poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział 35

-Jestem gotowa, żeby z wami porozmawiać.

Wymieniliśmy się spojrzeniami. Zdziwionymi, ale też nieco ucieszonymi spojrzeniami. Harry'ego to bawiło, widziałam to w jego  oczach.

-O nim. - mówiła dalej Jane, kiedy nie odpowiadaliśmy.
-O kim? - spytał Harry. Jasne, szeroko otwarte oczy Jane przesunęły się na Harry'ego. Przysięgam, Harry potrafił wydusić z ludzi odpowiedź choć wcale się nie starał, w przeciwieństwie do mnie. Miał w sobie to wyjątkowe, intrygujące coś i wyglądało na to, że nie tylko ja ulegałam jego urokowi.

-Tym... tym, który zna moje imię. - cichutki głosik zachwiał się delikatnie, ale Harry skinął, by kontynuowała. Tak więc zrobiła.

-Nosi taki kostium. - powiedziała i skinęła w stronę ochroniarza, który opierał się o ścianę. - Jest jednym z nich. A może jest nimi wszystkimi.
-Jak to? - podpytywał Harry. Oboje dobrze wiedzieliśmy, że najdrobniejsza rzecz może przerwać tą rozmowę, więc byliśmy ostrożni.
-Czasem ma ciemne włosy i ciemne oczy. Ale nie zawsze. Czasem jego oczy są niebieskie, a włosy bardziej białe.

Byłam skonsternowana. Próbowaliśmy wyciągnąć jakikolwiek sens z tych zwariowanych rzeczy, o których plotła. Ale Harry nie był zdezorientowany, a nawet jak był to tego nie okazywał.

-Skąd zna twoje imię, Jane? - pytał

Zmieszana dziewczyna spuściła wzrok i nie patrząc nam prosto w twarze szeptała. Szeptała tak cicho, że ledwo ją słyszałam.

-Przychodzi czasem do mojej celi.

Oczy Harry'ego spotkały moje po raz kolejny. Oboje mieliśmy zmartwienie i zdenerwowanie wymalowane na twarzy. Jane kontynuowała.

-Gdy jego oczy są niebieskie, dotyka mnie. Czeka aż wszyscy sobie pójdą, a potem zamyka drzwi. Boję się. Zawsze mu mówię, że się boję i że nie chcę, ale on nie słucha. Kiedy jego oczy są brązowe, jest podlejszy i każe mi go dotykać. Jak mówię, że nie to mi grozi. Gdy ma brązowe oczy jest najgorszy. Ale zawsze zna moje imię, zawsze mówi moje imię. Mówi je, żeby spróbować mnie uspokoić, jak kiedyś mój ojciec. Ale to nie działa.
-Jasna cholera. - wydusił z siebie Harry. I wtedy zrozumiałam - mówiła o dwóch różnych osobach. Była bezradnym, zdezorientowanym więźniem, a dwóch strażników wykorzystywało ją naraz. Gwałcona przez dwóch obrzydliwych pracowników. Oddając ją sobie z rąk do rąk, wymieniając się nią. Właściwie była całkiem ładna, szczególnie w porównaniu z innymi tutejszymi kobietami. I była wyjątkowo krucha, idealny cel.

-Jak często to się zdarza? - spytałam. Tym razem mówiła prosto do mnie.
-Co kilka dni. Czasem tylko raz w tygodniu. Ale zawsze przychodzi i zawsze mówi moje imię.

Harry westchnął i przejechał ręką po gęstych włosach.

-Wiesz, który to z nich? Czy to któryś z tych tutaj? - pokazał na strażników stojących pod ścianą kafeterii, bez dwóch zdań podejrzewając, że to James jest winowajcą.
-Nie pokazuj palcem! - powiedziała Jane. - Będzie wiedział, że o nim mówimy, jak będziesz pokazywał. - a potem, spokojniej, dodała -Ale nie widzę go. - James był na wprost od niej, a jej twarz nie uległa żadnej zmianie, gdy go zobaczyła. Więc może nie był to James, może nie był jedynym przebrzydłym pracownikiem tutaj.

Harry spojrzał Jane prosto w oczy, a ona wzdrygnęła się nieco.

-Możesz mi wyświadczyć przysługę, Jane? Jeśli go zobaczysz albo dowiesz się, jak ma na imię, przyjdź i mi powiedz, dobrze?

Rozejrzała się na boki, jakby rozstrzygając, czy powinna nam zaufać czy nie. 

-Kazał mi nic nie mówić.
-I tak nam już wszystko powiedziałaś. Samo imię albo twarz nie zrobi żadnej różnicy, prawda? - powiedziałam. Przemyślała moje słowa, a potem przytaknęła.
-Okej.

Powodem, dla którego zdecydowaliśmy się porozmawiać z Jane było to, że mogłaby być aliantką. Narzędziem, przykrywką, gdybyśmy później jej potrzebowali przy ucieczce. Ale Jane stała się właśnie kimś o większej wartości. Najwyraźniej, o ile mówiła prawdę, mogło się tu dziać jeszcze więcej strasznych rzeczy, niż myśleliśmy. Jak wielu ochroniarzy to robiło? I jak wielu dziewczynom? Jak wiele bezradnych, nie zdolnych do obrony kobiet stało się obiektem molestowania przez pracowników? Chciałam już zapytać Jane, kiedy Harry odezwał się przede mną.

-Czemu mówisz nam to teraz? - spytał - Dlaczego nic wcześniej nie mówiłaś?

Na to pytanie Jane zdawała się dobrze znać odpowiedź. Odezwała się od razu, jakby przygotowana na to, że zapytamy.

-Bo najgorsze, co mogą mi jeszcze zrobić to znowu mnie dotykać. Mogą zrobić to albo mnie zabić... a ja nie boję się już umrzeć.

Harry i ja siedzieliśmy cicho. No bo co niby mieliśmy powiedzieć? Albo lepiej, co mieliśmy zrobić z tą historią, jaką nam opowiedziała? Nie mogłam znaleźć odpowiedzi na żadne z tych pytań, więc po prostu popatrzyłam na Harry'ego. Ale on też nie wydawał się wyrywać do odpowiedzi. Wydawał się nieco zestresowany. Sięgnął do kieszeni po jego zawsze obecne pudełko papierosów i wyciągnął jednego. Gapiłam się jak podpala go, tak niesamowicie, jak zawsze. Jeszcze bardziej niesamowite było to, jak zaciągał się papierosem wystającym z jego rozsuniętych warg, po czym kłęby dymu unosiły się w powietrze. Mimo tego, ile czasu minęło, wciąż nie byłam do tego przyzwyczajona.

Potrząsnęłam głowę, próbując skupić się na czymś innym. Nie to, jak palił papierosa było tu teraz ważne, ale Jane. Która, ku mojemu zaskoczeniu, okazała się bardziej poukładana niż myślałam. Była cicha, owszem, ale to nie znaczyło, że nie miała o czym mówić. Nie siedziała tu bez powodu i nie bez powodu chciała wyjść. Z początku myślałam, że została tu umieszczona, bo była niestabilna emocjonalnie, bo jej mózg nie funkcjonował, jak trzeba. Ale może nie chodziło o brak inteligencji, ale jej nadmiar czynił ją niepoczytalną.

-Przyniosę coś do jedzenia. - odezwał się Harry, by przerwać ciszę. Zanim zdążyłam odwrócić głowę podchodził już do lady na tyłach pokoju. Zostawiając mnie i Jane same. Normalnie nie miałabym nic przeciwko, ale ona nie wydawała się mnie za bardzo lubić. A przynajmniej, nie tak jak Harry'ego.

-Lubię twojego kolegę. - powiedziała, jakby potwierdzając moją teorię. Nigdy nie mówiła głośniej niż szeptem. - Jest... inny.
-Tak. - zgodziłam się z uśmiechem
-Na początku myślałam, że jest jak ty. Nie myślałam, że naprawdę jest szalony. Może troszkę zwariowany, ale nie jak nasza reszta.

Przytaknęłam. Chyba wszyscy zauważyli, że Harry i ja nie byliśmy jak inni, łącznie z Jane. A przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie kontynuowała.

-Ale teraz już rozumiem. Jest na tyle obłąkany, że nas wszystkich do tego przekonał. Jest tym sprytnym wariatem, cykającą bombą. Zupełnie opanowany i spokojny, aż tu nagle... bum.

Mówiła szybko, wręcz chaotycznie. I też sympatycznie, jakby znała się na tym, o co niesłusznie oskarżała Harry'ego.

-Nie. - poprawiłam ją grzecznie - On taki nie jest, on... - ale nim zdążyłam dokończyć, Jane zakryła uszy dłońmi i zaczęła kręcić gwałtownie głową. Wydawała się cierpieć, jakby nie mogła pozbyć się kłującego hałasu w jej głowie. Więc to tyle z rozmowy.


Desperacko szukałam wzrokiem Harry'ego. Był odwrócony do mnie plecami. Napełniał dwie tace tą lepką paćką, jaka była dzisiaj w menu. Mógłby się pośpieszyć. Byłam dobra jedynie w leczeniu okaleczeń pacjentów i dawaniu  leków. Ale nie ja się z nimi konsultowałam ani im nie doradzałam. A przynajmniej nie w takich przypadkach.

Odwróciłam nagle głowę i nieco podskoczyłam, gdy krzesło Harry'ego zajął ktoś inny. To ta kobieta, którą zauważyłam kilka dni temu. Ta nowa, ta która wydawała się normalniejsza niż inni. Ale po terapii elektrowstrząsowej Harry'ego, jego "kocham cię" i innych rzeczach, które odciągnęły moją uwagę, jej postać całkiem wypadła mi z głowy.

Była ładna, jasno-brązowe włosy i brązowe oczy pasowały do siebie. Nie piękna, ale ładna.

-Cześć - odezwała się szorstko. Jej głos był nieco twardszy niż się tego spodziewała. Twardszy, nie w męską stronę, ale raczej podkreślający autorytet.
-Cześć. - odparłam, wahając się przez chwilę w przeciwieństwie do niej - Ktoś ty?
-Jestem Mikayla. A ty?
-Rose. - powiedziałam, a końcówka zabrzmiała bardziej jak pytanie. - Co tu...
-Kto to? - przerwał głos Harry'ego. Stał za mną przez chwilę, a ja popatrzyłam na niego. Uważnie mierzył kobietę wzrokiem. Nie w złości, raczej sprawdzająco.
-Ma na imię Mikayla. - odpowiedziałam za nią, gdy Harry siadał obok mnie podsuwając mi tacę. Choć jedzenie było obrzydliwe, a woda śmierdziała, zjadłam i wypiłam wszystko. Tylko kolejnego omdlenia mi tu potrzeba.
-Co tutaj robisz?
-To co ona. - powiedziała Mikayla i skinęła w stronę Jane. Ciągle trzymała się za uszy, ale nieco lżej, wydawała się spokojniejsza. - Chcę tylko pogadać. - coś kryło się w jej tonie, co mówiło wprost przeciwnie.

Harry przytaknął powoli, ciągle zastanawiając się, co zrobić z kobietą, która się tu nagle pojawiła. Nie patrzył w moją stronę, a trzymał mi rękę na kolanie.

-O czym? - drążył
-O czymkolwiek. Wasza dwójka wydaje się być jedynymi tutaj, którzy są w stanie rozmawiać jak ludzie. Poza tym, wydajecie się... choć trochę normalni. I na pewno znacie to miejsce lepiej niż ja. Więc uznałam, że jeśli mam się tu do kogoś odezwać, to powinniście być to wy.

Uznałam, że tą rozmowę też pozostawię Harry'emu. Jemu znacznie lepiej wychodziło gadanie z nieznajomymi.

-Więc rzeczywiście chcesz tylko pogadać? Chcesz po prostu jakiś kumpli do plotkowania? - spytał zaczepnym tonem, jakby jej nie wierzył.

Przytaknęła. Ale ona była sprytna. Było to jasne przez pewność siebie płynącą w jej głosie i błysku w jej oku. Czegoś chciała. Czy rzeczywiście chciała się z nami zapoznać, czy nie, nie miałam nic przeciwko. Pewnie potrzebowała nas tylko, żeby się oswoić z okrutnym środowiskiem Wickendale, żeby dowiedzieć się, jak to miejsce działa. A kto wie, może nam pomóc w późniejszym czasie.

-Więc, kto to miejsce prowadzi? - zapytała - Kto jest tutaj dyrektorem czy czymś?
-Pani Hellman. - powiedziała. Spojrzała na mnie pytająco. - Będziesz wiedziała, że to ona, jak tylko ją zobaczysz. Ona tutaj rządzi i z pewnością cię o tym przekona.

