.

Więc wznowiliśmy nasz plan. Był bardzo ryzykowny i niezbyt dopracowany. Chodziliśmy po omacku po korytarzach, narażając się na to, że jakiś strażnik może nas zobaczyć w każdej chwili. Ale lepiej było być tu, w ciemnościach razem, niż osobno w naszych celach.

- Okej, chodź za mną - powiedział Harry. - Ale trzymaj się mnie, tyłu mojego uniformu czy czegoś i nie puszczaj.

Pokiwałam głową, podążając za  jego instrukcjami i zaczepiając palec o szlufkę jego paska. Nie chciał mnie znowu zgubić, a ja nie chciałam zgubić jego. Popatrzyłam za siebie i na boki, słysząc, lecz nie widząc strażników idących gdzieś korytarzem.

Zignorowałam hałas i podążyłam za Harrym.
- Chodź - wyszeptał, więc tak zrobiłam. Podążył w kierunku, z którego przybiegłam, w stronę niezidentyfikowanej osoby, która mogła lub nie tam być.
- Harry - wyszeptałam. - Ktoś tam był wcześniej. Chyba inny pacjent. - skinęłam głową w kierunku ciemnego korytarza.
- Nie widzę nikogo - powiedział mrużąc oczy. - Musiał już pójść, ale będę czujny.

Nasze kroki były ciche i coraz bardziej zbliżaliśmy się do mojej kryjówki. Wciąż trzymałam się Harry'ego, a on ściskał broń w rękach, jakby był gotowy strzelić w każdej chwili. Nawet z nim wciąż się bałam, ale uczucie beznadziejności już mi nie towarzyszyło. Z nim czułam się tak bezpiecznie, jak tylko można było się czuć w tej sytuacji.

Przeszliśmy kolejne kilka kroków do miejsca, w którym wcześniej usłyszałam dziwne odgłosy. Ale nie było tam nic. Harry zatrzymał się przed drzwiami i zbliżył się do nich.

Dlaczego tam idziemy? Zastanowiłam się. Wtedy sobie uzmysłowiłam gdzie się znajdowaliśmy. To nie było wejście do jakiegoś tam biura czy schowka. Te drzwi były za wielkie. Sporzałam w górę i przeczytałam ledwo widoczne słowa. Oddział C.

Właśnie stałam przed wejściem do nieznanej części instytutu, tylko drzwi dzieliły mnie i najbardziej niebezpiecznych kryminalistów Anglii.

- Gotowa? - Harry szepnął zanim sięgnął po klucz, do kiedyś należącego do Jamesa uniformu.

- Nie.- odpowiedziałam szczerze.

- Ja też nie.- mówiąc to przekręcił wolno klucz. Oboje nasłuchiwaliśmy szczęku zamka. Potem powoli Harry przekręcił gałkę.Słyszałam bicie mojego serca, gdy najbardziej przerażająca część instytutu otwierała sie przed nami centymetr po centymetrze.

Sama nie wiem czego oczekiwałam. Krzyków, szeptów, okrzyków bólu, obłąkanych wrzasków. Armii strażników czekających na nas po drugiej stronie drzwi. Ale nie tego. Z jakiegoś względu to było jeszcze gorsze.

Martwa cisza.

Nie było zupełnie nic. Wydawało się, jakby zwykłych odgłosów takich jak wentylacja w ogóle nie było. Harry bardzo delikatnie zamknął drzwi, więcej żadnego ruchu nie wykonał. Nawet powietrze jakby stało w miejscu. Wszędzie cisza. Ciemność ogarniała prawie całe miejsce. Jedyne co zdołałam zauważyć to dwa rzędy cel zwróconych do siebie. Jedynie światła ewakuacyjne oświetlały drogę, rzucając dziwne cienie. Nie widziałam nigdzie personelu. Tylko będący za cicho pacjenci schowani w swoich celach.

Harry i ja staliśmy. Niechętni do wykonywania jakiegokolwiek ruchu. Coś było nie tak.

Ale musieliśmy iść dalej. Nie mogliśmy stać i czekać. Harry zrobił krok w lewo. Ja za nim. Potem kolejny krok. Powoli i ostrożnie mijaliśmy takie same cele z takim samym światłem ewakuacyjnym i taką samą ciszą. Wydawało się, że trwało to całą wieczność. Stąpaliśmy cicho, gdy mijaliśmy celę za celą.

Nagle zauważyliśmy kogoś. Zatrzymałam się, ale Harry szedł dalej ciągnąc mnie za sobą.

Ten kogo zobaczyliśmy był strażnikiem. Bardziej poważnie wyglądający i większy od tych, do których byłam przyzwyczajona na innym oddziale. Ale tak  jak i ci poprzedni, kiwnął do Harry'ego i minął nas bez pytań. Myślał, że Harry to strażnik.

Nasz plan nadal działał.

Działał gdy mijaliśmy kilku następnych. Nikt nie widział twarzy Harry'ego, ja nie widziałam twarzy strażników. Nikt nie był rozpoznawalny w ciemnościach. Trzymałam torby poza polem widzenia tak jak wcześniej między mną, a Harrym. Nikt nic nie zauważył.

W końcu doszliśmy do miejsca, gdzie już nie było cel. Przypominało to główny hol. Było kilka drzwi. Jedne wyglądały jakby prowadziły do stołówki, drugie jak do łazienki, co do innych nie byłam pewna, co mogło kryć się za nimi.

Kolejny strażnik się zbliżał. Staraliśmy zachowywać się normalnie,  poruszaliśmy się powolnymi krokami, które miały sprawiać wrażenie, że wcale się nie spieszymy.

Tym razem to nie zadziałało. Ten facet wyglądał na bardziej inteligentnego niż pozostali. Wydawał się być ważny.

- Przepraszam, ale gdzie zabierasz tego pacjenta? Cele są w tamtą stronę. - powiedział, wskazując kierunek, z którego szliśmy.

- Zabieram ją do łazienek - Harry odpowiedział, ruszając naprzód.

Pokiwał głową, ale nie wydawał się przekonany, przyglądał nam się bardziej niż pozostali. Niestety zauważył coś czego inni nie.

- Gdzie są jej kajdanki? - zapytał.

Harry zadziałał zanim mężczyzna zdążył dodać dwa do dwóch, używając przedramienia do przygwożdżenia go do ściany.

