poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział 40

TWEETNIJCIE EMOJI Z TAGIEM #PsychoticPL, KTÓRE KOJARZĄ WAM SIĘ Z PSYCHOTIC/HARRYM/ROSE/TYM ROZDZIAŁEM CZY CZYMKOLWIEK INNYM :)

Angel with a shotgun - The cab

Śnieg zatrzymał  się w swoim biegu i spoczął na zewnętrznej stronie szyby. Pokrywał zimne ulice Londynu i wirował w powietrzu z potężnym świstem. Zamieć stawała się coraz większa, nie pozwalając dzieciom budować bałwanów i bić się na kulki; to nie był ten rodzaj śniegu.

Już dawno pogubiłem się w liczeniu, jaki mamy miesiąc. Moim jedynym wyznacznikiem było wychodzące na dwór okno w gabinecie Kelsey. Czy był już listopad? Może grudzień? Nie wiedziałam i tak naprawdę to nie miało znaczenia. Było po prostu zimno.

Wickendale podtrzymywało zaledwie tyle ciepła ile było potrzeba do ogrzania pacjentów. A to i tak czasem nie chroniło ścian i powietrza wewnątrz przed zimnem, przez bardzo mroźną zimę. Pacjenci żądali raczej, żeby podkręcić temperaturę niż ją zmniejszyć.

Ale teraz, w tym momencie, moje ciało zaczęło się pocić. Czułem gorące baty parzące moje ciało.  Zaczęło się od mojego serca i z każdym jego uderzeniem szło w kierunku moich palców i nóg. Ogień trzaskał w mojej piersi i palące gorąco jak widły samego diabła skręcało moje płuca, kradnąc z nich powietrze. Moje plecy bolały jak w płomieniach, tlące się gorąco napierało na mięśnie aż napięły się tak bardzo, że zaczęły boleć. Nie mogłem mówić. Nie mogłem oddychać. Nie mogłem myśleć.

I znałem to uczucie. Było rzadkie, ale je znałem. To było to samo uczucie, kiedy dowiedziałem się o śmierci Emily. Panika. Cóż, panika i gniew.

Nie byłem dobrym mężczyzną i zrobiłem rzeczy, z których nie byłem dumny. Ale jeśli była jedna dobra rzecz, którą w życiu zrobiłem, było nią kochanie Rose całym moim istnieniem.
Cholera, była wszystkim co miałem. Żadnej rodziny, żadnego dobytku, żadnych pieniędzy. Tylko ona. I teraz Wickendale zabierało ode mnie nawet to, razem z moim ostatnim okruchem zdrowego rozumu. Więc spanikowałem.

Nagle stałem, chociaż nie pamiętałem jak wstawałem. Moje oczy skanowały pomieszczenie w poszukiwaniu podpowiedzi, dotyczącej tego co się stało w ostatnich sekundach. Psychologiczne książki rozrzucone były dookoła. Pióra i ołówki pokrywały podłogę, a papiery były jednym wielkim bałaganem. Moje gardło bolało i ciężko oddychałem. Nie pamiętałem co się stało, ale powoli zacząłem  widzieć przebłyski moich rąk zakutych w kajdanki i gwałtownie zrzucających wszystko co znajdowało się na drewnianym biurku oraz krzyki wydobywające się z moich ust. Nie pamiętałem co dokładnie mówiłem, ale prawdopodobnie zawierało to słowo "kurwa" i wiele innych wulgaryzmów.

Drzwi nagle się otworzyły i pojawił się w nich Brian.
- Wszystko w porządku?

Nie mówił do mnie,  pomimo tego że jego oczy skierowane były prosto na moją osobę. Sięgnął po moje ramię, chcąc wywlec mnie z gabinetu nie uzyskawszy odpowiedzi.