Jane się nie odzywała, śledziła nas oczami. Nie mówiła, ale słuchała.

-Okej... a o co chodzi ze strażnikami? - ciągnęła
-To chuje. - powiedział nieco zgryźliwie Harry. Czuć było w jego głosie nienawiść, a błysk w oku Mikayli udowodnił, że załapała.
-Ta, to wiem. Moja mała opiekunka już mnie kilka razy zdążyła szturchnąć. Są złośliwi, ale raczej nie wymagający. Nie są tacy władczy jak to widziałam na filmach o więzieniach.
-To działka pani Hellman. - wyjaśnił Harry - Do bycia władczym. Zatrudnia takich ludzi nie bez powodu. Chce ochroniarzy, którzy byliby w hierarchii wyżej od pacjentów, ale nie wyżej od niej samej. Wiedzą, że jeśli zaczęliby się tutaj rządzić i dyktować pacjentom, co mają robić, pani Hellman by się to nie spodobało.
-Ta Hellman wydaje się sukowata.
-Nawet nie wiesz jak. - westchnęłam. Oczy Mikayli krążyły między mną a Harrym.
-A co się stało tamtemu strażnikowi?

James. Oboje wiedzieliśmy, że mówi o Jamesie nie zerkając nawet w tamtą stronę. Ciągle nosił kołnierz i miał założony opatrunek na całym nosie. Jedno oko nadal było napuchnięte, a ciemnofioletowy kolor ledwo schodził. A jakby się mu tak teraz przyjrzeć, jego kości były jakby zniekształcone. Nie za bardzo wiedziałam co to było, ale coś deformowało jego rysy. Jakby złamał jakąś kość. Może szczękę.

Ani ja, ani Harry nie odpowiedzieliśmy od razu. Nie wydawało mi się, żeby Harry był przygotowany na opowiadanie tej historyjki, a ja zdecydowanie nie miałam takiego zamiaru. Wolałabym zapomnieć o strachu, jaki czułam, gdy Harry napastował Jamesa.

-No nie wiem. - odparł Harry. Ale odpowiadał zbyt wolno, jakby myślał nad każdym słowem. A Mikayla znowu załapała.
-Huh. - powiedziała - No nie wiem, czy w to uwierzę. Wy coś wiecie.

Spojrzałam na Harry'ego, a on wzruszył ramionami, ale żadne z nas się nie odzywało.

-Oj weźcie, przecież to bez znaczenia. A i tak się pewnie dowiem.
-No dobra. To on. - powiedziałam i skinęłam na Harry'ego. Nie musieliśmy mówić jak i czemu, wystarczyły ogólniki. Nie było powodu, dla którego mielibyśmy ukrywać coś, co i tak każdy już wiedział.
-Woah. Ty mu to zrobiłeś? - spytała. Harry przytaknął zachowując pokerową twarz. Mikayla przyglądała nam się ze zmieszaniem i koncentracją, jakby wysnuwała jakieś wnioski. Mierzyła nas wzrokiem, lecz tym razem z pewną dozą szacunku. - Kim wy do cholery jesteście?
-To Harry i Rose. - odezwała się Jane, uznając, że to najlepszy moment na dołączenie do rozmowy - Ja znam ich imiona. Oni moje też znają. Są w porządku.

Wszyscy nieco się rozchmurzyliśmy na dziecięcy ton Jane.

-To dobrze. - powiedziała Mikayla.

Jane wyraźne skinęła głową. Choć była ode mnie starsza, przez jej cichutki głos i roztrzepane blond włosy wydawała się nawet urocza. Zastanawiałam się, co ta dziewczyna mogła takiego zrobić, żeby wylądować w Wickendale.

-Myślę, że od teraz będę się do was przysiadać, jeśli nie macie nic przeciwko. - odezwała się Mikayla. - Znacie to miejsce dużo dużo lepiej niż ja. A już nie mogę dłużej siedzieć sama w tym rogu.

Na pewno nie zabrzmiało to, jak pytanie, ale raczej oznajmienie swojej decyzji. I tak właśnie odrobina prywatności, jaką miałam z Harry poszła w zapomnienie. Całusy, rozmowy i śmiechy będą musiały pójść w odstawkę z naszym nowym towarzystwem. Ale co niby mieliśmy zrobić? Wykopać ją stąd i nie pozwalać siadać obok jak elita szkolna? Poza tym, potrzebowaliśmy tak wielu "przyjaciół" jak tylko mogliśmy, jeśli chcieliśmy uciec. Byłabym głupia, jakbym nie pozwoliła jej z nami rozmawiać. Ale mimo wszystko nieco się zawiodłam.

I właśnie wtedy z mojego rozmyślania wyrwała mnie wystraszona Jane.

-To on! - wyszeptała chrapliwie.

Mikayla nie wiedziała, o kim mówiła Jane, ale ja i Harry dobrze zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Chodziło jej o tego parszywego mężczyznę, który przychodził do jej celi co tydzień, jak wcześniej opowiadała. Oboje przekręciliśmy głowy w tym kierunku, w jakim patrzyła zaniepokojona pacjentka i znaleźliśmy tego strażnika, którego opisywała. Był dokładnie na wprost niej, stając w kącie, obserwując, jak cała reszta ochrony Wickendale. Jednak coś w nim było znajomego, coś co wywoływało u mnie gęsią skórkę.

To nie był po prostu jakiśtam ochroniarz, ale ten, który codziennie odprowadza mnie do celi. Mój ochroniarz. A jak zrobił to Jane, kto wie, kto będzie następny.

Wszyscy długo milczeli. Mikayla nie wiedziała, o co chodzi, Jane była wystraszona, a mnie wypełniło zaniepokojenie i obawa. Ale to Harry wreszcie przemówił.

-No chyba sobie kurwa jaja robicie.
________________________________
oops. ktoś tu się chyba zdenerwuje.
a tak poza rozdziałem to dzięki za wszystkie piosenki, które podsyłacie w komentarzach, tak tego dużo i takie różne!! fajnie, że nie ograniczacie się do popowych gwiazdek, które zna dosłownie każdy. magda w zeszłym tygodniu prosiła to jeżeli nie macie nic przeciwko, tym razem ja wysunę prośbę w sprawie piosenek :P jeśli macie jakichś swoich ulubionych artystów z lat 70.- 90. to piszcie, bo chętnie posłucham :Dx love you lots ~natalia :)x

Dziś macie rozdział trochę wcześniej, bo w ciągu dnia nie będzie miał kto wrzucić:P enjoy! ~Magda

poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział 34


Jest dużo różnych rodzajów strachu. Większość z nich to objawy egoizmu. Jak paraliżujący strach przed śmiercią, zdradliwy strach, kiedy jesteś sam w ciemności. Często boimy się bólu, zarówno tego fizycznego jak i psychicznego. Czasami po prostu jest to niemożliwe, żeby się nie bać.

Ale najgorszy był strach o innych. Kiedy kochasz kogoś bardziej niż siebie samego, to że mogą znaleźć się w niebezpieczeństwie przeraża cię. A ja doświadczyłam tego strachu już kilkakrotnie. Bałam się i ciągle się boję o Harry'ego za każdym razem jak pakuje się w kłopoty, co dzieje się dość często. W dniu kiedy usłyszałam jego stłumione krzyki z sali do terapii elektrowstrząsowej, poczułam większy strach niż jakikolwiek inny w całym moim życiu.

Więc kiedy Norman do mnie podszedł, kiedyś pewnie byłabym śmiertelnie przerażona, ale teraz nawet się nie bałam.

Jego uniform był większy, niż przeciętnego pacjenta. Uśmiechał się w obrzydliwy sposób, a na jego zębach widoczne były czarne plamy. Jego łysa głowa i widoczny wiek, sprawiały, że jego wygląd był jeszcze bardziej przerażający. Tatuaż z wężem jedynie dodawał mu wstrętu, czyniąc go najbardziej niepokojącym  mężczyzną jakiego kiedykolwiek poznałam.

Tempo mojego, już i tak szybko bijącego serca przyspieszyło, kiedy się zbliżał. Okej, może i się bałam, ale na pewno nie aż tak bardzo jak powinnam. Przecież nie mógł mi tu nic zrobić, przy tych wszystkich świadkach.

Norman wśliznął się na krzesło obok mnie, a ja starałam się na niego nie zwymiotować. Moje nerwy i smród jego oddechu nie pomagały.

Jego głos był mroczny. Nawet głębszy od Harry'ego.
- Pamiętasz mnie, Rosie?

Nie mogłam nic poradzić na dreszcz, który odruchowo przeszył moje ciało. Nie było żadnej odpowiedzi, której mogłabym mu udzielić, więc jej nie udzieliłam.

- Wiesz, śniłaś mi się - powiedział, nie marnując czasu. - Nie ma za bardzo nic innego do robienia, kiedy jest się w śpiączce. A ty byłaś w każdym moim śnie. Najświeższe wspomnienie jakie miałem. Ja dotykający cię w ciemności, zaraz przed tym jak twój chłopak musiał zepsuć zabawę.
- Tknij mnie palcem, a on zrobi to znowu - powiedziałam, mając nadzieję, że brzmiałam na mniej niespokojną niż się czułam. Wypowiedź Normana była dziwna i przewrotna.  Nie szło mi najlepiej i było widać po jego wyrazie twarzy, że coś z nim było nie tak. Ale wydawało mi się, że zrozumiał moją odpowiedź.

I chyba mu się ona nie spodobała. Może to przez wspomnienie jego głowy uderzającej o ścianę, a może coś innego, ale zaczął kręcić głową w furii.
-  Nie, nie, nie, nie, nie . - Jego zęby były zaciśnięte, a dłonie zwinięte w pięści. - Nie zrobi. - Jego wyraz twarzy wskazywał na to, że był wkurzony, jakby  dokuczała mu jakaś nie dająca spokoju myśl. I tak jakbym ja była  tą myślą, wstał ze swojego miejsca sfrustrowany, a ja odetchnęłam z ulgą. To poszło dużo szybciej i łatwiej niż się spodziewałam. Poszedł gdzieś za mną i zabrał ze sobą moje obawy.

Ale niestety miałam zły nawyk myślenia za wcześnie. Najwidoczniej jego cel znajdujący się za mną, był bezpośrednio za mną. Te jego wykrzywionee usta znajdowały się tak blisko mojego ucha, że aż podskoczyłam, kiedy szorstko wyszeptał:
- Nie. Tym razem upewnię się, że nie ma go w pobliżu i zamierzam skończyć to co zacząłem.


HARRY'S POV

Noc była ciemna. Cicha. Bez światła moje oczy były w stanie dostrzec jedynie pojedyncze kształty, które jednak były mi znane, więc się nie martwiłem. Moje ciało leżało na materacu z poduszkami. Byłem sam, ale było mi dobrze w samotności; ciemność pomieszczenia zapędzała moją senność. Nie byłem pewien, gdzie się znajdowałem, ale to nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia i  każdy mięsień w moim ciele, był zrelaksowany. Byłem bezpieczny.

Ale coś kryło się pod tą beztroską. Coś tam było. Było to bardziej nic, niż coś, jakby jakaś niedokończona myśl niż zmartwienie. Ale wciąż tu było. Jak twoje serce, które cicho bije, będąc niezauważonym. Zwykle nawet o nim nie myślisz, ale jest ono niezbędne.

Więc to małe nic było jak moje serce. Było tam i biło i było ważne. Ale nie myślałem o tym.

Zauważyłem to dopiero, jak spróbowałem przewrócić się na bok. Pasy.  To była ta niedokończona myśl,  to było to czego zwykle nie powinno tu być. Wiele pasów przymocowanych po obu stronach łóżka, przecinające moje ciało w każdą możliwą stronę. Każda część ciała, która była zdolna do ruchu i każda kończyna były unieruchomione. Mogłem równie dobrze po prostu być sparaliżowany.

Nagle poprzednia senność zmieniła się w panikę. A razem z nią przyszło to czego brakowało minuty temu. Światła się zapaliły. Jasne, ostre światła. Słychać też było odgłos kroków na betonowej posadzce. Kształty nie były już rozmyte, zamiast tego były zbyt wyraźne, a wszystkie krawędzie ostre. Moje oczy były szeroko otwarte i rozglądały się po pokoju. A to co zobaczyłem było piękne...i niepokojące. Emily tu była. Jej blond loki opadały kaskadą na jej ramiona. Jej usta były różowe, a jej skóra lekko opalona. Wyglądała nawet piękniej niż zapamiętałem. Miała na sobie tą dziwną sukienkę, która na niej nie wyglądała nawet tak dziwnie. Tą, którą założyła na naszą pierwszą prawdziwą randkę, aby mi zaimponować.