- Jeśli zawołasz po pomoc, albo sięgniesz po broń, pociągnę kurwa za spust- Harry powiedział cichym, ale groźnym głosem, starając się  nie przyciągać uwagi. Przycisnął lufę do jego policzka podczas gdy strażnik uniósł ręce nad głowę w geście poddania.

- Dobry wybór - powiedział Harry. Z jedną ręką wciąż trzymającą mężczyzną, drugą sięgnął do jego paska i odpiął od niego broń, po czym wręczył ją mnie, a ja ją przyjęłam. Kiedy już oboje byliśmy uzbrojeni, Harry obrócił swoją, przytrzymał głowę strażnika, po czym zadał cios.

Osunął się nieprzytomny na ziemię od siły uderzenia Harry'ego. Byłam zszokowana; albo Harry miał wrodzony dar, albo robił to już wcześniej.

- Pospieszmy się zanim zjawi się ktoś jeszcze - powiedział, prowadząc nas w głąb korytarza. Minęliśmy jeszcze jednego strażnika, który znów tylko skinął w naszą stronę i szedł dalej. Niedługo miał zobaczyć nieprzytomne ciało, leżące na jego drodze.

Szliśmy wzdłuż ściany, skręciliśmy za róg i naszym oczom ukazała się brudniejsza,  mniej uczęszczana część oddziału. Tam, w najciemniejszym kącie zobaczyliśmy schowek, w którym przypuszczalnie znajdował się kluczowy punkt naszej ucieczki..

Zajęło Harry'emu chwilę otwarcie go, udało mu się to dopiero po sprawdzeniu kilku kluczy, zanim znalazł ten właściwy. Za siódmym razem drzwi w końcu się otworzyły. Przeszliśmy  przez pomieszczenie, rozglądając się za drzwiami, które opisała Kelsey.  W końcu w ciemnościach ujrzeliśmy drewniany kwadrat na jednej ze ścian.

- To jest to - Harry powiedział w osłupieniu. Byliśmy tam. Ale zanim którekolwiek z nas zdążyło się zbytnio rozentuzjazmować, kolejny strażnik pojawił się w progu.

Ci pracownicy byli jak mrówki - kiedy pozbyłeś się jednego pojawiał się kolejny.

- Co wy tu... - zaczął, ale przeszkodziło mu kliknięcie broni Harry'ego. Wycelował ją w mężczyznę natychmiastowo. Pracownik uniósł ręce do góry, powoli wycofując się ze strachem w oczach. Nie był silnym strażnikiem, nie nadawał się do tej roboty; Wyglądał w ostateczności jak jakiś doktor albo przestraszony praktykant.

- Udawaj, że nas nie widziałeś i nie urwę ci łba - powiedział Harry. Mój żołądek się przewrócił i miałam nadzieję, że tylko tak mówił. Nie zastrzeliłby niewinnego mężczyzny, prawda? Zastrzeliłby?

Biedny chłopak się wycofał, trzęsąc ze strachu. Odwrócił się  i pobiegł, znikając nam z oczu po kilku krokach.

- Powie reszcie, lepiej się pospieszmy - Harry oznajmił.
-  Tak - zgodziłam się. Powróciliśmy do schowka. Tunel zakryty był przez drewniany  kwadrat, przykręcony do ziemi i nie wiedzieliśmy co z tym zrobić.

- Cholera - westchnął Harry.
- Strzel - zasugerowałam. - Strażnicy i tak tu już idą, lepiej, żeby nas już nie było jak tu dotrą, niż czekać, aż wymyślimy coś innego.

Brwi Harry'ego się złączyły, kiedy nad tym myślał.

- Masz rację - zgodził się. - Zatkaj uszy.

Tak też zrobiłam, a Harry wymierzył i strzelił. Drewno się roztrzaskało, a jego odłamki poleciały we wszystkich kierunkach. Było zbyt ciemno, żeby powiedzieć, co znajdowało się w powstałej dziurze.

- Pójdę pierwszy - powiedział Harry. - Upewnię się, że jest bezpiecznie.

Nawet jeśli nie było bezpiecznie, to była nasza jedyna opcja, jednak nie protestowałam na propozycję Harry'ego.

- Okej - zgodziłam się i patrzyłam jak opuszcza się w głąb dziury.
- Podaj mi latarkę - zakomenderował i zaczęłam szybko przegrzebywać jeden z plecaków.  Moje dłonie w końcu znalazły to czego szukały i podały to Harry'emu, a on ją włączył.

- Wygląda nieźle - powiedział - Wskakuj.

Zaczął się czołgać, żeby zrobić mi miejsce. Zamknęłam za  sobą drzwi schowka, słysząc kroki strażników biegnących korytarzem nie tak daleko stąd i  umieściłam torby z powrotem na moich ramionach. Zaczynały naprawdę przeszkadzać.

I nagle znalazłam się w środku, stopy i kolana i łokcie w błocie.
- W porządku? - spytał Harry, odwracając głowę w moją stronę.
- Tak - odpowiedziałam. Więc zaczął znów czołgać się po brudnej ziemi, a ja podążałam za nim. Cholera, to miejsce było strasznie ciasne.

Zobaczyłam przed nami światło z latarki Harry'ego i postanowiłam skupić się na nim, starając się uspokoić oddech. Byliśmy tak blisko, nie miałam zamiaru zemdleć z niedoboru tlenu w tej ciasnej przestrzeni i nas spowolnić. Wlekliśmy się po błocie coraz dalej i dalej, a ja starałam się myśleć o wszystkim tylko nie o tym. Wydawało się jakby ściany miały się zaraz zsunąć, a cały brud spaść i zakopać mnie żywcem w każdej chwili. Skoncentrowałam się na własnym oddechu i na butach Harry'ego przede mną; na dosłownym światełku na końcu tunelu. Nie zwracałam uwagi na nic innego.

Nagle Harry zatrzymał  się i uciszył mnie.
- Słuchaj - powiedział. Zdenerwowany wyraz twarzy Harry'ego spowodowany tym cokolwiek usłyszał, przeraził mnie ponad miarę. Bo jeśli Harry się bał, to na pewno było czego się bać.

Słuchałam i czekałam, ale nic nie było słychać. Tylko cisza.