- Nie! - powiedziała Kelsey zanim zdążyliśmy odejść za daleko. - Wszystko okej, to była moja wina. Nic mu nie jest. Mi też nic nie jest. Wyprowadzę go na zewnątrz, kiedy nasza sesja się skończy.
- Jesteś pewna? - spytał Brian.
- Tak - Kelsey westchnęła, wymuszając uśmiech.

Nie wyglądał na przekonanego. Ale po tym jak posłał w moim kierunku jeszcze jedno sceptyczne spojrzenie i przeskanował pokój wzrokiem, w końcu zamknął za sobą drzwi.

Popatrzyłem w dół na Kelsey, która usiłowała pozbierać swoje rzeczy i poczułam ukłucie winy. Mogłem jej nie lubić, ale to nie była jej wina. Przynajmniej pomagała nam w ucieczce.

- Ja... przepraszam - wymamrotałem. I naprawdę było mi przykro. Byłem po prostu tak wściekły na panią Hellman, Jamesa, Wickendale i mnie, ale to nie była wina Kelsey.
- W porządku - powiedziała cichym, współczującym głosem, którego nigdy wcześniej u niej nie słyszałem.
- Nie, wcale nie - powiedziałem, a następnie schyliłem się, by podnieść jedną z książek leżących na podłodze.

Rose.

- Harry, ręce ci się trzęsą - Kelsey zauważyła. I tak było. Cały się trząsłem i z trudem powstrzymywałem łzy, próbowałem nie zwymiotować, bałem się. Ale to zignorowałem, zignorowałem ją i kontynuowałem pomaganie w sprzątaniu bałaganu, który narobiłem.

Nie chciałem udzielić jej odpowiedzi i nie miałem takowej. Nie miałem ochoty z nią gadać. Ponieważ z każdym oddechem wyobrażałem sobie Rose na tym stole operacyjnym, z każdym takim obrazem jakaś część mnie zanikała, podczas gdy mój umysł nie przestawał odtwarzać strasznych wspomnień i każdej osoby, którą kochałem, a została mi odebrana. I każdy następny obraz zwiększał moje szanse na stracenie do reszty ostatków zdrowych zmysłów, które mi pozostały.

- Harry - powtórzyła Kelsey po kilku moich próbach cofnięcia moich poprzednich czynów i odłożenia przedmiotów na swoje miejsce - Naprawdę nie szkodzi. - Popatrzyła na mnie poważnie, a ja westchnąłem, siadając na  podłodze i opierając się o ścianę za mną. - Lori i ja was stąd wyciągniemy. Ciebie i Rose, oboje.
- Jesteś pewna? - spytałem, ponieważ w tym momencie desperacko potrzebowałem pocieszenia.
- Tak - Kelsey odpowiedziała. I może była to jakaś psychologiczna sztuczka, ale sprawiła, że uwierzyłem w jej słowa całym sercem. - Rose jest moją najlepszą przyjaciółką.  Też mi na niej zależy, Harry i dopilnuję, że wydostanie się stąd zanim cokolwiek jej się stanie.

Oparłem tył głowy o ścianę i wyciągnąłem papierosa z paczki schowanej w mojej przedniej kieszeni. "Pierdolić to" było myślą, która kołatała mi w głowie, kiedy wkładałem go między zęby i zapalałem. Kelsey raz mi powiedziała, że w jej gabinecie nie wolno palić, ale wyglądało na to, że to był wyjątek.

Pomijając dźwięki wydychania z moich czerniejących płuc, pokój był cichy. Chciałem, żeby ta sesja na coś się zdała i powiedzieć Kelsey, że nie mogłem stracić Rose. Oczywiście, że przetrwałem bez niej przed tym wszystkim i z pewnością w końcu byłbym w stanie przeżyć bez niej później. Ale nie chciałem. To byłoby bez sensu. Chciałem powiedzieć Kelsey, że wiedziałem, że być może przesadzałem. Chciałem powiedzieć, że wiedziałem, że będziemy ją w stanie stąd wyciągnąć i że nie było kurwa mowy, żebym dał im jej tknąć, i że nie musiałem się martwić. Chciałem zapytać dlaczego myśl o śmierci Rose sprawia, że tak się czuję. Ale jedyne słowa, którym udało się uciec z mych ust, stały się beznadziejnym, żałosnym szeptem.
- Ona jest wszystkim co mam.