- Emily?! -  wykrzyknąłem podekscytowany, zapominając na moment, że byłem przywiązany. Ale żaden dźwięk nie wydostał się z mojego gardła. Spróbowałem jeszcze raz i jeszcze jeden, ale nawet nie spojrzała w moją stronę. Zacząłem krzyczeć, lecz był  to niemy krzyk. Krzyczałem w kółko jej imię, nie zauważyła.

Ale zauważyła coś innego. Coś po mojej prawej, coś czego więzy nie pozwalały mi zobaczyć. Cokolwiek/ktokolwiek to był, wyglądała na wystraszoną. Jej oczy były szeroko otwarte, a jej ciało zaczęło się trząść.
- Emily, co się dzieje? - spytałem błagalnym tonem. Kolejny raz mnie nie zauważyła.

Anonimowa, budząca strach rzecz w końcu weszła w moje pole widzenia. Definitywnie osoba, definitywnie mężczyzna. Był do mnie odwrócony  tyłem, kiedy szedł w kierunku Emily. Był ubrany w pewnego rodzaju mundur policyjny, średniego wzrostu, miał jasno-brązowe włosy. I nóż w ręce.

To był James.

Podszedł do Emily, a ona się nie ruszyła. Tym razem krzyczałem na niego, krzyczałem do niej, może obydwa. Krzyczałem i krzyczałem, ale nie wydałem z siebie żadnego odgłosu. Potem bam. Fala prądu elektrycznego przeszyła moje ciało. To było znajome. Ostry, przenikliwy ból przecinający mnie całego. Piekące gorąco kłuło każdy mój nerw i każdą komórkę. Ale nawet pomimo bólu, patrzyłem na Emily. James stał nad nią. Podniósł nóż do jej szyi, a ja krzyczałem i szarpałem się, ale nic z tego nie wyszło. Im bardziej się ruszałem, tym gorszy stawał się ból. Czułem się jakby sam diabeł kroił mnie na kawałki płonącą kosą z piekła.

Ale to co działo się z Emily było gorsze. Nóż, który James trzymał przy jej szyi. Przeciął go po jej skórze i pokazała się na niej świeża krew. I teraz ona krzyczała. Krzyczała moje imię i krzyczała o pomoc. Wciąż mnie nie widziała. Wciąż nie wiedziała, że starałem się jak mogłem, żeby ją uratować i było mi tak cholernie przykro, że nie mogłem tego zrobić. Ale pasy i ból nie pozwalały mi się ruszyć. Moje mięśnie bolały od walczenia z nimi, a moje gardło było zdarte przez moje nieudane próby krzyku. Próbowałem zamknąć oczy, ale nie mogłem.

I wtedy, kiedy jej krzyki już zaczęły cichnąć, nie była to już Emily. Była Rose. A James nie był już Jamesem,  ale był ogromnym, łysym Normanem. A ja ciągle byłem Harrym  i nie mogłem krzyczeć, tylko ciągle czułem ból.

Ale Rose nie przestała krzyczeć. Noż, który teraz znajdował się w ręce Normana, zostawiał liczne płytkie, ale długie cięcia, z których sączyła się krew,  a ona płakała i krzyczała. Ale nie umarła. A ja próbowałem tak cholernie bardzo ją uratować, ale pasy nawet nie drgnęły. Starałem się, żeby mnie usłyszała; żeby mnie zauważyła, próbowałem coś zrobić. A= Rose nie zauważyła moich wysiłków, ale to, że nie było mnie tam, żeby jej pomóc.

Płakała i krzyczała moje imię. I kurde, ja też już płakałem. Byłem tak niesamowicie zmęczony i sfrustrowany i emocjonalnie wycieńczony, że nie mogłem nic na to poradzić.

I już wtedy, gdy wydawało się, że w końcu wydobędę z siebie głos, kiedy poczułem maleńkie wibracje w krtani, coś mnie rozproszyło. Bo Rose przestała krzyczeć. Jej oczy były zamknięte i jej niegdyś piękne ciało, leżało zakrwawione na podłodze.

A Norman nie był już Normanem. Jego ciało było szczuplejsze i miał ciemne włosy. Mężczyzna zaczął się odwracać, mężczyzna, który zamordował Emily i Rose bez mrugnięcia okiem. Patrzył na mnie teraz i mogłem zobaczyć jego twarz. Jego oczy były ciemnozielone, a włosy były poplątanymi brązowymi lokami. Strój mężczyzny nie był już tym, czymkolwiek był wcześniej, ale uniformem pacjenta.

Wtem, z przerażeniem, przez które krew  odpłynęła z moich policzków, zdałem sobie sprawę, że mężczyzna był mną.

I nagle mogłem się ruszyć. Moje ciało odrzuciło na bok, to co okazało się być kocem zamiast pasów. Krzyczałem i krzyczałem, ponieważ w końcu mój głos był słyszalny. Otworzyłam oczy, chociaż wcześniej nawet nie zauważyłem, że były zamknięte. Pomieszczenie ponownie spowijała ciemność.

Kurwa. To był po prostu kolejny sen.

Ale moje policzki wciąż były mokre od łez i zdałem sobie sprawę, że płakałem przez sen.  I ciągle nie przestałem. Moja pierś falowała, kiedy próbowałem uchwycić się rzeczywistości. Zacisnąłem pięści na prześcieradle,  starając się pozbyć frustracji. To była najokropniejsza rzecz jakiej kiedykolwiek doświadczyłem, przytomny  czy nie.

Ale to był tylko  sen. Sen, to wszystko. Emily odeszła, a Rose była żywa i bezpieczna. Ta myśl uspokoiła nieco mój oddech. Rose. Żywa. Bezpieczna. Wyobraziłem ją sobie parę dni temu, kiedy powiedziała, że mnie kocha i w końcu mogłem zaczerpnąć oddech. Kochała mnie i czuła się przy mnie bezpiecznie. Nie zraniłem jej i nigdy nie zranię. Nie zraniłem też Emily. Ona odeszła i musiałem wierzyć, że istnieje lepsze miejsce, a ona tam gdzieś jest. Bo jeśli po tym wszystkim, naprawdę jest lepsze miejsce, raj, jeśli ktokolwiek na nie zasłużył, to właśnie ona.

Otarłem moje żałosne łzy i podniosłem głowę. Wypuściłem prześcieradło, wzdychając z ulgą.
- Kurwa - powiedziałem trochę za głośno, tylko by się upewnić, że tak, mój głos działał. Dobrze. Zaśmiałem się lekko z ulgą i potrząsnąłem głową. Sen. Po prostu kolejny koszmar.

Zatopiłem się z powrotem w materacu i poczułem dużo bardziej zrelaksowany. Moje mięśnie przestały być spięte, a mój oddech powrócił do swojego normalnego tempa. Jaka ulga.

Ale ciągle czułem ukłucie winy. Czułem się źle, prawie jakbym zrobił coś okropnego. Coś wciąż nie było w porządku. Czułem gdzieś głęboko w środku, że to jak zobaczyłem siebie, jako potwora, którym byłem we śnie, nie było wcale jedynie częścią koszmaru.


ROSES'S POV

Zdecydowałam się nie mówić Harry'emu o incydencie z Normanem. Nic takiego się przecież nie stało. Po prostu trochę mi pogroził, ale to był jedynie dowód jego niepoczytalności. I ze strażnikami wokół 24/7, wątpiłam w to, żeby miał szansę spełnić swoją obietnicę. Więc zamiast dodawać Harry'emu jeszcze więcej wrogów i zwiększać jego szanse na wpakowanie się w kłopoty, będę po prostu choć raz siedziała cicho. Plus, wyglądało na to, że i tak ostatnio miał dużo na głowie, sądząc po jego podkrążonych oczach.

Patrzył gdzieś przed siebie przygryzając wargę w zamyśleniu. Jednak nie wyglądał na zamyślonego. Wyglądał na wykończonego i trochę jakby smutnego.

Usiadłam obok niego, a jego aura się zmieniła, jego oczy spojrzały w moją stronę, a plecy wyprostowały.

- Hej - powitał mnie ze zmęczonym uśmiechem.
- Hej - odpowiedziałam również z uśmiechem. Ledwo zdążyłam usiąść, kiedy ręka Harry'ego znalazła się na moim policzku, a on przycisnął swoje usta do moich w delikatnym, powolnym pocałunku. Trwał on tylko sekundę lub dwie, ale jak zresztą każdy pocałunek Harry'ego, był niesamowity. Pociągnął lekko palcami od policzka do mojej szyi. Potem po moim obojczyku, ramieniu, potem w dół i w górę po mojej ręce, jakby chciał się upewnić, że naprawdę tam byłam.

- Wszystko w porządku? - zapytałam, lekko zdziwiona On, dla odmiany, nie zdziwił się na moje pytanie ani trochę.
- Rose, wiesz, że nigdy bym cię nie skrzywdził, prawda? Wiesz, że cię kocham i dopilnuję, żeby nic ci się nie stało.

Myślałam o tym przez moment. Nie dlatego, że nie znałam odpowiedzi, ale to przypadkowe pytanie mnie po prostu zaskoczyło.
- Tak, Harry, oczywiście, że wiem. Dlaczego w ogóle pytasz? - odpowiedziałam. Jego dłoń odpoczywała na moim udzie, a ja położyłam moją na jego, aby dodać mu otuchy.
- Sam nie wiem - westchnął, wracając do patrzenia w bliżej niezidentyfikowanym kierunku.
- Czy coś się stało? - spytała go. Kiedy nie odpowiadał, zaczęłam kreślić kciukiem kółka na jego dłoni.
- Nie, nie - zapewnił, zielone oczy z powrotem popatrzyły na moją twarz. - Ja po prostu ehh... miałem koszmary.

Czułam jak moja twarz łagodniała, kiedy mówił. Mogłam sobie jedynie wyobrażać okropne rzeczy zakłócające jego sen. Pomimo tego, że oboje dużo przeszliśmy, Harry doświadczył o wiele więcej.

Już miałam zapytać go o czym były i co mogłam zrobić, aby go pocieszyć, ale coś mnie powstrzymało.

Musiałam popatrzeć jeszcze raz, aby się upewnić. Ale to  działo się naprawdę. Jane właśnie podeszła do naszego stolika. Drobna, cicha, antyspołeczna Jane podeszła do nas, podczas gdy zwykle to my niemal błagaliśmy ją, aby z nami porozmawiała. Jej głos był tak samo cichy, jak przedtem, ale tym razem było w nim słychać nieco więcej pewności siebie, kiedy się odezwała.
- Jestem gotowa, żeby z wami rozmawiać.
                                                                                                                              
No więc hej:3 jak  tam wszystkim mijają wakacje? Bo ja po 2 tygodniach nierobienia nic dowiedziałam się, że za dwa tygodnie wyjeżdżam na 2 tygodnie, a później mam jakieś 12 godzin (I HOPE), żeby się przepakować na kolejne 2 tygodnie. Więc mam w cholerę rzeczy do załatwienia przez najbliższe 2 tygodnie, w tym przetłumaczenie rozdziałów na zapas, co mam nadzieję uda mi się zrobić, żeby nie było żadnych opóźnień.
Tak wgl to co wy na to, żebym zrobiła takie FAQ, w którym byłyby odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania, żeby ktoś zanim zada po raz 6548966648 to samo pytanie, zobaczył czy nie ma tam już na niego odpowiedzi? Zapraszam na aska tak wgl;P
Last but not least piszcie mi jakie piosenki byście dołożyli do mojej Psychotic Playlist, bo muszę ją updatować, żeby mieć czego słuchać w podróży;P
MIŁYCH WAKACJI WSZYSTKIM ONCE AGAIN;***** ~Magda

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rozdział 33


Zdawałam sobie sprawę z tego, że Norman powrócił, a już wogóle dobrze wiedziałam co mógł mi zrobić. Dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że razem z Harrym pilnie potrzebowaliśmy stąd zwiać. Jednak jasne było, że promyk nadziei mógł zostać nam odebrany w każdej chwili. Ale niestety nie mogłam pozbyć się wszystkich trosk naraz. Gdyby świat był idealny, już po kilku dniach planowania mielibyśmy za sobą ucieczkę. Nauczyłam się jednak, że świat idealny nie jest. Bez względu na to, jak bardzo byśmy się starali, jak bardzo wytężalibyśmy umysł, żeby coś wymyślić, nie mogliśmy nic zdziałać w tak krótkim czasie. Ściany instytucji strzegły nie tylko chorych umysłowo ale takze potwornego pragnienia ucieczki. Ucieczki i … prywatności. Prywatności mojej i Harrego. Bo te kilka całusów w policzek i kilka chwil, gdy mogłam poczuć usta Harry'ego na swoich w gabinecie Lori jakoś mi nie wystarczały.