W końcu, z samego końca tunelu, doszło nas jakieś szuranie. To samo, które słyszałam, kiedy szukałam Harry'ego. Brzmiało trochę inaczej teraz, na błocie, ale tak samo przerażająco. I było więcej niż szuranie. Dochodziło z daleka, więc słyszeliśmy tylko szept, odbijający się echem od brudnych ścian. Straszny, obłąkany, cichy głos powtarzał:
- Rose.

I w tym momencie Harry i ja zdaliśmy sobie sprawę, że nie byliśmy sami w tunelu.

                                                                                                         
AAAAAAA czy wy też sraliście ze strachu??? Bo ja i czytając i tłumacząc, a to dopiero początek!
Wgl mam dziś bardzo chujowy dzień, moglibyście mi poprawić humor zostawiając komentarz? Bo ostatnio ich tak mało, a w sondzie wzięło udział prawie 500 osób! Nie zmuszajcie nas do tego, żebyśmy pisały ile ma być komentarzy, jeśli chcecie nowy rozdział itp. itd., ok?
Nst bd tak samo, czyli między poniedziałkiem, a środą:) ~Magda


COOO? Kto jest z nimi??? Tyle emołszyns :D Mam nadzieję, że podoba się wam rozdział. Bo mi bardzo xd Mam nadzieję, że nie ma wielu błędów. Przepraszam, że dopiero teraz, ale zadanko z matmy wzywało.
Dziękuję wszystkim za miłe słowa, bardzo to doceniam i strasznie mi miło :) No i dają wieelką motywację do pracy. :* ~ XYZ

środa, 8 października 2014

Rozdział 45

(DUŻO INFO W NOTCE)

ROSE'S POV


Widziałam tylko ciemność. W ciasnej komórce nie było światła. Tylko ciemność. Otaczała mnie ze wszystkich stron, okrywając mnie jak gruby koc w upalną, letnią noc. Strasznie pragnęłam zedrzeć ją z siebie i zaczerpnąć świeżego powietrza, wydostać się z dusznego pomieszczenia i poszukać Harry'ego. Ale nie mogłam, bo nie miałam pojęcia gdzie mógł teraz być. Lepiej było siedzieć tutaj i czekać na niego, zamiast dać się złapać i zrujnować wszystko.

Więc stałam i czekałam. Wydawało się, że minęły godziny od momentu, gdy wzięłam pistolet od nieprzytomnego strażnika i wbiegłam do tego cholernego miejsca. Od tamtego czasu stałam w ciemnym rogu za mopami, miotłami, koszami i czekałam w duszącej ciemności.

Nie byłam pewna, czy z Harrym wszystko w porządku, słyszałam tylko jak strażnicy przyszli i przeciągnęli go obok drzwi. Nie wiedziałam gdzie teraz był, ani jak po mnie wróci. I jak się czułam na myśl, że kogoś przed chwilą zabił.

Ale wiedziałam, że mu ufałam. Obiecał mi, że uciekniemy i miałam nadzieję, że dotrzyma słowa. Nigdy nie spotkałam kogoś z taką pasją i determinacją, tak inteligentnego jak on.

Jednak nadal się martwiłam i wątpliwości przyćmiewały mój optymizm. Podskakiwałam na każdy, choćby drobny szmer, zaczynałam jeszcze bardziej drżeć i wzbudzało to we mnie coraz większe obawy. Moje dłonie były mokre i było mi niedobrze. Każdy szmer był zbliżającą się śmiercią, z każdym krokiem pojawiała się przed moimi oczami wizja, jakie kary są za takie występki przewidywane. Serce chciało dosłownie wyskoczyć mi z piersi w takich chwilach. Gdyby ktoś mnie znalazł równało by się to z powrotem do celi po strasznych karach pani Hellman. I utknęlibyśmy tutaj. Kelsey i Lori straciłyby swoje posady. To byłaby kompletna katastrofa.

Obrazy Harryego pod batem lub trzęsącego się od przeszywającego jego ciało prądu elektrycznego krążyły po mojej głowie bez przerwy razem z pytaniami: Czy wszystko w porządku? Czy jest bezpieczny? Kto z nim jest? Co mu robią? Jak do mnie dotrze? Co jeśli nie?

Marzyłam, żeby pojawił się tutaj, moglibyśmy stąd daleko uciec i mój wariujący umysł mógł odpocząć. Czekałam i czekałam, co wydawało się być wiecznością, ale nic się nie działo. Pomieszczenie było nadal puste z wyjątkiem mojego pełnego niepewności oddechu.
Nareszcie usłyszałam jak rusza się klamka. Wstrzymałam oddech, modląc się żeby to był Harry.

Drzwi się otworzyły Wystarczył jeden moment, aby wszedł (oby Harry) do środka.
Już miałam powiedzieć jego imię z ulgą. Jest tutaj. Jest bezpieczny.
Ale powstrzymałam się sekundę zanim zdążyłam to zrobić. Ponieważ ta osoba, której sylwetka ukazała mi się na ułamek sekundy w przyćmionym czerwonym świetle nie była nim. Moje serce stanęło w miejscu. Wszystko co mogłam zobaczyć to, że ta osoba miała większą posturę, bardziej krzepką. Nie było też śladu loków.

Wstrzymałam oddech i wcisnęłam się jeszcze bardziej w kąt, przyciskając pistolet do piersi jeszcze mocniej. Nieznajomy wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. O nie. O cholera.
Moje serce biło jak szalone w ciasnej przestrzeni komórki. Byłam pewna, że musiał to słyszeć. Byłam pewna, że był to pacjent szpitala. Ktoś, kto musiał uciec strażnikom tak, jak ja. Nie wiedziałam z jakiego był oddziału i jak bardzo był niebezpieczny.

Ciemność powróciła, kiedy drzwi się zamknęły. Ale tym razem nie byłam sama.
Nie zdążył mnie jeszcze zauważyć. Wszystko co przechodziło przez moją głowę to przekleństwa, których użyłby Harry. Nie było nic co mogłabym zrobić, tylko trzymać buzię na kłódkę i mieć nadzieję, że sobie pójdzie. Słyszałam, jak oddychał ciężko, jakby biegał. Byłam wdzięczna za to, że dzięki temu hałasowi nie słyszał mnie. A gdyby usłyszał, poczuł lub zauważył, że była tu dziewczyna, może by mnie nie skrzywdził. Może chciał tylko uciec i schował się tu na kilka minut.