Jeśli Kelsey mnie usłyszała, nie odpowiedziała. Zamiast tego zaczęła mówić o ucieczce, co uspokoiło nieco moje myśli.
- Cóż, mam mapę. Lori  może wam zorganizować wszystkie niezbędne rzeczy. Pod oddziałem C jest tunel. Mamy wyjście, wszystko na czym teraz musimy się skupić to jak to rozegramy. Ale Rose będzie w porządku.

Skinąłem, zaczynając w to wierzyć, a panika powoli znikała.
- Dzięki - westchnąłem, przejeżdżając ręką po włosach. - Mogłabyś...mogłabyś mi powiedzieć, jeśli się czegoś dowiesz? I proszę, nie mów Rose. Nie chcę, żeby się tym martwiła, kiedy nie musi.
- Okej - powiedziała Kelsey i zmusiła się do uśmiechu. Wziąłem mapę z jej rąk i wstałem, zaczynając iść w kierunku drzwi. - Harry - zawołała. Odwróciłem się, aby znaleźć ją wciąż siedzącą na dywanie. Jej oczy patrzyły na papier ściskany w mojej lewej dłoni - Upewnij się, że będzie dobrze schowana.




Moje serce zatrzymało się już drugi raz tego dnia, kiedy ją ujrzałem. Siedziała przy naszym zwyczajowym stoliku w kafeterii.  Podpierała głowę na ręce, pochłaniając książkę, która leżała przed nią. Jej ciemne włosy opadały jej na ramiona w miękkich falach, a jej czerwone usta pięknie kontrastowały z jej bladą cerą. Jej oczy zdawały się błyszczeć z niewinną ciekawością jak przesuwały się po zapisanych stronach.

I wtedy zdecydowałem jak umrze. I nie była to śmierć na jakimś stole operacyjnym w tej gównianej instytucji, ale kiedy będzie już stara i pomarszczona z tuzinem śmiejących się wnuków. Będzie opowiadać im historie o swoim życiu i nie będą to historie o tym miejscu, ale wesołe historie. Będzie robiła wielkie i niesamowite rzeczy, którymi będziemy mogli się później z nimi dzielić, a potem pójdzie do łóżka i umrze we śnie, spokojna i zadowolona. I może, tylko może, ja będę leżał obok niej.

Ale  nie umrze tutaj mając dwadzieścia lat. Nie było kurwa mowy. Byłem tego pewien, a ta nowa pewność zmniejszyła nieco napięcie, które pojawiło się z wiadomością Kelsey. Ale mimo wszystko wciąż uważałem Rose za kruchą. Więc kiedy koło niej usiadłem i wsunąłem kosmyk jej włosów za ucho, zrobiłem to delikatnie, aby jej nie przestraszyć.

Jej oczy przeniosły się z książki na moją twarz i uśmiech wykwitł na jej twarzy.
- Cześć - powiedziała. Zamiast odpowiedzieć przycisnąłem swoje usta do jej. Były tak cholernie miękkie i nie chciałem przestać ich całować jak najdłużej mogłem, bez ściągania na nas niechcianej uwagi. Kiedy się odsunąłem jej oczy szeroko się otwarły, a uśmiech był jeszcze większy.

- Zgadnij co mam - powiedziałem.
- Co?

Nie mogłem nic poradzić na to, że czułem się jak dziecko, które ma coś wyjątkowego i może się tym pochwalić Wysunąłem rzecz tylko na tyle, aby Rose zobaczyła róg papieru.

- Co to jest? - zapytała.