Zamiast skupiać się na nieczystych myślach o przepięknie wyrzeźbionych ramionach Harry'ego, silnym torsie, szerokich barkach, delikatnej skórze i pełnych ustach, spojrzałam więc na koniec korytarza, przy gabinecie Kelsey. Kevin, mój ochroniarz, stał po mojej prawej, żebym nie odwaliła czegoś w stylu "psychicznego przestępcy". Miałam tylko jeden cel na najbliższą cotygodniową zbędną sesję terapeutyczną. No może i nie taką zbędną, ale miałyśmy lepsze rzeczy do obgadania.

Podczas drogi zauważyłam dziwne rzeczy, na które normalnie nie zwróciłabym uwagi. Pacjentka, która zachowywała się zupełnie normalnie była mocno trzymana przez barczystego ochroniarza stojącego zbyt blisko. Był nieco zbyt głośny i nieco zbyt brutalny, wpychając ją do jej celi. Nawet zapłakała, kiedy spadła na ziemię. Nawet nie przeprosił, trzasnął po prostu drzwiami jakby zamykał ją w klatce i poszedł. Nie żebym spodziewała się, żeby strażnicy byli mili, ale to nie był pierwszy raz, kiedy widziałam coś takiego. Jako pracownica większość czasu spędzałam zamknięta w gabinecie Lori, pomagając jej. Nie miałam raczej okazji zobaczyć prawdziwego życia w instytucji. Ale jako jedna z nich rozumiałam, że większość personelu była zbyt brutalna; traktowali nas jak zwierzęta, a nie ludzi. Poszczęściło mi się z Kevinem, bo nie skrzywdził mnie odkąd jest moim ochroniarzem. A przynajmniej jak na razie...

Otworzyłam drzwi do gabinetu Kelsey, a Kevin został na zewnątrz.

-Kelsey, jak my się do cholery stąd wydostaniemy? Gdzie są wyjścia? Masz mapę instytucji?
-Hej, Kelsey, jak się masz? Dobrze, dzięki że pytasz. - drażniła się ze mną

Spojrzałam na nią spode łba.

-A może to ty mnie zapytasz, jak ja się mam, Kelsey? Oh, wspaniale, strasznie podoba mi się bycie zwariowaną pacjentką szpitala psychiatrycznego dla przestępców, powinnaś spróbować. Jest super.
-Oj żartuję przecież. - zaśmiała się - Chodź, siadaj.

Westchnęłam i uśmiechnęłam się słabo, siadając.

-Co chcesz? Mapę?
-Tak, jest jakaś? - spytałam. Jeżeli mieliśmy uciekać to dobrze jednak byłoby wiedzieć, gdzie w ogóle mamy biec.
-Może. - odparła. Wydawała się niemal pewna. - Mogłabym ci ją załatwić. Gdzieś powinien pewnie być jakiś plan budynku czy coś takiego.
-Dzięki. - powiedziałam, mając nadzieję, że usłyszy w moim głosie, jak dużo to dla mnie znaczy.
-Nie ma sprawy. Ale raczej nie będę w stanie dostarczyć ci go wcześniej niż w przyszłym tygodniu na następnej sesji.

Westchnęłam znowu.

-Nie dałabyś rady mi go dostarczyć jakoś wcześniej? - spytałam jak tylko najmilej mogłam. Głupio mi było pytać, i tak już wiele ryzykowała zgadzając się na pomoc. Ale byłam zdesperowana.
-Nie. - pokręciła głową. - Jeśli masz zamiar to zrobić, tak na serio, musisz trzymać język za zębami. To znaczy, że nikomu nie mówisz. Nikomu nie możesz ufać. Bo jak pani Hellman się dowie to już po was.

Nie wiedziałam, czy miała na myśli dosłownie to, co mówiła, ale wiedziałam, jak poważna jest to sprawa. Miała rację. Samo mówienie jej i Lori o naszych planach wydawało się niebezpieczne.

-Jeśli przyszłabym do ciebie, wręczyła jakąś kartkę papieru, nie w czasie sesji, gdzie nie byłoby żadnych ochroniarzy i pacjentów, mogłoby to przykuć uwagę. A tego nie chcesz.

Oczywiście, że nie chciałam, więc chyba jednak musiałam poczekać. Cały tydzień. Fantastycznie.

-Spoko - powiedziałam, starając się, żeby nie brzmiało to tak marudnie. - Kolejny tydzień mnie nie zabije. - Oby, dodała moja podświadomość. Zignorowałam to. Przecież nie mogłam tutaj zginąć w ciągu tego tygodnia. Histeryzowałam.

Resztę czasu, chociaż zleciał bardzo szybko, poświęciłyśmy na tak jakby prawdziwą terapię. Pytała mnie, jak się mam i czy przyzwyczajam się już do Wickendale. Pytała też o mnie i Harry'ego, powiedziałabym, że była dosyć ciekawska.

-Więc jak tam u ciebie i Harry'ego? - zapytała
-Dobrze - odpowiedziałam - Rozmawiamy codziennie podczas lunchu i wspólnych zajęć.
-To dobrze - odparła - Już z nim lepiej? Nie zdarzyło mu się wybuchnąć albo zdenerwować albo coś, jak kilka dni temu?

Spytałabym, skąd wiedziała o tym małym incydencie ze stołówki, ale coś tak interesującego z pewnością musiało się roznieść po całym budynku. Pewnie wszyscy już wiedzieli.

-Nie, a co?
-Nic. Chciałam się tylko upewnić, że wszystko w porządku. Coś w Harrym po prostu... mi nie pasuje.
-Cóż, ma się świetnie. - opowiedziałam trochę chamsko, próbując go bronić i skończyć ten temat. Rozmawiałyśmy jeszcze trochę, ale już nie o nim.




Poszłam na kolejne zajęcia zaplanowane na dzisiaj. Znowu grupowe, tym razem ze sztuki i rzemiosła. Weszłam do sali. Stała tam kobieta nadzorująca pacjentów, którzy porozsiadali się na okół okrągłych stołów. Brokat i papier były już rozłożone, wraz z markerami i innymi przyrządami. Te jednak nie były raczej używane do tego, co potrzeba, bo ludzie mazali nimi po sobie, tworząc bardzo dziwne obrazki albo po prostu bałaganili bez powodu. Wyglądało to trochę śmiesznie, zachowywali się jak dzieci. Najbardziej niebezpiecznymi przedmiotami w tym pokoju były nożyczki. Ale kilku ochroniarzy rozproszyło się po pokoju, na wszelki wypadek. Przeszukiwałam oczami pomieszczenie w poszukiwaniu Harry'ego i odprężyłam się trochę, kiedy wreszcie go znalazłam. Wycinał coś z różowego papieru gawędząc z innym pacjentem. Uśmiechnęłam się pod nosem, bo nie musiałam błagać go, żeby z nimi rozmawiał.

Wziął chyba prysznic, bo jego włosy nieco lepiej się układały i były wilgotne. Wydawał się wyższy i młodszy niż ktokolwiek inny, i zdecydowanie piękniejszy. Gdybym powiedziała, że odróżniał się od reszty byłoby to niedopowiedzenie.

Nie chciałam mu przeszkadzać, więc zamiast iść się z nim od razu przywitać, stanęłam przy niemal pustym stoliku. Była tu tylko jedna kobieta w średnim wieku z tłustymi włosami, które zwisały w ciemnych kosmykach. Żeby odwrócić uwagę od Harry'ego postanowiłam sama zająć się rozmową.

-Cześć. - powiedziałam delikatnie
-Hej - odparła, uśmiechając się troszkę i spoglądając na mnie
-Jestem Rose.
-A ja Jenny.
-Jak się masz? - spytałam, nie wiedząc za bardzo od czego zacząć
-Nie... najlepiej. A ty? - To było znacznie łatwiejsze niż z Jane. I w ogóle niż z resztą pacjentów. Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale w tym momencie Harry zauważył mnie i zaczął iść w moją stronę. Uśmiechnęłam się do niego i znowu odwróciłam się w kierunku Jenny, która również już go widziała. Gdy tylko ich oczy się spotkały, Jenny otworzyła je szeroko. Wydawała się niemal... wystraszona, zwłaszcza w porównaniu z tym, jaka była jeszcze chwilę temu. Zanim zdążyłam coś powiedzieć już jej nie było.

-Hej. - przywitał się radośnie Harry
-Cześć. - uśmiechnęłam się - Widzę, że zawierasz nowe przyjaźnie
-Ta. W sumie idzie mi lepiej niż tobie. - dogryzał mi spoglądając w stronę kobiety, która mi przed sekundą zwiała.
-Ej, to nie moja wina, że pacjenci mnie nie lubią. - naburmuszyłam się

Uśmiech Harry'ego poszerzył się, a wtedy wyskoczyły też i dołeczki.

-Taak?

Przytaknęłam.

-Jak to? - spytał zaczepnym tonem.
-Nie wiem, po prostu mnie się nie da lubić. Poza tym większość pacjentów, z którymi rozmawialiśmy to dziewczyny. Pewnie się do ciebie ślinią, bo jesteś tutaj jedynym facetem przed czterdziestką, który nie śmierdzi gównem. - Harry zaśmiał się na moje słowa
-No to pogadajmy z facetami. - odparł, ale od razu jak zdał sobie sprawę, co powiedział zaczął się wycofywać - Nie, zapomnij. Nie mam zamiaru zbliżać się do tych typów. Pewnie stoi im od samego patrzenia na ciebie.

Zanim mogłam zaprotestować, Harry przycisnął wargi do mojego ucha.

-Ale temu się akurat nie dziwię, bo mi też. - wyszeptał, łaskocząc moją szyję. Odsunął się tak szybko, jak się przy mnie znalazł, nie dając mi w ogóle czasu na to, żeby jego słowa do mnie dotarły.

A potem od tak jego zachowanie znowu się zmieniło. Stał się poważniejszy i wpatrywał się w ścianę po drugiej stronie.

-No wiesz... - zaczęłam mówić, ale zanim skończyłam Harry mnie uciszył.
-Słuchaj - szepnął. Usłyszałam, jak dwóch ochroniarzy rozmawia tuż obok. Pewnie dlatego Harry się ode mnie odsunął. Zaczęliśmy oboje udawać, że rysujemy coś po papierze, żeby podsłuchać, co mówią.

-Przynajmniej nie musimy pracować na Oddziale C. - powiedział jeden z nich
-Racja. W życiu bym nie chciał tam pracować, to jakiś dom wariatów. - odparł drugi

A to nie był dom wariatów?

-Współczuję tamtejszym pracownikom. Mam nadzieję, że im chociaż dobrze płacą, bo to nie lada wyzwanie siedzieć z tamtymi psycholami.
-Wiem, koszmar. Słyszałeś o tym nowym pacjencie?
-Tym z dziwnymi nogami?
-Tak. Odcięła je sobie, a potem z powrotem przyszyła.

Wtedy usłyszałam kolejny głos, tym razem mówiący do mnie.

-Rose, przyniesiesz nowe markery z zaplecza? - zapytał. To była kobieta nadzorująca.
-Jasne. - skinęłam, ciesząc się, że nie muszę wysłuchiwać dalszej rozmowy tych strażników. Wstałam z krzesła i podeszłam do małego magazynku. Harry poszedł za mną, choć nie za bardzo wiedziałam, po co. Szłam tylko po markery.

Wybiłam sobie z głowy przerażający obraz, jaki zasiali w mojej głowie ochroniarze i weszłam do środka. Przeszłam w głąb, by znaleźć markery. Podskoczyłam, gdy usłyszałam, jak drzwi się za mną zatrzaskują. Kiedy się odwróciłam dostrzegłam Harry'ego stojącego zaledwie metr ode mnie.

-Harry, wystraszyłeś mnie! Czemu tu wszedłeś? - spytałam, choć uśmieszek na jego ciemno czerwonych ustach dawał mi do myślenia.

HARRY'S POV

-Żeby... em... dać ci to - powiedziałem. Wyciągnąłem z kieszeni kawałek różowego papieru, który przed chwilą wycinałem. Pokazałem jej kanciasty, krzywy kształt, jakim miało być serce. Po chwili podziwiania mojej pracy Rose zaczęła się śmiać, a ja się uśmiechnąłem. A potem wyrzuciłem to gówno na bok i postanowiłem wziąć to, po co tu tak naprawdę przyszedłem.