Chwilę później ucichł, nieznajoma osoba stała tylko 1,5 metra ode mnie. Jego oddech zwolnił. Moje serce biło jak oszalałe, starałam się ze wszystkich sił nie panikować i tłumić dźwięk mojego głośnego oddechu. Modliłam się, żeby mnie nie zauważył.
Nagle poczułam, że się porusza. Nie w sensie fizycznym, ale jakby w powietrzu. Zmiana w napiętej atmosferze, przebłysk w ciemności. Wstrzymałam oddech.

To było coś małego, coś czego nie usłyszałam. Jakiś drobny ruch, jakby poruszenie głową czy podniesienie ręki. Moje ciało zaczęło się trząść ze strachu, zamknęłam oczy i wstrzymałam oddech.
W grobowej ciszy usłyszałam otarcie skóry o ubranie. Tym razem zdecydowanie odwrócił głowę. Byłam pewna, że stoimy twarzą w twarz. Wiedział, że tu jestem.

Powiedział zachrypniętym szeptem, który sprawiał, że ciarki pojawiły się na moim ciele.

- Słyszę, jak oddychasz.


HARRY'S POV

Moje powieki unosiły się co chwilę, ale wszystko było zamazane. Walczyłem z samym sobą o przebudzenie, coś bardzo ważnego próbowało wedrzeć się do mojej głowy. Przez cały czas powracałem do stanu nieprzytomności. Dryfowałem między rzeczywistością, z małego, przypominającym biuro pokoju, z powrotem do snów o Rose, śmiechu i słonecznych plażach. W moich snach Rose nosiła biały strój kąpielowy, dopiero co wchodzące do mody dwuczęściowe. Jej długie czarne włosy powiewały za nią kiedy biegała po białym piasku, śmiejąc się gdy ją goniłem. Czułem się wolny, tylko my dwoje, biegając po wybrzeżu. I wtedy wróciłem do czerwonego pokoju, niewygodnego krzesła i rąk za moimi plecami.

Znowu wszystko się zamazało i jedliśmy lody, trzymając się za ręce, idąc pod błękitnym niebem.
Znowu rzeczywistość. W tam i z powrotem z nieświadomości do rzeczywistości, mój umysł starał się walczyć z lekami, które mi podali. Zdecydowanie bardziej wolałbym zostać w moich snach, ale musiałem sobie powtarzać, że jej tam tak naprawdę nie ma. Była gdzieś poza tym pokojem czekając i licząc na mnie, że po nią przyjdę. Zwalczyłem otumanienie i leki uspokajające powoli przestawały działać. Wszystko jeszcze nie było jasne i moja głowa wydawała się ciężka, ale byłem świadomy.

Ściany zaczęły się robić coraz bardziej wyraźne. Były pomalowane na ciemny bordowy kolor. Z całej siły spróbowałem się skupić i pozbyć zamglenia umysłu, wtedy zobaczyłem stare biurko na przeciwko mnie z leżącym na blacie batem. Kilka stolików i krzeseł było ustawionych pod ścianą. Jeden stał koło miejsca, gdzie siedziałem, a na nim mała lampka. Wyglądało to jak pokój do przesłuchań. Chciałem wstać ale nie mogłem. Moje ręce powstrzymywały mnie, bo były za mną przywiązane do krzesła. Nie czułem zimnego metalu kajdanek, tylko coś bardziej szorstkiego, giętkiego. Lina.
Gdzie ja do diabła byłem?!
Byłem sam w pomieszczeniu. Nie wiedziałem kto mnie tu przyniósł ani dlaczego, ani co chcieli mi zrobić. Wiedziałem mimo wszystko, że nie ważne jak, ale wydostanę się z tych przeklętych lin i znajdę Rose. Była pewnie potwornie przerażona, sama w ciemniej komórce. Jeśli cokolwiek by się stało to wszystko byłaby moja wina, bo nie było mnie przy niej.

Zniknęła z mojej głowy, kiedy usłyszałem kliknięcie otwieranych drzwi. Nie mogłem kurwa  ukryć mojego podekscytowania kiedy w drzwiach ukazała się pani Hellman i ten jej drwiący uśmieszek.

- Czyżbyśmy próbowali nawiać, Harry?- Zapytała kiedy zamknęła drzwi za sobą. -Ty i Rose myśleliście, że możecie sobie od tak uciec?

Nie odpowiedziałem. Nie miałem zielonego pojęcia, co chciała zrobić, ale na pewno się nie dam.

- Chyba wam się nie wydawało, że wystarczy tylko jakiś stary mundur strażnika i odcięcie prądu abyście się stąd wydostali.

Siedziałem tam z twarzą bez wyrazu tłumiąc uśmiech. Szkoda, że nie wiedziała, że był to mudur jej nieżyjącego syna. Chciałem jej to powiedzieć, a raczej wykrzyczeć w jej pomarszczoną twarz. Ale ugryzłem się w język, aby się powstrzymać. Ujawnienie tej informacji mogłoby mi bardziej zaszkodzić niż pomóc.

- Wygląda na to, że jednego z was brakuje. Nie mogę sobie wyobrazić, że byś ją zostawił. Więc, powiedz mi Harry, gdzie jest Rose?

-Pierdol się.

Zaśmiała się na moją odpowiedź, kiwając głową. Położyła dłoń na oparciu krzesła, była kilka centymetrów nade mną, kiedy się przybliżyła. I wtedy jej dłoń zetknęła się z moim policzkiem. Mocno.

Jej zachowanie zdezorientowało mnie. Czy ona właśnie mnie uderzyła?
Jaka matka taki syn.

- Mów, gdzie ona jest!- zażądała odpowiedzi jakby nic się nie stało, jakby mój policzek wcale nie był czerwony i piekący. Strasznie mnie wkurwiała ta jej arogancka postawa, więc splunąłem jej w twarz.

Natychmiast się ode mnie odsunęła, wycierając twarz z obrzydzeniem. Kiedy nie patrzyła przez chwilę zacząłem mocno szarpać rękami. Zacisnąłem zęby i moje dłonie napięły się z wysiłku od próby wydostania się. Ciągnąłem z całej siły, jak tylko mogłem. Nic.