Przysunąłem się bliżej, aby moje usta znalazły się przy jej uchu.

- Mapa - wyszeptałem.
- Naprawdę? - spytała, a ja skinąłem.
- Jesteśmy tak cholernie blisko, Rose. Znam drogę do wyjścia. Musimy tylko w jakiś sposób minąć całą ochronę.

Pomimo, że Rose i ja byliśmy bardzo blisko siebie, a nasze głosy, byłe jedynie szeptami, nasza konwersacja musiała wyglądać zachęcająco. Bo Mikayla, która już zaczynała działać mi na nerwy, usiadła przy naszym stoliku.
- Hej - powiedziała.
- Cześć - odpowiedziała Rose. Ja się nie odezwałem.
- Więc, um...znacie może tego pacjenta, Normana?
- Co z nim? - zastanawiała się Rose.
- Jest kurwa straszny - powiedziała Mikayla - Tak po prostu podszedł do mnie i zaczął rozmawiać na jednej z tych terapii grupowych.
- Co mówił? - spytała Rose.
- On próbował chyba do mnie uderzyć (come on to me looooool tak to się mówi po polsku??:P). Ciągle mówił, że jestem ładna i mnie dotykał.
- Taa, on jest kurwa obrzydliwy. Trzymaj się od niego z daleka. - ostrzegłem.
- Nie martw się, taki mam zamiar - oznajmiła, potrząsając głową, zapewne przez okropne wspomnienie o nim. - Ale, uh...on powiedział coś o tobie.

Moje oczy natychmiast powędrowały na twarz Mikayli. Ale biorąc pod uwagę, gdzie patrzyła, oczywistym było, że nie mówiła o mnie.

- O mnie? - Rose  spytała w tym samym momencie,  kiedy ja powiedziałem: - Co do cholery powiedział?
- Cóż, chyba że jest jakaś inna Rose, w tym budynku, definitywnie mówił o tobie. Wszystko co powiedział, to "Powiedz Rosie, że nie zapomniałem o dokończeniu, tego co zacząłem" cokolwiek miało to znaczyć,

Co kurwa...

- Myślałem, że Norman nie rozmawiał z tobą po przebudzeniu się ze śpiączki - powiedziałem. Przysięgam, że jeśli mówił do niej, zbliżył się do niej,  albo nawet popatrzył na nią, zabiję go. Nie byłem w nastroju i jeśli byłby tu teraz, to bym go kurwa zabił.

Oczy Rose nie spojrzały w moje od razu. Zachwiała się trochę i dostrzegłem pewne poczucie winy Więc Norman z nią rozmawiał.

Zgaduję, że nie byłem jedynym, który miał sekrety.


ANONYMOUS' POV

Rose nie wiedziała, co Harry zrobił. Pani Hellman nie wiedziała, chociaż była bardzo blisko odkrycia prawdy. Nawet Kelsey nie wiedziała. Jedynymi ludźmi którzy wiedzieli byłam/em ja, Alice i sam Harry. Nikt nie wierzył Alice, Harry nie chciał, żeby ktokolwiek się dowiedział, a ja siedziałam/em cicho. Ale teraz obudziły się we mnie skrupuły i zamierzałam/em dotrzymać danych sobie obietnic walki.

Nie chodziło tylko o to co zrobił, a czego nie, ale o to kim był. Był chłopcem, który wykonał ten idealny plan tak wiele lat temu; chłopcem z genialnym umysłem. A teraz był zakochany. A Rose była zakochana w nim. To było coś pięknego i miało rozkwitnąć jeszcze bardziej i stać się czymś nawet piękniejszym, jeśli udałoby im się uciec. Nie chciałam/em stać na ich drodze do nowych szans i możliwości.

Powiedzenie Rose mogłoby stanąć im na drodze. Mogłabym/mógłbym zniszczyć część jej niezaprzeczalnego uczucia. Więc najłatwiejszą rzeczą było zagrzebanie tej myśli i zostawienie ich w spokoju.