Śmialiśmy się nawet przez pocałunek. Jej dłonie wplotły się w moje włosy bez chwili namysłu, a moje powędrowały na jej uda. Pocałunek ten nie był słodki czy delikatny, ale pełen głodu i głęboki. Uśmiechy zeszły nam w ust, gdy moje ciało przycisnęło się do jej. Wepchnąłem język do jej ust  i zdałem sobie sprawę, że Rose nabrała dużo doświadczenia w całowaniu. Bardzo dużo. Moje ręce automatycznie przesunęły się na jej klatkę piersiową, dotykając i ściskając jej niesamowite piersi, gdy jęknęła cicho.

Moje wargi przesunęły się wzdłuż jej szyi, mojego ulubionego miejsca. Im bardziej ssałem i całowałem jej skórę tym wyraźniejsze reakcję od niej dostawałem. Niechlujnie przesunąłem usta w dół, na sam początek jej szyi. To było jej czułe miejsce, poznałem po tym, jak mocniej pociągnęła za moje włosy i zaczęła ciężej oddychać.

Ssałem jej skórę, przyciskając usta do tego miejsca, a ona pociągnęła moją głowę jeszcze bliżej. Jej klatka piersiowa gwałtownie wznosiła się i opadała przy mojej. Rose wydała z siebie dźwięk pomiędzy jękiem a westchnięciem. To był kurwa najseksowniejszy dźwięk, jaki w życiu słyszałem, aż też jęknąłem.

Boże, przez cały dzień tego pragnąłem. Musiałem jej dotknąć, ona musiała mnie dotykać. Przysiady, pompki i inne takie wystarczały wcześniej do wyładowania... złości. Ale nie teraz, kiedy kochałem Rose, a ona mnie i oboje koniecznie potrzebowaliśmy odsapnąć i zapomnieć, chociażby na moment. Musiały to być właśnie jej dłonie. Chciałem dać jej przyjemność i sprawić, by czuła się tak, jak jeszcze nie miała okazji się czuć.

Może i nie było to dobre miejsce. Nie w magazynku psychiatryka, gdzie nie mógłbym tego zrobić wolno, nie na jej pierwszy raz. Byłem pewny, że ona też tego nie chciała.

Ale dopóki nie wyrwaliśmy się z Wickendale, było kilka rzeczy, których mogliśmy popróbować.

Położyłem ręce pod jej udami podnosząc ją, by mogła opleść nogi wokół mojej talii. Przycisnąłem jej plecy do ściany dla komfortu i zacząłem poruszać się przy niej. Jej głowa opadła do tyłu odsłaniając szyję. Uwielbiałem to, jak na nią działem. Przyciskałem usta do jej szyi, poruszałem kroczem przy jej ciele, dotykałem jej ud. Musiałem ją czuć jak tylko mogłem. A i tak to jeszcze było nic.

-Już sobie wyobrażam, co ci zrobię, gdy stąd uciekniemy. - wysapałem jej do ucha - Będę cię pieprzył, i pieprzył i jeszcze raz pieprzył.

Przesunąłem wargi na jej obojczyk i zostawiłem pocałunki na całej jego długości.

-Sprawię, że będziesz krzyczała moje imię, kochanie. - wyszeptałem. Zacząłem ocierać się jeszcze bardziej, a ona ciągle sapała i jęczała ciągnąc za moje włosy. Kurwa.

-Ale za pierwszym razem zrobię to powoli - mówiłem dalej, zwalniając tempo wraz z moimi słowami. Droczyłem się z nią.

-Będę delikatny, gdy będę się z tobą pierwszy raz kochał.

Mówiłem poważnie. Znaczy cały czas mówiłem poważnie, ale to było pewne. Może i brzmiało to tandetnie, ale zrobię wszystko, żeby jej pierwszy raz pozostał dla niej niesamowitym wspomnieniem, i żeby nie cierpiała.

Pocałowałem jej miękkie usta, a ona przyłożyła dłonie do moich policzków, kiedy odwzajemniała pocałunek. Tym razem był czuły, słodki.

Niestety ktoś przeszkodził nam pukając do drzwi.

-Rose, znalazłaś? - zawołał stłumiony głos
-Uh... tak, tylko... tak, ja... um, już wychodzę. - odpowiedziała Rose, ciągle speszona, z trudem łapiąc powietrze.
-Kurwa. - jęknąłem z dezaprobatą. Delikatnie postawiłem Rose na ziemi, a ona wsparła się na moich ramionach.
-Nogi mi chyba odmówią posłuszeństwa jak tylko postawię krok. - zaśmiała się i zaczęła nieco się rumienić. Wyszczerzyłem się na ten widok i przejechałem językiem po wardze, żeby tylko pogłębić odcień czerwieni na jej policzkach. Rose złapała pudełko markerów z półki i zaczęła iść w stronę wyjścia. Klepnąłem ją w tyłek wolną ręką, a ona pisnęła.

-Ciąg dalszy nastąpi. - powiedziałem
-Obiecujesz? - rzuciła, obracając się. Patrzyła na mnie tymi swoimi niewinnymi, acz wyzywającymi oczami.

Schyliłem się znowu łaskocząc jej ucho, kolejne z moich ulubionych miejsc.

-Obiecuję. - wymamrotałem, a ona zachichotała.

Ciągle uśmiechałem się pod nosem, gdy wychodziliśmy niewinnie ze schowka, żeby nie zwracać za dużej uwagi, bo dość sporo czasu nas nie było. Żaden z pracowników pewnie by się tym nie przejął, bo i tak byliśmy tylko zwariowanymi pacjentami, ale i tak nie chcieliśmy wywoływać podejrzeń. Kobieta nadzorująca była przy stoliku kilka metrów dalej. Podeszła do nas, żeby z uśmiechem na twarzy wziąć od Rose markery.

-Dziękuję - powiedziała. Spojrzała przelotnie na ramiona Rose, które oplotłem swoją ręką, ale nic nie powiedziała. Pewnie nie zauważyła też naszych roztrzepanych włosów, zarumienionych twarzy czy opuchniętych warg. A jeśli zauważyła to siedziała cicho.

ROSE'S POV

Pragnęłam Harry'ego tak bardzo, jak on mnie, jeśli nie bardziej. Na tym zapleczu niemal topiłam się pod jego dotykiem, a później ledwo dałam radę stać na własnych nogach. Chciałam od niego więcej, chciałam, żeby zrobił to wszystko, co mi obiecał. Ale nie mogliśmy zrobić tego w Wickendale. Poza tym bycie przyłapanym wcale nie wpisywało się w naszą idealną wizję.

Chociaż ciągle o tym wszystkim myślałam, musiałam przenieść się do teraźniejszości. Teraz Harry siedział skupiony na ozdabianiu brokatem swojej pracy. Jeszcze kilka minut temu był taki stanowczy i seksowny, a teraz siedział sobie, oblepiając brokatem kawałek różowego papieru.

Rysowałam właśnie jego portret czarnym markerem. Namalowałam jego ściągnięte brwi i tą swawolę na jego wargach. Próbowałam uchwycić piękno jego oczu i twardość jego, w pewien sposób, delikatnych rys. Ale chwilę potem zdałam sobie sprawę, że żaden artysta nie byłby w stanie go wiernie odwzorować.

-Harry - odezwał się Brian podchodząc do stolika, przy którym siedzieliśmy
-Co? - warknął Harry
-Musisz się stawić na kontrolę w gabinecie pielęgniarskim.
-Jeszcze nie skończyłem. - to było niemalże komiczne widzieć takiego poważnego Harry'ego i zirytowanego ochroniarza, który próbuje wyrwać mu tubkę fioletowego brokatu.

-Przykro mi, Harry, ale ona chce cię teraz.

Harry przewrócił oczami, ale podniósł się tak czy inaczej.

-Dobra, niech będzie. Pa. - pożegnał się ze mną. Całus w policzek albo czoło wydawałby się wtedy nie na miejscu. Więc Harry po prostu uśmiechnął się do mnie, a ja to odwzajemniłam. Przyglądałam się jego szerokim ramionom, kiedy szedł, dopóki nie zniknął za drzwiami. No patrzcie, wygląda na to, że na zajęciach sztuki i rzemiosła bawiłam się lepiej niż się tego spodziewałam. Nieźle, całkiem fajnie, bym powiedziała.

A jednak, wykrakałam. Harry wyszedł. Byłam teraz sama. A kiedy byliśmy w magazynku najwyraźniej dotarł kolejny pacjent. Powtarzałam sobie w myślach, żeby nie panikować, zachowywać się jak wszyscy inni. Norman może cię nawet nie pamiętać. W tamtym momencie Norman dojrzał mnie w tłumie innych pacjentów i wstał z miejsca. Nie panikowanie wydawało się niemożliwe, gdy zaczął iść w moją stronę.
______________________________________
myślę, że rozdział dla was będzie zachwycający, bo jest dirty i na końcu a little scary, więc tego szukacie, prawda? (: wyjątkowo polecam w tym tygodniu piosenkę - cudowny tekst, a kawałek wyjęty z soundtracku "the pretty one" - jednego z moich ulubionych filmów, od niedawna, naprawdę polecam zobaczyć. trzymajcie się, love y'all ~natalia :)x

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Rozdział 32


HARRY'S POV

Wzrok. Słuch. Dotyk. Smak. Węch. Powszechnie znane pięć zmysłów. Każdego z nich używamy w codziennym życiu. Ale nauczyłem się dość szybko, że to nie były wszystkie zmysły. Był jeszcze jeden, uczucie. I nie był to taki sam zmysł jak dotyk, miękkość materiału czy gładkość powierzchni. Nie był to ten rodzaj czucia, to było w głębsze, pochodziło z twojego wnętrza. Pięć zmysłów pozwalało na poznanie wielu rzeczy, ale nie bólu. Nie miłości. Nie strachu. A szósty zmysł, zmysł uczucia, był najgorszym z nich wszystkich,  ponieważ tylko on istniał w koszmarach sennych.

Nigdy nie pamiętam dotyku, kiedy się budzę. Nie pamiętam obrazu tego, co spowodowało strach. Nie pamiętam żadnych przeraźliwych odgłosów, okropnych smaków czy brzydkich zapachów. Pamiętam tylko to uczucie. Może był to ból spowodowany biciem, dopóki skóra moich pleców była niczym innym jak plątaniną głębokich krwawych cięć. Może była to potworna tortura przeszywających każdy pojedynczy nerw w moim ciele, każdy mięsień i kość elektrowstrząsów. A może był to głębszy ból po stracie tych, których kochałem, który sprawiał, że moje koszmary były tak przerażające.

Ten który miałem dzisiaj był jak do tej pory najgorszy z nich wszystkich. Moje ciało podniosło się z materaca tak nagle, że aż zabolało, ogłuszający krzyk rozdarł moje gardło. Jedyną rzeczą, którą było słychać w ciemnościach budynku były echa krzyków szaleńców niosące się po korytarzach. Moja pierś unosiła się i opadała, a moje ciało było mokre od potu, gorące od adrenaliny płynącej w moich żyłach. Przez moment byłem sparaliżowany strachem, a moje oczy szeroko otwarte szukały choćby nikłej poświaty. Nic nie widziałem i nie miałem pojęcia gdzie jestem. I wtedy sobie przypomniałem. Wickendale. Tak, to tam byłem, W mojej celi. To był tylko zły sen. Horrory których nie mogłem zapomnieć nie były prawdziwe. A może były, ale nie w tym momencie. W tym momencie wszystko było w porządku.

- Kurwa - wydusiłem z siebie

A razem z falą - nie, cholernym tsunami - ulgi, zmysły powróciły. Mogłem zobaczyć zarys ceglanej ściany i mojej białej pościeli. Widziałem mój uniform leżący na podłodze - w tak gorące noce jak ta, w budynku, który był dodatkowo ogrzewany, nie dało się w nim wytrzymać, dlatego rozbierałem się do samych bokserek. Pod sobą czułem sprężyny materaca a na czole krople potu.  Czułem smak mojego nieświeżego oddechu i słyszałem swoje własne sapanie, z trudem mogąc złapać oddech. Czułem zapach pleśni, pokrywającej to brudne miejsce. A najlepsze z tego wszystkiego było to, że nie czułem  bólu. To był pierwszy raz, kiedy cieszyłem się z tego, że leżę w tej celi zamiast gdzieś indziej.