Oboje patrzyliśmy na siebie z nienawiścią, wkurzeni za zachowanie drugiego.

-Muszę ci powiedzieć, Harry - zaczęła mówić wypluwając słowa jak jad - W końcu ją znajdziemy. Wszyscy strażnicy przeszukują każdy centymetr budynku w poszukiwaniu pacjentów. Jeśli mi pomożesz i powiesz mi, gdzie ją mogę znaleźć, wszystko będzie dużo prostsze. Zabiorę was z powrotem do cel bez kary - Zrobiła przerwę jakby chciała dać mi czas do namysłu i podjęcia decyzji.

-Ale jeśli nie... będą bardzo ciężkie konsekwencje. Szczególnie dla niej.

- Nic ci  kurwa nie powiem. A nawet jeśli bym chciał, to i tak nie wiem, gdzie jest.

- Gówno prawda - powiedziała - A co powiesz na to? Jeśli mi nie powiesz przeniosę ją na oddział C. Już nigdy jej nie zobaczysz.- Za jej słowami krył się sadystyczny uśmieszek.

Normalnie wkurzyłbym się. Starałbym się uwolnić od lin, zacisnął szczękę i krzyczał groźby i przekleństwa. Ale byłem za bardzo oszołomiony i otumaniony lekami, które nadal działały. Dodatkowe krzyczenie nic by nie zmieniło. Tylko dało jej satysfakcję ze sprowokowania mnie.
W zamian spróbowałem innej taktyki. Oglądnąłem cały pokój dookoła, popatrzyłem na liny, spojrzałem na panią Hellman. Zauważyłem, że za drzwiami było cicho. Musieliśmy być gdzieś w oddali od reszty oddziału.

- Nikt nie wie, że tu jesteśmy, prawda?

- Co?- zapytała zaskoczona i poirytowana.

- Strażnicy, inni pracownicy. Wysłałaś ich do szukania pacjentów, którzy jak wiesz są zamknięci w celach. Dlatego możesz mnie teraz torturować, przesłuchiwać mnie bez wiedzy nikogo więcej.

- Nonsens- powiedziała zaprzeczając mojej teorii. Ale jej uśmieszek zniknął z twarzy. - To jest mój zakład i mogę robić co chcę z nim i jego pacjentami.

-Nie, nie możesz. Myślisz, że możesz pogrywać nami jak pionkami w swojej chorej grze, że mogą ci takie rzeczy ujść na sucho? Ale wiesz dobrze o tym, że ktokolwiek z pracowników by się dowiedział o wszystkich chorych rzeczach, które się dzieją w Wickendale, stracisz swoją pracę. Trzymasz mnie tutaj w sekrecie z dala od wszystkich. Chcesz mnie torturować daleko od oddziału, więc nadal możesz być szefem. Bez żadnych uskarżeń czy znęcania. Może to będzie działać, może będziesz mogła robić to, co chcesz, nikt się o niczym nie dowie. Ale nie możesz przenieść gdziekolwiek Rose, oboje o tym wiemy. Oczywiście możesz nas karać, ile tylko chcesz. Ale nie wciskaj mi kitu, że przeniesiesz Rose na inny oddział, ponieważ w kilka tygodni, czy miesięcy ludzie zauważą, że ona tam nie pasuje.

Pani Hellman zaśmiała się.

- Harry wydaje mi się, że zapomniałeś o innych opcjach.

- Takich jak...?- zapytałem się - Lobotomia*? Operacje mózgu? Pani Hellman, wydaje mi się, ze zapomina pani o Jane, która zniknęła w tamtym tygodniu. Jeśli zabijesz jedno z nas, jak myślisz, jak zareaguje prasa na zupełnie zdrowych pacjentów znikających jak kamfora w Wickendale?

Pani Hellman przełknęła ślinę, jej oczy nie opuszczały moich. Wiedziała, że miałem rację. Nie mogła nam nic zrobić teraz, kiedy każdy pracownik znał nasze twarze i imiona. Może byłaby w stanie zabrać Rose na operację za kilka miesięcy, ale nie teraz. Nie kiedy Jane zniknęła, nie kiedy było teraz to zamieszanie. Jednak wszystko, co nam mogła najgorszego zrobić, już uczyniła. Od izolatki po terapię prądem elektrycznym. Więc nie miałem nic do stracenia.

Jeśli była taka rzecz, która mogła skrzywdzić jedno z nas, ludzie to zauważą i pani Hellman o tym wiedziała. Ale 'Zobaczymy' było wszystkim co odpowiedziała zostając zupełnie spokojną

- Nie lekceważ mnie Harry.

Tym razem była moja kolej do zaśmiania się.

- Jeśli pozwolisz, muszę pójść i się upewnić, że strażnicy wykonują swoją pracę.- powiedziała.
Bardziej jak pójść sprawdzić, że pracownicy jej nie szukają przy okazji znajdując mnie tutaj zawiązanego.

Przed tym jak wyszła wzięła kawałek materiału z biurka. Stanęła za mną.

- Co ty do cholery robisz?- zapytałem. Nic nie mówiła. I zanim zauważyłem kawałek materiały był zawiązany na mojej głowie, zawiązany tak, że nie mogłem mówić ani wołać o pomoc. Co za pieprzona psychopatka.

- Zaraz wrócę.- powiedziała zanim wyszła. Brzmiało to jak groźba. Pani Hellman osiągnęła nowy poziom bycia złym. Co ona sobie myślała, ze kim jest? Nikt, nawet strażnik nie miał prawa żeby wiązać pacjentów i zawiązywać ich ust aby nie mogli mówić. To już nie była tylko nienawiść do mnie, tylko jakaś ohydna forma rewanżu za to, co zrobiłem jej synowi. Była to złośliwa kobieta ze złośliwymi planami. Oczywiście nie wiedziałem, co to były za plany i nie chciałem wiedzieć.