Ale jeśli miałam/em dotrzymać obietnicy i nic z tym nie zrobić, postąpiłabym/postąpiłbym źle. Pozwoliłabym/pozwoliłbym jej na ucieczkę z nim, podczas gdy nie wiedziała w pełni kim tak naprawdę był. I może na początku wszystko byłoby w porządku, ale w końcu stałby się znowu tym, kim zawsze był. Nie byłby tym Harrym od romantycznych pocałunków, żartobliwych przekomarzań i optymistycznych uwag. Zmieniłby się w całkiem inną wersję swojej osoby. I musiałam/em ostrzec przed tym Rose.

                                                                                                 
I'M BACK BICZYS! Napiszę to samo co napisałam na asku (shoutout dla naszego aska, zapraszam zapraszam), czyli: Przepraszam, że się nie udzielałam ostatnio wgl, ale wcześniej byłam na niespodziewanym wyjeździe z rodzicami, gdzie totalnie nie miałam internetu, a później od razu pojechałam do mojej przyjaciółki we Francji, z którą się nie widziałam od listopada i nie wiem kiedy zobaczę się znowu (teraz jest u mnie, ale w przyszły wtorek wraca do domu:(((), więc to chyba normalne, że chcę z nią spędzić jak najwięcej czasu, prawda?
Next: Advnifdvhjisalfudhva jak myślicie co Harry zrobił i kim był ten anonim?? Piszcie w komentarzach, bo jestem niezmiernie ciekawa waszych teorii!! ~Magda

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział 39


To było Wickendale, szpital dla psychicznie chorych przestępców. A ona bez dwóch zdań była psychiczna. Ta zaniedbana, mizerna kobieta była po prostu wariatką. Nie odróżniała dobra od zła. Miała namieszane w głowie. Ten kostium i miejsce, w którym przebywała było dowodem na to, że nie można było jej ufać. Ciężko było uwierzyć w to, co wygadywała. Znałam Harryego i powinno mi to dać pewność, że nie mówiła prawdy. Cokolwiek strasznego zrobił podobno Harry pewnie zrodziło się w jej zagmatwanej głowie.

Ale skoro tak to czemu, gdy wskazała na niego tym kościstym paluszkiem, to coś ścisnęło mnie w żołądku? Czemu moja klatka piersiowa zaczęła się gwałtownie unosić i opadać i czemu moje tętno przyśpieszyło?

Znałam Harry'ego i kochałam Harry'ego. Ufałam mu. I chciałam machnąć ręką na łganie tej dziewczyny. Chciałam zwyczajnie jej przytaknąć i sobie pójść. Nie chciałam jej wierzyć, ale pewna ciekawość rodząca się w mojej głowie nie pozwalała mi na to.

-Co on takiego zrobił? - spytałam. Ściszyłam głos, żeby nikt nie podsłuchał.

Tłuste, rozczochrane włosy kobiety opadły na jej twarz, gdy pokręciła głową.

-Coś strasznego. Nie mogę powiedzieć. Po prostu trzymaj się od niego z daleka.
-Nie będę się od niego trzymać z daleka, jak mi nie powiesz. - nie dam jej spokoju, nie pójdę sobie od tak. Męczył mnie ciągły brak wiedzy na temat tajemnic skrywanych w Wickendale, nie miałam czasu na siedzenie bezczynnie w oczekiwaniu, aż odpowiedzi same się znajdą.

Wciągnęła głęboko powietrze do płuc. Zauważyłam coś w jej niebieskich oczach. Otworzyła usta, jakby właśnie miała coś powiedzieć, a moje serce mocno biło czekając na jej słowa. Ale jej myśli i mowa były w pewien sposób zablokowane, jedynie ruszała oczami . Otworzyła je szeroko ze strachu przed czymś, co znajdowało się teraz za mną. Podążyłam za jej wzorkiem i podskoczyłam na widok Harry'ego tuż obok mnie. A kobieta ulotniła się natychmiast.