Byłoby znacznie łatwiej z Rose u mego boku, odpędzającą mój nieokreślony strach i sprowadzającą mnie w pełni do rzeczywistości. Ale była cały korytarz dalej. Zastanawiałem się, co teraz robiła. Czy ona też miała koszmary? Czy obudziła się pragnąc, abym był obok niej? A może miała na tyle szczęścia, aby po prostu zasnąć? Nie było możliwości, żebym się dowiedział, więc jedynym co mogłem zrobić, było oprzeć się o zimną ścianę i zacisnąć pięści na prześcieradle, strając się jak mogłem, aby już nie zasnąć.


ROSE'S  POV

Słowem najczęściej używanym, aby opisać obecny stan mój i Harry'ego była nieświadomość. Pustka, niewiedza, bycie wyłączonym. Przyciągaliśmy wręcz nieznajomość i dezorientację do siebie. Posiadaliśmy zerową wiedzę nie tylko o miłości, ale również o ucieczce.

W najbardziej intymnych zakamarkach rzeczywistości, gdzie obecność była obowiązkowa, miłość była tym, co potrzebowało najwięcej opieki. Nigdy nie zostałam oczarowana przez to mistyczne zaklęcie, a Harry  tylko raz. Ale biorąc pod uwagę okoliczności, dla nas obu uczucie to było obce. I, pomimo tego co mówili wszyscy, miłość jak do tej pory była zadziwiająco prosta.

Sam fakt miłości, powinien był mnie uspokoić, większość po prostu by go zaakceptowała i pozwoliła sobie na szczęście. Ale była jeszcze inna strona rzeczywistości.

I była nią pewność, że ucieczka była konieczna. Musieliśmy uciec z tego piekła i musieliśmy to zrobić jak najszybciej. Ale tak jak i z miłością - nie byliśmy ekspertami. Żadne z nas nie uciekło nigdy wcześniej z instytucji dla psychicznie chorych. I powiew szczęścia spowodowany naszą wzajemną miłością nie zmniejszył wcale wagi napierającego na nas problemu. Jeśli już, to jedynie ją zwiększyła. Wszystko co mieliśmy to niewyraźne cienie pomysłów, myśli, które ledwo w ogóle były myślami, o tym jak by stąd zbiec. Najpierw potrzebowalibyśmy mapy lub chociaż prostego rysunku Wickendale, żeby znaleźć ewentualne wyjście.

Ale to była jedyna rzecz, o której mogłam na początek pomyśleć. To i rozmawianie z innymi pacjentami. Mogliby rozproszyć pracowników, może dać nam jakieś pomysły, kryć nas, pomóc nam zdobyć to, czego byśmy potrzebowali. Nie byłam nastawiona do tego tematu tak cynicznie jak Harry, więc pewnie ja musiałabym mówić. Plus, znałam już większość tych osób. Wydawali się mnie lubić, w większości, więc miałam nadzieję, że nie będzie zbyt trudno.

Sądziłam, że jednym z naszych głównych problemów było to, że jak na ten moment nie czuliśmy potrzeby, aby się spieszyć. Ja widziałam jego, on widział mnie i nasze zmartwienia znikały, kiedy siadaliśmy obok siebie na plastikowych krzesłach. Śmialiśmy się, rozmawialiśmy, ale nie o ucieczce. A to co mnie martwiło to, że to nie będzie trwało wiecznie. Kiedy dłużej o tym pomyślałam, zdałam sobie sprawę, że musieliśmy się wydostać, zanim coś to wszystko znowu zrujnuje. Nie było co prawda śmiertelnych gróźb czy zaplanowanych lobotomii, wiszących nam nad głowami, ale to mogło się z łatwością zmienić. I lepiej było się stąd wydostać,  zanim to się stanie.

Ale do tego czasu mogłam się uśmiechać na znajomy widok Harry'ego, wchodzącego do kafeterii, która była przepełniona stołami i psychicznie chorymi pacjentami. Jego oczy spotkały moje i też się uśmiechnął. Czekałam, aż w końcu  do mnie podejdzie i cmoknie w policzek, a następnie usiądzie obok.

- Cześć - uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
- Hej - odpowiedział i pocałował mnie szybko w usta. I zanim zdążyłam odpowiedzieć na pocałunek, przycisnął usta do mojego czoła, później nosa, później znów policzka rozsiewając pocałunki po całej mojej twarzy. Zachichotałam, a Harry szeroko się uśmiechnął i oparł rękę na tyle mojej głowy. Jego włosy jak  zwykle ułożone były w tym słodkim "dopiero wyszedłem z łóżka" stylu, jego usta były tak samo pełne i koloru wiśni jak zapamiętałam. Ale ciągle coś w nim wydawało się być...nie tak. Może chodziło o podkrążone oczy, które zwykle takie nie były.

- Dobrze spałeś? - spytałam.
- W porządku - powiedział mi, jednak jego oczy nie patrzyły w moją stronę, a jego uśmiech przygasł, jakby nie mówił prawdy.
- A ty? - spytał.  Nie chciałam na niego naciskać, a było to nieuniknione, że w niektóre noce nie będzie spał spokojnie, więc nie pytałam, tylko odpowiedziałam.
-  Dobrze, tak mi się wydaje. Czasami tylko nie mogę zasnąć. Chciałabym, żebyś był wtedy obok mnie.
-  Zaufaj mi - odpowiedział - Ja też bym chciał - Już wyciągał z kieszeni papierosa, zanim zdążył skończyć zdanie i ciągle łapałam się na tym, jak bardzo fascynowało mnie to jak trzymał go między wargami. Położył głowę na moim ramieniu, wypuścił kłąb dymu i zamknął oczy - Nienawidzę kurwa tego miejsca - westchnął. Pomimo tak prostego gestu, i tak obudził motylki w moim brzuchu. Ciężko było pomyśleć, że pod tą maską z sarkastycznych komentarzy, tak naprawdę krył widywać Harry'ego każdego dnia, nie  mogłam pomyśleć o bardziej okropnym miejscu. Był to nędzny i smutny budynek.

I wtedy Harry  zadał pytanie, na które czekałam od jakiegoś czasu.

- Więc co robimy?
- Nie mam pojęcia - powiedziałam zgodnie z prawdą - Myślę, że chyba zaczniemy od rozmawiania z pacjentami.
- Naprawdę myślisz, że to pomoże? - Nie zapytał w cyniczny sposób, tylko jakby był po prostu ciekawy.

Wzruszyłam ramionami.

- To i tak lepsze niż to co robimy teraz. Musimy przynajmniej coś robić, a to może pomóc nam zdobyć sprzymierzeńców. Mogą nas kryć, albo rozproszyć strażników, nie wiem. Niektórzy z nich mogą być tego warci.

Harry usiadł prosto, zdjął rękę z jej dotychczasowego wygodnego miejsca na moich włosach, wyciągając papierosa z ust.

- Możliwe - wzruszył ramionami - Ale ty mówisz - jego oczy przeszukiwały pomieszczenie, sprawdzając jakie ma opcje - Ona - w końcu powiedział, wskazując na drobną kobietę, siedzącą samą - Jane.
- Co z nią? - spytałam.
- Chodźmy porozmawiać z nią na początek. Zacząłem z nią rozmawiać kilka tygodni temu, kiedy piekliśmy te ciasteczka i nie jest taka zła.
- Okej - kiwnęłam głową. Czemu nie?

Już mieliśmy podnosić się ze swoich miejsc, kiedy podwójne drzwi się otworzyły. Straszliwa kobieta z wyraźną szramą na twarzy weszła do pomieszczenia, a we mnie automatycznie aż się zagotowało. Pani Hellman.

Oczywiście Harry nienawidził jej o wiele bardziej, a ja nienawidziłam Jamesa najbardziej na świecie. Ale jak Harry z Jamesem, pani Hellman i ja dzieliłyśmy dość niespotykaną nienawiść, taką, która czaiła się jak potwór, czekający, aż zostanie wypuszczony ze swojej klatki. Wyglądało na to, że Harry i ja nienawidziliśmy osoby, które spowodowały więcej bólu tym, których kochaliśmy niż nam samym. To oczywiste, że Harry popatrzył z gniewem na kobietę idącą po betonowej posadzce, ale mogłam zapewnić, że mój gniew był większy. I nie byłam tak bardzo nienawistną osobą jak Harry, więc nie trzęsłam się, ani nie zaciskałam  pięści, aby powstrzymać się przed zaatakowaniem jej, jak on na widok mężczyzny stojącego pod tylną ścianą pomieszczenia, ale i tak było mi bardzo trudno powstrzymać się przed wyrwaniem z jej głowy każdego blond kudła.

Była tutaj, żeby zobaczyć się z synem, stało się to oczywiste, kiedy zaczęła iść w jego  kierunku. Ale to oznaczało minięcie mnie i Harry'ego, czego żadne z nas nie chciało. 
- Harry, ona idzie w naszą stronę - wyszeptałam, tylko po to, żeby go ostrzec, czując, że jego dłoń wciąż spoczywała na tyle mojej głowy.
- Niech idzie - odpowiedział i przygarnął mnie do siebie jeszcze bliżej. Akt buntu. Jej wzrok spoczywał na nas, na mnie dokładnie, trzymała ręce za jej plecami, a broda była uniesiona, roztaczając wokół aurę władzy i siły.

Harry zaciągnął się trucizną swojego papierosa, po czym  powoli wypuścił kłąb dymu, nie spuszczając z niej wzroku, dopóki nas nie minęła. Jej oczy powędrowały na jego ramię oplecione wokół mojego ciała i wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk,  jakby romans w miejscu takim jak to był komiczny. Po chwili odwróciła wzrok, ciągle idąc w stronę jej zabandażowanego, posiniaczonego, ciągle ledwo rozpoznawalnego syna.

Ale zanim jej oczy się od nas oderwały coś w nich błysnęło. Coś tak małego, że nie byłam pewna, czy dobrze to odczytałam. Znajdowało się to schowane tuż pod surowością jej przeszywających niebiesko-szarych oczu. Jedynym słowem, które cisnęło mi się do głowy, aby to opisać było "przegrana". Może źle to zinterpretowałam, ale może, tylko może miałam rację.

Jej plan terapii elektrowstrząsowej, aby nas złamać, powstrzymać przed powodowaniem coraz to nowych problemów nie powiódł się. Ponieważ ciągle tu byliśmy, razem ze wszystkimi naszymi wspomnieniami. I mieliśmy siebie nawzajem, mieliśmy miłość, co było prawdopodobnie czymś czego ona nigdy nie miała. Próbowała jak mogła nas złamać, ale jej się nie udało; i może właśnie to ją martwiło.

- Widziałaś to? - Harry zapytał, w jego głosie słychać było nutkę radości i podekscytowania - Jest strasznie wkurwiona.

Popatrzyłam w jego błyszczące oczy, pokiwałam głową i się zaśmiałam. Pomimo szkody, jaka została wyrządzona nam obojgu, nie mogłam nic na to poradzić, że w tamtym momencie czułam się niezwyciężona. Nie wiedziałam czego ona oczekiwała, ale na pewno nie widzieć nas razem i jakby szczęśliwych zaledwie tydzień później. Nie miała już pomysłów, jak nas ukarać i nie miała za co nas ukarać. Więc jaki miała inny wybór niż po prostu zostawić nas w końcu w spokoju?

- Ona twierdzi, że to ty jej zrobiłaś tą szramę? - zapytał Harry.
- Taa - skinęłam głową - Ale tego nie zrobiłam. - Jednak po spojrzeniu na jej zadowoloną z siebie minę, dodałam - Ale żałuję, że tego nie zrobiłam

Oboje wybuchnęliśmy śmiechem i miałam nadzieję, że to usłyszała.

HARRY'S POV

Przez pierwsze pięć minut, Jane po prostu siedziała bez słowa. Jedyną odpowiedzią jaką otrzymaliśmy były spojrzenia jej czujnych, zaskoczonych oczu. Rose próbowała różnych "cześć" i "jak się masz?" i "jesteś Jane, prawda?". Na żadne z nich Jane jednak nie odpowiedziała. A ja byłem tak samo cichy jak i ona.

Ale po tych pięciu minutach nieznaczących pytań Rose wyczerpały się pomysły na to, co może jeszcze powiedzieć. Naprawdę próbowała wszystkiego, mówiła tak delikatnie i słodko, jak tylko mogła i nie dostała żadnej odpowiedzi. Patrzyła na mnie z desperacją w oczach, chociaż wiedziała równie dobrze jak i ja, że nie byłbym zbytnio pomocny.