Obejrzałem się gorączkowo po pokoju w poszukiwaniu czegoś, czegokolwiek co by mi pomogło w wydostaniu się z tego przeklętego krzesła. Ciągnąłem i ciągnąłem z całej siły próbując jakoś uwolnić ręce z liny. Czułem ból w piersi i powiększającą się chrypę w gardle. Napiąłem całe ciało, wstrzymałem oddech, zacisnąłem zęby próbując rozerwać liny. Sznur wrzynał mi się w ręce, aż poczułem jak mała ilość krwi zaczęła powoli płynąć po moim lewym nadgarstku.
W ogóle nie zawracałem sobie tym głowy. Próbowałem pocierać to po powierzchni krzesła w górę i w dół. Nadal nic. Kurwa.

Musiało być jakieś wyjście, zawsze jest. Coś musi być.

Zapalniczka.

Tak, pieprzona zapalniczka. Schowałem ją do kieszeni zaraz przed opuszczeniem gabinetu Kelsey. Poczułem ciężar zapalniczki przy biodrze. Westchnąłem, że nadal tam była. W końcu trochę szczęścia.
Podniosłem się lekko, aby moje palce mogły dosięgnąć materiału munduru, by wyciągnąć zapalniczkę.

Moje ręce były wygięte pod bolesnym kątem tak samo, jak moje biodro, abym mógł dosięgnąć.
Lina wrzynała się niesamowicie boleśnie, ale bez przerwy przypominałem sobie Rose, co pomagało mi się wysilać się dalej.

Moje dłonie były prawie w mojej kieszeni i zacisnąłem zęby z bólu i wysiłku. Jeszcze tylko troszkę.
Byłem pewny, że nie mogłem się poruszyć ani o centymetr, ale jakimś sposobem udało mi się. Ból zniknął z powodu braku czucia w dłoniach. W końcu poczułem zimny metal pod moimi palcami. Uniosłem lekko biodro tak, że zapalniczka ześlizgnęła się do mojej dłoni.

Usiadłem na krzesło z ulgą, krzywiąc się na uczucie jakby tysiące igieł wbijało mi się w dłoń przez to, że krew w końcu mogła wpłynąć do ręki. Nie traciłem ani chwili i wykonałem przyziemną czynność jak zapalanie zapalniczki do celu całkiem nieprzyziemnego. Wygiąłem rękę, aby płomień mógł zapalić linę i pozwolić mi się uwolnić. Modliłem się do Boga, że sznur spali się zanim cokolwiek stanie się Rose.
ROSE'S POV

Całe moje ciało zdrętwiało. Strach był paraliżujący.. Słyszałam bicie serca w uszach kiedy skuliłam się w kącie. Wyszeptane słowa odtwarzały się w mojej głowie bez końca. 'Słyszę, jak oddychasz.'
Poruszył się bardzo powoli, prawie niesłyszalnie aby nie zakłócić ciszy. Mój oddech uwiązł w gardle. Bałam się wiele razy, ale nigdy tak bardzo jak teraz, nigdy z niebezpieczeństwem tak blisko, nigdy nie uwięziona w ciszy, bez możliwości jakiegokolwiek ruchu. Najgorsze było to, że nie mogłam nic zrobić. Gdybym pobiegła, Harry nie byłby w stanie mnie znaleźć. Gdybym wołała o pomoc, strażnicy mogliby mnie usłyszeć. Gdybym walczyła nie miałabym szansy.

Harry mógłby wywalczyć swoją drogę ucieczki, ale ja nie miałam jego siły. Więc stałam tam,  ze łzami spływającymi po policzkach jak tchórz. Tak, ściskałam w dłoni pistolet, ale miałam wątpliwości czy byłabym w stanie go użyć.

- Kto tu jest? - mężczyzna zapytał. Jego głos brzmiał gburowato i groźnie nawet w tych paru słowach. Brzmiał znajomo.

Szorstka dłoń dotknęła mojego ramienia, skrzywiłam się.

- Odpowiedz mi.

Ostro wypowiedziane słowa spowodowały, że odpowiedziałam.

- Rose - odpowiedziałam słabym głosem. Nie było sensu być cicho. Nie ważne kim był ten facet, pewnie już i tak się domyślił. Cokolwiek planował, moje imię nic nie zmieni.

Zaśmiał się. Dudniący śmiech, który już słyszałam. Ktoś kogo znałam miał taki sam śmiech. I wtedy mnie olśniło.

- Cześć, Rosie.

Norman. Oczywiście, to musiał być Norman.

- Tutaj? Taka całkiem sama? - drażnił się.- Gdzie jest Harry? Gdzie jest twój rycerz w lśniącej zbroi?

Przełknęłam ślinę. Przybliżył się, że aż czułam jego paskudny oddech.

- Mówiłem ci, że będę cię miał samą, z dala od niego.

Teraz go poczułam, nie na mojej skórze, ale zrobiło mi się ciepło od jego ciała.

- W końcu mam cię tam, gdzie chciałem.- powiedział.  Żądza wpleciona w jego słowa spowodowała gęsią skórę.

- Nareszcie mogę robić to co chcę i nikt mi nie przeszkodzi - Jego zimne palce dotknęły mojej szyi, aż podskoczyłam. Uderzyłam jego dłoń, aby przestał niestety to nie pomogło, a nawet spowodowało, że przesunął ją na mój obojczyk.

- Norman, odczep się ode mnie.- zażądałam głosem, który był mniej pewny siebie niż chciałam. On się tylko zaśmiał.

Wtedy postanowiłam, że mam dość i jestem zmęczona, tym co robił i tym co musiałam przez niego przejść i innych traktujących mnie jak zabawkę. Pani Hellman, James, a teraz Norman. Wszyscy myśleli, że mogą robić co chcą z małą, słabą Rose. Odchrząknęłam. Teraz kiedy miałam cel, ucieczkę, z nowo znalezioną siłą powiedziałam jeszcze raz:

- Norman, zostaw mnie do cholery, albo cię zastrzelę.

- Co? - zdziwienie było słyszalne w jego głosie. Jego dłoń nadał spoczywała na moim ciele, podciągając lekko koniec mojego ubrania. Ponownie uderzyłam go jedną ręką, bo w drugiej trzymałam ciężki pistolet.

- Ja kurwa nie żartuję, Norman. Nacisnę spust.

- Hola, hola - zaśmiał się kpiąco. - Nie wydaje mi się, że zrobiłabyś coś takiego, prawda? Dopiero zaczynamy zabawę.