- Harry - wyszeptała zbyt cicho, aby Jane mogła ją usłyszeć, wskazując oczami, że teraz moja kolej, żeby spróbować. Uwaga, bo coś zdziałam.

- Jane? - spytałem. Popatrzyła na mnie, nie zmieniając swojej zgarbionej pozycji,  przez swoje opadające na twarz, przypominające siano włosy, ale nic nie powiedziała. - Jane, pamiętasz mnie? Rozmawiałem z tobą parę tygodni temu, kiedy piekliśmy ciasteczka?

 Rozważała moje słowa przez moment, po czym powoli kiwnęła głową, co było i tak więcej niż którekolwiek z nas by się spodziewało. Popatrzyłem na Rose pytająco, ale ona patrzyła na Jane. Co do cholery miałem teraz powiedzieć?

- Pamiętasz moje imię?

Znów skinęła głową. Już miałem powiedzieć coś innego, ale wtedy odezwała się cichym szeptem:

- Harry.

Rose odwróciła się do mnie zaskoczona i pokiwała głową, aby zachęcić mnie do kontynuowania.

- Dobrze - uśmiechnąłem się - Więc, uh... jak wyszły twoje ciasteczka? - To było cholernie głupie pytanie, ale dość proste, takie na które może byłaby w stanie odpowiedzieć.

- Dobrze - powiedziała. Kurde, ta dziewczyna była strasznie cicha. Musiałem się bardzo wysilić, żeby usłyszeć od niej chociaż jedno słowo.
- Jak smakowały? Nikt nie oddał mi moich, więc nie miałem nawet okazji ich spróbować. - To była najprawdopodobniej najgłupsza konwersacja, w której kiedykolwiek uczestniczyłem i z jakiegoś powodu czułem potrzebę mówienia do niej jakby miała siedem lat. Ale ciągle powtarzałem sobie, żeby tylko sprawić, żeby mówiła cokolwiek. Rose mnie zastąpi za sekundę, ale jak na razie to ja musiałem utrzymać "rozmowę".

- Dobrze - odpowiedziała znowu - Były słodkie.
- To dobrze - pokiwałem głową. Nie miałem pojęcia, co do cholery powiedzieć. Nie było już nic, o czym mogliśmy rozmawiać, oprócz pytań, które Rose już zadała. Więc posunąłem się do czegoś bardziej ryzykownego i to miało sprawić, że Jane albo zacznie mówić, ale jeszcze bardziej zamknie się w sobie.
- Um... - zacząłem zbierać słowa i układać je w pytanie - Tamtego dnia, pamiętasz o czym rozmawialiśmy?

Tamtego dnia, kiedy Rose droczyła się ze mną i dręczyła mnie wyglądając tak cholernie seksownie nawet w tym ohydnym niebieskim uniformie, tego dnia kiedy pobiłem Jamesa i tego dnia, w którym zostałem ukarany w sposób, o którym nie jestem w stanie nawet pomyśleć. Ten dzień krył jeszcze jedną tajemnicę. Ponieważ to wtedy zawołałem Jane po imieniu, a ona popatrzyła na mnie dzikimi oczami. Zażądała ze strachem, żebym jej powiedział od kogo znam jej imię. Wciąż nie wiedziałem czemu, a ten jej strach bardzo mnie zaciekawił.

Jane wyglądała na lekko zaskoczona moim pytaniem, więc kontynuowałem:

- Znałem twoje imię, bo usłyszałem je gdzieś już wcześniej. Znałem je zanim mi powiedziałaś.

Jej oczy otwarły się szerzej, ale ciągle wytrzymywała moje spojrzenie.

- Zapytałaś mnie skąd je znałem i wydawałaś się zmartwiona.
- Tak - opowiedziała kiwając głową - Bałam się, że on ci powiedział. Bo on to zrobił, prawda?
- Kto?- spytałem. Nie odpowiedziała i tylko rozglądnęła się wokół nerwowo. Jej drobne ciało stężało. - Jane, kto?

Nie dostałem znów żadnej odpowiedzi, a ona skuliła się ze strachu. Po tym jak gwałtownie potrząsnęła głową z szeroko otwartymi oczami, popatrzyła z powrotem na swoje kolana w ciszy. Stało się oczywiste, że nie miała zamiaru odpowiadać na więcej pytań.

Spojrzałem na Rose, w celu zbadania jej reakcji, po jej poradę, ale ona nie przysłuchiwała się już konwersacji. Była odwrócona na krześle, patrząc na przód kafeterii. I nagle zdałem sobie sprawę, dlaczego się nie odzywała od jakiegoś czasu.

Widziałem dużo zła wchodzącego przez te drzwi, dużo złych  mężczyzn i kobiet. Ale kiedy najmniej się tego spodziewałem, jeden mężczyzna wszedł do pomieszczenia, nawet gorszy niż pani Hellman i jej szarada trenowanych małp w policyjnych mundurach. Nie, ten mężczyzna był ubrany w uniform pacjenta. Był ogromny i muskularny, z tatuażem węża obok lewego oka. Był tylko odległym wspomnieniem, zmartwieniem,, które znajdowało się na samym dole listy, tak nisko, że było praktycznie niewidoczne. Byłem w szoku, naprawdę, widząc go stojącego naprzeciwko nas w tamtym momencie. Ponieważ wpędziłem go w śpiączkę. Tej nocy, kiedy wysiadł prąd i znalazłem go trzymającego drobne ciało Rose w swoich wielkich łapach. Pamiętałem uczucie grzmocenia jego głową o ścianę, ale najwidoczniej nie zrobiłem tego wystarczająco dobitnie.

I teraz był z powrotem, wybudzony ze śpiączki. Tym razem jednak, Rose nie była pracownicą, która mogła po prostu pójść do domu albo zawołać po pomoc. Tym razem była pacjentką. I pomimo tego, że ja spędzałem z nią dużo czasu, było też wiele godzin, w których mnie przy niej nie było, były godziny, w których nie byłem w stanie jej obronić.

Więc teraz Norman, ogromny łysy facet, który próbował zgwałcić jedyną osobę, na której mi zależało, wrócił. Dodajcie go do listy moich i Rose, nigdy niekończących się problemów w Wickendale.

                                                                                               
Przepraaszamy, że tak późno!!! Męczyłam się dziś cały dzień z tym rozdziałem i zmęczyć go nie mogłam. Nie wiem czemu... Serio, głowa mnie już od komputera boli... ~Magda

niedziela, 22 czerwca 2014

Rozdział 31

W pokoju panowała cisza. To była pełna lęku i niecierpliwości cisza. W powietrzu wisiało coś przytłaczającego, kiedy czekałem na Rose. Poza dźwiękiem jej unoszącej się i opadającej w płytkich oddechach klatki piersiowej, pokój wydawał się martwy. Lori stała nieruchomo przy ścianie i nic nie mówiła. Ale Rose niedługo się obudzi i przerwie ciszę. A przynajmniej łudziłem się i modliłem, że tak będzie. Wyglądało na to, że moja nadzieja przegrywała walkę z niepewnością, bo czułem, że się powoli wybudza. Siedziałem na małym plastikowym krześle przy łóżku, trzymając jej dłoń, która zaczynała się ruszać. Jej powieki nieco się zaciskały, a jej wargi drgały co jakiś czas, jakby o czymś śniła.

Może przesadzałem z tym siedzeniem przy niej przez cały czas. Wiedziałem, że to było po prostu przez to, że nie jadła i nie piła zbyt wiele w ciągu ostatnich kilku dni. Lori wyjaśniła mi, że to musiał być główna przyczyna jej  zasłabnięcia. Nie zauważyłem, żeby nie jadła nic podczas lunchu, a podczas śniadania i kolacji się z nią nie widywałem. Więc nie za bardzo mogłem stwierdzić, czy jadła czy nie. Najwyraźniej jednak nie.

Byłem zbyt zajęty sobą, próbując poukładać swoje myśli, żeby choćby zapytać jej, jak się ma. Dla niej też to musiało być trudne, powinienem był zapytać ją czy wszystko w porządku, powinienem był bardziej zwracać na nią uwagę. Wiele rzeczy powinienem był i nie powinienem był robić.

Dlatego dzięki myśli, że nie troszczyłem się o nią, tak jak powinienem był, przeczuwałem, że gdy Rose się obudzi nie będzie mnie tu chciała; że zagrzebie się z powrotem w pościeli i schowa przed moim dotykiem. W sumie nie miałbym jej tego za złe. Mój wybuch był całkiem niepotrzebny i nie powinien mieć w ogóle miejsca. Ale ja nad tym nie panowałem, to nie byłem ja. No może byłem to ja, nie mam zamiaru próbować się od tego wywinąć, ale ja nie chciałem. Coś dziwnego wpełzło do moich myśli, coś nieludzkiego torowało mi drogę do własnego rozumu. Przypływ energii, impuls i cały ten obłęd, który zbierał się we mnie nie mógł być już dłużej tłumiony w tym stanie, w jakim znajdowałem się wcześniej. Więc owszem, to była moja wina, ale nie panowałem nad tym.

Ale widok przerażonej twarzy Rose, jak opadała bezsilna na podłogę płacząc, w pewnym sensie wywołało jeszcze większy ból niż chłosta czy elektrowstrząsy. Na dłuższą metę to ból psychiczny był głębszy od tego fizycznego. Ponieważ moje ciało było silne i mogło znieść ból, jakiego mój umysł nie był w stanie.

Przynajmniej miało to jeden dobry skutek. Przez to, w jak ciężkim szoku byłem wszystko do mnie wróciło. Zaczęło się od prostego uczucia - zmartwienia połączonego z wielkim poczuciem winy. A potem już poszło gładko. Przypomniałem sobie, jak ważna jest Rose i dlaczego tu byłem. Moje prawdziwe "ja" dało o sobie znać wraz z przytłaczającym lękiem przed skrzywdzeniem Rose. Nagle wróciło do mnie każde uczucie, jakiego doznałem będąc z nią i z innymi. Przypomniałem, sobie jak smakuje ból, nienawiść, namiętność i miłość.

Szok wyrwał mnie z ruchomych piasków, po jakich stąpałem wewnątrz siebie, a obraz wreszcie był już przejrzysty. Znowu czułem się sobą. Jedynie z nieco większym poczuciem winy.

Drzwi się otworzyły, ale nie spojrzałem w ich kierunku.

- Cześć, Grace - odezwała się Lori.

Głos drugiej z pań był cichy, niemalże jak szept, jakby bała się mówić.

- Cześć. - powiedziała. Widziałem ją już kilka minut wcześniej, więc nie musiałem się odwracać, by dowiedzieć się, jak wygląda. Miała dość prostą urodę, wyglądała na 20-30 lat. Miała rzadkie, cienkie blond włosy i bladą cerę. To nowa pomocnica pielęgniarek, która przyszła na miejsce Rose, ale niczym nie mogła się równać z pięknością leżącą obok mnie.

Usłyszałem, jak ktoś kładzie tacę na blacie albo stoliku, więc znaczyło to, że Grace udało się przynieść nam nieco jedzenia oraz wody. To dobrze, przyda się Rose, kiedy tylko się obudzi. A może obudzić się w każdej chwili.

Przez te chwile wszyscy czekaliśmy. Ja, bo się martwiłem, a one, bo nie miały nic innego do roboty.

W ciągu zaledwie trzech minut oczy Rose zaczęły się powoli otwierać. Zanim zdążyła się rozejrzeć zacisnęła powieki i wyjęła swoją dłoń z mojego uścisku, żeby je przetrzeć.

- Mmm... - jęknęła.

Jej duże niebiesko-zielone oczy otworzyły się szeroko, a potem powędrowały po kolei na Lori, Grace i na końcu na mnie.

Przyglądałem się jak wszystkie moje obawy powoli zostają wcielone w życie, kiedy odsunęła swoje ciało z dala ode mnie, na ile tylko wąskie łóżko mogło jej na to pozwolić.

- Jak się czujesz, Rose? - zapytała Lori podchodząc do niej. Grace szła z jedzeniem tuż za nią. Przesunąłem się z krzesłem na bok, żebym nie wchodzić im w drogę podczas pracy.

- Dobrze - odparła Rose - Trochę mi się kręci jeszcze w głowie.
- Proszę, to pomoże - powiedziała Lori, wręczając jej niewielką miskę z niebieskiej tacy, jaką przyniosła ze sobą Grace. Rose przytaknęła i zjadła część tego, cokolwiek jej tam dali. Krzywiła się, ale jadła.

- Co się stało? - spytała biorąc kolejną łyżkę.
- Zemdlałaś w kafeterii, wygląda na to, że z niedoboru jedzenia i picia.  Jesz ty coś ostatnio w ogóle?

Rose zastanawiała się przez chwilę.

- Chyba nie... Nie myślałam o tym, po prostu... teraz tyle się dzieje i jakoś mi się... zapomniało, no nie wiem - na jej twarzy wymalowała się konsternacja, jakby sama nie rozumiała, o co jej chodziło.

-  Dobra, dojedz to i w przyszłości jedz regularnie. Wiem, że tutejsze jedzenie nie jest zbyt smaczne, ale znowu zasłabniesz, jeśli nie będziesz jadła. Mówię poważnie, to już drugi raz w ciągu dwóch tygodni.

Strasznie chciałem się odezwać, powiedzieć coś, ale nie wiedziałem, co. A przynajmniej nie w obecności Lori i Grace.

Wyglądało na to, że zapomniano, że tu jestem, bo przez następne siedem minut Lori rozmawiała ciągle z Rose, która w między czasie jadła tę paćkę i popijała ją wodą. W sumie ulżyło mi, że nikt nie zadawał mi pytań albo nie patrzył znacząco. Ale nie zostałem całkowicie odsunięty. Raz na jakiś czas Rose zerkała w moją stronę, a potem od razu odwracała wzrok. Może też chciała ze mną porozmawiać, tak bardzo ja ja chciałem porozmawiać z nią, ale oboje powstrzymywaliśmy się ze względu na pracownice.

Musiałem dać jej szansę, żeby mogła coś powiedzieć.

- Lori? - odezwałem się, gdy taca została już opróżniona.

Wszyscy zwrócili nagle oczy ku mnie, jakby zdziwieni, że tu jestem.

- Tak? - odparła
- Czy moglibyśmy z Rose zostać na chwilę sami?

Lori spojrzała na nią pytająco, ale Rose odwróciła się w drugą stronę z twarzą nie wyrażająca żadnych emocji. Lepiej będzie dla Lori, jeśli od razu się zgodzi. Przecież wie, że może mi ufać.

- Jasne - odpowiedziała niepewnie i posłała Rose ostatnie spojrzenie - Chodź, Grace.

Grace wyglądała na zdziwioną. Zastanawiała się pewnie, jakim cudem Lori ufa dwojgu psycholi na tyle, żeby zostawić ich samych w pokoju pielęgniarek. Tak czy inaczej, obie opuściły pomieszczenie. Wydawało mi się to ciągle niezbyt bezpiecznie, żeby zacząć mówić, dopóki drzwi nie zatrzasnęły się za nimi. Ale nawet po tym nie odezwałem się od razu.

ROSE'S POV

Siedzieliśmy w ciszy. Wpatrywałam się w swoje kolana, tak jak Harry. Byłam spięta i nie wiedziałam, w jakim był teraz stanie, nie wiedziałam, czy znowu nie wybuchnie. Pamiętam, że sekundę przed tym jak odpłynęłam zauważyłam na jego twarzy szok, troskę i zdezorientowanie, jak mógł do tego dopuścić. Miałam tylko nadzieję, że to znaczyło, że był świadomy tego, co zrobił. Może był, może wrócił. Nie dałam sobie jednak po raz kolejny całkiem temu uwierzyć. Chciałam być pewna zanim zachłysnę się złudną nadzieją.

- Czuję się znacznie lepiej - powiedziałam cicho nie patrząc w jego stronę - Więc chyba powinnam już iść.

Wstałam z łóżka, ledwo zbierając w sobie siłę. Harry zrobił to samo.

- Nie. - powiedział - Czekaj, ja...
- Zobaczymy się jutro. - przerwałam mu. Byłam zmęczona i chciałam po prostu położyć się w swojej celi. Porozmawiałabym z nim później. Obchodziłam właśnie łóżko, próbując przedostać się do drzwi, ale w mgnieniu oka znalazł się przy mnie.

- Rose, poczekaj. - złapał delikatnie moje ramię i przyciągnął do siebie. Nie protestowałam, ale nie patrzyłam mu też w oczy. Moje plecy były przyciśnięte do zimnej ściany, a on znajdował się kilka centymetrów ode mnie, więc wpatrywałam się po prostu w jego szyję, ramiona i tors. - Proszę, spójrz na mnie.

Zdecydowałam się wreszcie popatrzeć w jego delikatne, zielone oczy. Zachwiałam się nieco dostrzegając, jak intensywnie się wpatrywał.

- Przepraszam. - powiedział - Kurwa, przepraszam. Przepraszam, za to, że mnie złapali, że mnie ukarali, że nie pamiętam. Za wszystko. Ten tydzień był chujowy i dla mnie i dla ciebie, a wszystko to moja wina. Ale już wróciłem, przysięgam na Boga. Wszystko sobie przypomniałem.

Jego oczy przewiercały dziurę w moich doszukując się odpowiedzi.

- Skąd mam mieć pewność? - spytałam. Chciałam się upewnić, że już po wszystkim i nie spanikuje jak ostatnio.
- Nie wiem. - westchnąłem - Ale kiedy zobaczyłem cię w tym stanie, jak się mnie przestraszyłaś... to mnie wybudziło z transu. Nie mam pojęcia, jak ci to udowodnić, ale musisz mi uwierzyć.

Widziałam to w jego jasnych oczach i słyszałam to w jego zdesperowanym głosie. To nie jest zachowanie typowe dla psychopaty po terapii elektrowstrząsowej, to było zachowanie typowe dla Harry'ego. Jego oczy nie były w żaden sposób przyćmione, a w jego głosie nie było ani trochę zawahania. Mówił prawdę, byłam tego pewna.

Ale najwyraźniej Harry nie zauważył tego w moim wyrazie twarzy, bo znowu zaczął mnie przekonywać.

- Musisz mi uwierzyć, Rose, bo myliłem się - powiedział - W sprawie Emily; że to ją kocham. Nie wiem, może to dlatego, że jestem samotny, może bo się boję, może naprawdę kogoś teraz potrzebuję, a może dlatego, że ty jako jedyna uznałaś, że jestem wart jakiejkolwiek kurwa uwagi. Ale to ty, Rose. To w tobie jestem zakochany.

Gapiłam się na niego z totalnym zaskoczeniem i trwogą, tylko tyle byłam w stanie zrobić. Zakochany. Harry, chłopiec, który został skrzywdzony przez ojca, nastolatek, który stracił pierwszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek pokochał, mężczyzna, którego wszyscy się bali, był zakochany we mnie. Gdy wpatrywałam się tak w jego oczy, z nieco zamazanym widokiem przez napływające łzy, wiedziałam, że czuję to samo.

- Kocham cię. - powiedziałam trzęsącym się głosem. Nigdy w życiu nie byłam czegoś tak pewna. Nie, że "ja też go kochałam". Nie byłam też zakochana, ta myśl nie przyszła wraz z tym, jak mi to powiedział. Tak po prostu było, niezależnie od tego, co on czuł, ja kochałam Harry'ego.

Zamknął oczy i z ulgą oparł czoło o moje. Ujął moją twarz w dłonie, a ja położyłam na nich swoje. Nasze usta powoli się spotkały, dzieląc się czułym, delikatnym pocałunkiem. A potem następnym. Moje ręce wplątały się w jego włosy, przyciągając go bliżej do siebie, gdy jego wargi stawały się coraz bardziej stanowcze i namiętne.

To uczucie zawładnęło mną i pochłonęło każdy centymetr mojego ciała z pewną szczerością. Od teraz on był mój, a ja byłam jego.

Kiedy Harry oderwał się ode mnie, uśmiechał się szeroko ze szczęścia, a ja nie mogłam ukryć własnego uśmiechu. Oplótł mnie ramionami i mocno mnie przytulił. Oparłam głowę o zgięcie  jego szyi, a jego głowa spoczęła na mojej. To było jeszcze lepsze niż pocałunek. Oboje pragnęliśmy siebie naprawdę poczuć, być jeszcze bliżej, choć nie było to raczej możliwe z Lori czekającą za drzwiami.

Harry wziął mnie więc na ręce jak pannę młodą.

- Harry, co ty wyrabiasz? - zachichotałam. Nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko i podszedł do łóżka kładąc mnie na pościeli.

Zanim zdążyłam o cokolwiek spytać wdrapał się obok. Ścisnęliśmy się na niewielkim materacu, leżąc na bokach, twarzami do siebie. Harry przycisnął wargi do moich i raz jeszcze pocałował mnie powoli, rozkoszując się cudowną chwilą.

- Oddałbym wszystko, żebym tylko mógł się z tobą teraz kochać - wyszeptał - Ale pewnie by nas przyłapali.

Uśmiechnął się delikatnie, nie tak zadziornie, bardziej poważnie niż kilka dni temu podczas pieczenia ciasteczek.

- Spokojnie, niedługo się stąd wydostaniemy. - powiedziałam patrząc w jego iskrzące się zielone oczy.
- Musimy. - przytaknął - Ale do tego czasu chyba tu utknęliśmy.
- Tak jakby. - nasze twarze znajdowały się zaledwie kilka centymetrów od siebie, więc oboje szeptaliśmy
- Ale tym razem będzie inaczej. - zapewnił mnie - Tym razem postaram się jak mogę, żebyśmy byli tu szczęśliwi. Wiem, że na raj to to nie wygląda, ale możemy stworzyć swój własny.

Skinęłam i uśmiechnęłam się na jego słowa.

- Zamknij oczy. - wyszeptał nagle, szczerząc się jak dzieciak. Jego powieki opadły i nie zadając żadnych pytań zrobiłam to samo. - Chcę, żebyś sobie coś wyobraziła, dla mnie, dobrze?

Przytaknęłam, chociaż wiedziałam, że tego nie widzi.

- Wyobraź sobie, że leżysz na delikatnym, ciepłym piasku. Nad tobą znajduje się piękne niebieskie niebo pełne białych pierzastych chmur.

Niemal słyszałam uśmiech w jego głosie, jak malował w naszej wyobraźni ten obrazek. Zachwyciło mnie to, że ktoś, kto tyle przeszedł może być tak optymistyczny i radosny.

- Słońce ogrzewa twoje policzki. Słyszysz szum mieniących się w promieniach fal - powiedział i zaśmiał się trochę - Jesteś na pięknej plaży, w piękny dzień. Jest idealnie. Ale to nie ma żadnego znaczenia. Liczy się to, że jestem tu z tobą, to że jesteśmy razem. Ty masz mnie, a ja mam ciebie i to jest prawdziwym rajem.

Otworzyłam oczy, a on zrobił to samo. Zdałam sobie sprawę, jak prawdziwe były jego słowa. Nie potrzebowaliśmy wyimaginowanego obrazka naszej przyszłości, żeby spróbować być szczęśliwymi. Musieliśmy po prostu starać się jak mogliśmy, żeby być szczęśliwymi teraz.

- Kocham cię. - powiedziałam. Czułam potrzebę, żeby to powtórzyć, żeby wiedzieć, że mi odpowie tym samym także tym razem.
- Kocham cię. - wyszeptał łagodnie. Zamiast w usta, pocałował mnie słodko w czoło. Jeden z najgorszych dni spędzonych tutaj zamienił się w najlepszy. Dałam ulecieć złu i zachowałam dobro, dając szansę temu dniu. Ale jak Harry z resztą powiedział, to nie miało teraz znaczenia. Znaczenie miało to, że Harry miał się dobrze, był zdrowy i był ze mną.

Lecz wtedy coś do mnie dotarło. Spojrzałam na Harry'ego z szeroko otwartymi oczami. O czymś zapomnieliśmy.

- Co? - spytał zaniepokojony

Rzuciłam wzrokiem na drzwi, a potem znowu popatrzyłam na niego.

- Nie powinniśmy pozwolić Lori tu wrócić?

Z tymi słowami oboje wybuchliśmy śmiechem. Taka szczęśliwa nie byłam już dawno.
__________________________________
hejjj! :) nie mam za wiele do powiedzenia w tej notce oprócz tego, że jaram się, bo już 27 jest zakończenie asdfghjkl, a 28 moje urodziny asdfghjkl. i jeszcze chciałam tylko podziękować @veryhappyyyy za pomoc w tłumaczeniu rozdziału, luv y'all. ~natalia :)x

A ja chciałam powiedzieć, że to jest właśnie ostatni rozdział z mojego top 3 hihi:3 I piszcie na asku, bo czasami zdarzy mi  się nie zauważyć jakiegoś komentarza, za to na asku odpowiadam na wszystko;) No i zakończenie roku yayayayayayayayay
PS Pożegnałyśmy się z Anitą i wracam ja~Magda