Jego dłoń kontynuowała na oślep dotykanie mojego ciała. Łzy spływały szybko po mojej twarzy.

- Norman, przysięgam!- krzyknęłam. Przycisnęłam lufę do jego klatki piersiowej, ale on się nawet tym nie przejął. Naprawdę nie chciałam naciskać spustu, ale kiedy jego jedna dłoń przesunęła się na moją pierś, a druga w dół mojego brzucha, nie byłam pewna, czy wytrzymam jeszcze dłużej. - Zrobię to kurwa!- ostrzegłam i zacisnęłam powieki. Moje palce oplotły się wokół spustu. Wszystko co wykrzyknął w odpowiedzi to 'Zamknij się!'.

Naprawdę nie chciałam go zabijać. Nigdy tego nie pragnęłam, ale on nie przestawał mnie dotykać, mocno ściskać i nie przejmował się tym, że usiłowałam go odepchnąć. Byłam winna Harryemu znalezienia go i ucieknięcia.  I taka trywialna przeszkoda jak Norman nie mogła mi stanąć na przeszkodzie.

Nie byłam mordercą i zabijanie go nie byłą rzeczą, którą bym była w stanie zrobić. Ale musiałam się wydostać. Dlatego odsunęłam się, zamknęłam oczy, wycelowałam niżej i w końcu nacisnęłam spust.

Odskoczyłam do tyłu, w uszach słyszałam dźwięk wystrzału mieszającego się z wrzaskami. Facet przede mną upadł do tyłu na ziemię krzycząc coś, co przypominało 'Kurwa! Moje kolano!'.

Ale nie byłam pewna przez dzwonienie w uszach. Napędzona adrenaliną, przerażona i zaskoczona, że naprawdę udało mi się kogoś postrzelić, podniosłam torby i wybiegłam z pomieszczenia. Zimne powietrze wydawało się być wspaniałe dla mojej gorącej skóry. Strażnicy mogli przybiec w każdej sekundzie po huku wystrzału,  dlatego nie mogłam stracić ani chwili na zatrzymanie się i cieszenie z tego. Nie miałam też czasu na ociąganie i myślenie o tym co właśnie zrobiłam.

Dlatego pobiegłam z dwoma torbami w rękach, dzwonieniem w uszach, aby oddalić się od mężczyzny, którego właśnie postrzeliłam.

HARRY'S POV

Mogłem się cieszyć z braku pani Hellman przez jakieś 10 minut. Przez ten czas liny zdążyły spłonąć i zostało nic tylko pustka, która łączyła moje dłonie. Czułem jak napięcie ucieka z moich nadgarstków, kiedy w końcu z ulgą je rozdzieliłem. Z uśmiechem na twarzy, którego nie mogłem powstrzymać, wstałem z krzesła. Kosztowało mnie to trochę krwi i cierpliwości, ale w końcu byłem uwolniony z lin.

Już miałem ściągnąć materiał z moich ust, kiedy się powstrzymałem. Najpierw musiałem sprawdzić drzwi. Nacisnąłem klamkę i wtedy moje obawy się spełniły. Drzwi były zamknięte.

Nagle gdzieś z oddali usłyszałem wystrzał. Ogłuszający odgłos przerwał ciszę panującą na korytarzach. Moje oczy rozszerzyły się w obawie i strachu. To nie może być...

Zanim skończyłem tę straszną myśl, znowu usłyszałem dźwięki otwieranych drzwi. Wróciła. Podbiegłem na moje miejsce i dałem ręce za moje plecy.

Weszła do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi i kładąc klucz na biurku. Uśmiechnęła na swoje błędne wierzenie w to, że byłem związany.

- No więc Harry,  - zaczęła - gdzie skończyliśmy?

Odwróciła się do mnie i popatrzyłem prosto w te zimne oczy, których miałem nadzieję nigdy więcej nie zobaczyć. Nie mogłem odpowiedzieć, oboje to wiedzieliśmy, ale zapytała tylko po to aby zrobić ze mnie głupka dla jej własnej przyjemności.

- Ah, tak. Mówiłeś mi o tym jak to nie ma niczego, co bym mogła zrobić tobie i twojej małej dziewczynie. Ale nie wiem co ci pozwoliło tak myśleć. Właściwie to już ją złapaliśmy i już została ukarana.

Wystrzał.

Zamarłem.

- Kłamiesz.- starałem się powiedzieć przez materiał.

- Wcale nie.- pani Hellman potrząsnęła głową i uśmiechnęła się z satysfakcja. Co za pieprzona suka.- Mamy ją kilka pokoi niżej.

- Nie.- powiedziałem. Podeszła bliżej w tym swoim protekcjonalnym stylu jak lew, który obserwuje swoją ofiarę.

- Tak, Harry. Ponieważ nie chciałeś powiedzieć mi tego, co chciałam wiedzieć. Robią jej to co mieli zrobić tobie.

Było coś w jej słowach, coś czego nie mogłem wskazać, coś innego w jej zwyczajnej pewności siebie. Kłamała, musiała.

Musiałem znaleźć Rose, musiałem to zrobić w tym momencie, aby upewnić się, że jest bezpieczna. Nigdy bym nie uciekł bez niej. Jeśli to co mówiła pani Hellman było prawdą, musiałem teraz ją znaleźć. Teraz.

Dlatego skoczyłem z mojego krzesła w jednym płynnym ruchu i kopnąłem je do tyłu. Zaskoczona i przestraszona mina pani Hellman była bezcenna, ale nie miałem czasu, aby się zatrzymać i tym nacieszyć.

Pobiegłbym, ale ona podążałaby za mną, próbowała mnie zatrzymać lub zawołać strażników, jeśli czegoś bym nie zrobił. Szybko, myśl szybko.

Zacisnąłem pięść i jak jej syna kilka godzin wcześniej uderzyłem w szczękę. Nie byłem z tego dumny. Bicie starszej kobiety od tak, ale nie była to jakaś słodka staruszka. W środku była diabłem z piekła rodem. I znalezienie Rose było jedyną rzeczą zaprzątającą moje  myśli, nie miałem czasu na dobre maniery.

Pobiegłem do drzwi i otworzyłem je, wkraczając w ciemność Wickendale, bez patrzenia za siebie. Nie wiem jak Lori udało się zatrzymać kogoś przed włączeniem znowu świateł, ale robiła świetną robotę. Jedynie złowieszczy czerwony kolor oświetlał budynek.

Wystrzał był gdzieś niedaleko, kilka korytarzy dalej na lewo. Popatrzyłem w obie strony i pobiegłem najszybciej jak tylko potrafiłem. Przed tym jak pani Hellman w ogóle mogła zareagować. Minąłem nieświadomego strażnika, dziesiątki drzwi. Biegłem przez przerażającą ciemność cichych korytarzy.  To było jak koszmar. Wiatr w moich włosach, moja szybkość zwiększająca się coraz bardziej, aż wydawało mi się, że gnałem z prędkością światła. Ale tym razem nie była to adrenalina. Tym razem było to przyprawiające o nudności oczekiwanie, strach i niespokojny przypływ energii, dzięki któremu biegłem co raz szybciej i szybciej.

Ta cała ucieczka testowała moje granice, ale ten moment przewyższał wszystko. Moje serce jeszcze nigdy tak nie dudniło w piersi, a mój oddech nie był tak ciężki. Ale ten strach, który odczuwałem, jeszcze nie osiągnął swych limitów.

Otoczenie stawało się znajome. Ale to tylko spowodowało jeszcze większą panikę. Tutaj, w tym miejscu strażnicy nas zauważyli.

Szybciej.

Tutaj zostałem pokonany przez środki usypiające, których efekty już dawno ustały. Usłyszałem za sobą odgłosy strażników, biegnących do miejsca wystrzału. Ale ja nadal biegłem jeszcze szybciej.

I wtedy znalazłem się tam. To pomieszczenie, w którym kazałem Rose się schować. Było przede mną tak, jak je zostawiłem. Z wyjątkiem, że drzwi były otwarte i nie było jej tam. Na jej miejscu stał Norman trzymający się za kolano. Ze wszystkich rzeczy to było ostatnim, czego spodziewałem się zobaczyć.

- Norman - powiedziałem. Mój głos był głęboki i ochrypły. - Gdzie kurwa jest Rose? Co się stało?

- Ta dziwka strzeliła mi w kolano, to się stało! - krzyknął z bólu i złości. Rose postrzeliła Normana?

Moja dziewczyna.

Pogratuluję jej później, ale najpierw muszę ją znaleźć.

- Gdzie poszła? - zapytałem.

- A skąd do diabła mam wiedzieć?

- W którą cholerną stronę pobiegła? - moja cierpliwość i czas się kończyły.

- Cholera - skrzywił się z bólu nadal trzymając za krwawiące miejsce.- Tamtędy.- Jego głos był ledwo słyszalny, ale dobrze widziałem jego dłoń. Pokazywała w jego lewo. Moje prawo. Zacząłem biec w tamtym kierunku w dół ciemnego, cichego korytarza. I wtedy mnie olśniło Norman nigdy nie podzieliłby się taką informacją tak łatwo, szczególnie po tym jak został postrzelony. Nie z taką ilością gniewu jaką miał w sobie do Rose i mnie. I nie miałem zamiaru wpadać w tę pułapkę.

Dlatego wystartowałem w przeciwną stronę niż. I jeśli był Bóg w niebie, modliłem się do niego, żebym biegł w dobrą stronę.

                                                                                                                                   
Cześć wszystkim! Tu XYZ. Pewnie jesteście bardzo ciekawi kim jestem. Mam na imię Ania (dlatego podpisuję się XYZ bo Ania brzmi strasznie i zawsze będę się podpisywać XYZ), mam 17 lat. Chodzę do 2 klasy LO do klasy mat-geo-ang xd chodzę z Magdą do szkoły, a poznałyśmy się przez twittera :) Chyba tyle z takich podstawowych informacji. Ale to nie koniec :D
Jestem directionerką (jak ja dawno tak nie mówiłam) od ponad 2,5 roku. Nadal fangirluję i słucham chłopców. Bardzo lubię czytać fanfiki (czytam ich 3842885593).jakby to kogoś interesowało to jestem na bieżąco z Psychoticem (jak kto woli Chaoticem).
Mam nadzieję, że będą wam się podobały moje tłumaczenia i nie będę miała (choć w to wątpię) dużo nauki. Trzymajcie kciuki :) Aha zapomniałabym znajdziecie mnie na twitterze @ann_ladybird i jeśli ktoś chce to na insta @annemrb i oglądać moje fotki xd. Żeby nie przedłużać to tyle. :*

Przepraszam was kochani za to opóźnienie, ale ze względu na nową tłumaczkę, miałyśmy pewne problemy techniczne, a ze względu na ogrom nauki i chorobę, która mnie właśnie bierze, nie miałam siły się z tym uporać. Błagam, wybaczcie, mam nadzieję, że teraz jak jest nas dwie, to wszystko się usprawni.
Witamy Anię:) jak podoba wam się jej tłumaczenie? Póki co z Natalią zdecydowałyśmy się ją zostawić i zobaczyć jak sb bd radzić.
Next - jest w końcu Psychotic na wattpadzie!
Iii uwaga uwaga, postanawiam, że do zakończenia rozdziały będą pojawiać się między poniedziałkiem a środą. Poniedziałek jest dla mnie najgorszym dniem na wrzucanie rozdziału, ze względu na nowy plan lekcji, więc żebyście się po prostu nie rozczarowywali, kiedy rozdział będzie nieco później. ~Magda

poniedziałek, 29 września 2014

OGŁOSZENIE PARAFIALNE

Kochani!
Nowa tłumaczka zdążyła nawalić zanim jeszcze oficjalnie nią została! Ona i jeszcze inna kandydatka miały przetłumaczyć rozdział 45 po pół i dostałam jedynie pierwszą połowę. Miała mi go dosłać do piątku, w piątek pisała, że w sobotę i od tamtej pory ani ja ani Natalia nie możemy się z nią skontaktować.
Rozdział jest 2 razy dłuższy niż każdy przeciętny, więc pozostaje kwestia: czy chcecie połowę rozdziału (najwcześniej w środę, bo mam tyle  nauki, że jtr na pewno do komputera nie siądę) i resztę w przyszłym tygodniu czy czekacie? Jak mi się uda to zrobię ankietę na blogu, a jak mi się nie uda to piszcie w komentarzach xD