Popatrzyłam jego twarz, z ciągle wyrywającym się z piersi sercem, dudniącym głośno z obawy. Tuż przed tym jak pacjentka uciekła, a jego oczy przeniosły się na mnie zauważyłam coś innego. Wpatrywał się w nią. Jego wzrok spoczywał na jej twarzy i w ciągu jednej sekundy dostrzegłam urywek tego... ostrzeżenia. Pewnej groźby. Jakby uprzedzał ją, żeby się usunęła, a już chwilę później znowu był starym Harrym. Miał wtedy na sobie tą maskę, jaką pamiętam z czasów, gdy byłam jeszcze pielęgniarką, a on pacjentem, w kawiarni, kilka miesięcy temu. Był tym groźnym kryminalistą winnym przerażających zbrodni, który pod stołem dotykał dłonią mojego uda. Bałam się go, jego wzroku kryjącego pewną nieobliczalność.

Ale potem jego oczy znowu pojaśniały, gdy przeniósł spojrzenie na mnie. Wrócił do siebie w mgnieniu oka.

-Hej - przywitał się - Kto to był? - I znowu usłyszałam coś w jego głosie. Było ledwo słyszalne, ale znałam go już na tyle dobrze, że mogłam to wychwycić. Był nieswój, choć próbował to ukryć.
-Może ty mi powiesz. - odparłam. Nie chciałam brzmieć ostro, ale sama myśl, że mógł zrobić coś potwornego, tak ja powiedziała ta kobieta, wywołała u mnie pewien instynkt samoobronny. Bez względu na to, czy mówiła prawdę, czy nie.
-Jak to? - spytał, nieco zaskoczony, ale nie aż tak, jak być powinien.
-Bała się ciebie. Nawet bardzo.
-Myśli, że obdarłem ze skóry trzy dziewczyny, jasne, że się boi. - wzruszył ramionami.
-Nie chodzi o to. - odpowiedziałam kręcąc głową. - Zabrzmiało to tak, jakby chodziło o coś, co zrobiłeś podczas swojego pierwszego pobytu tutaj. Jak byłeś dzieckiem.

W jego oczach rozblasła jakaś obawa, ale szybko wyparowała.

-Nie wiem, o co mogło jej chodzić. Znaczy, dobrym dzieckiem to ja nie byłem, ale nie dałem nikomu powodu do strachu.

Długo nie odpowiadałam.

-O czym myślisz? - zapytał mnie Harry
-O niczym. - powiedziałam, potrząsając głową, żeby pozbyć się dręczących wątpliwości. Nagle poczułam się głupio. - Przepraszam, wiem, że nic nie zrobiłeś. Ona po prostu... to było dziwne, nie wiem.
-Rose, nic się nie stało. - zapewnił mnie - Dziwne to by było, gdybyś nie spytała. Ale ta kobieta zwyczajnie zwariowała, kto wie, o co jej chodziło.
-No właśnie. - zgodziłam się, kiwając głową. Ale ciągle nie mogłam puścić płazem tego spojrzenia kilka chwil temu.
-Chodź. - powiedział i rozciągnął usta w uśmiech, żeby rozładować atmosferę. Położył dłonie na moich ramionach i ścisnął je, próbując trochę zmniejszyć spoczywające na nich napięcie. Poprowadził mnie w stronę dwóch sztalug, na których pracowaliśmy, a moje zmartwienia zaczynały powoli ulatniać się pod jego dotykiem.

-Musisz mi pomóc. - odezwał się Harry patrząc na swój obraz. Przejechałam wzrokiem po płótnie. Na dole tańczył ciemny niebieski i przechodził w jaśniejszy na górze. No i oczywiście znalazło się też miejsce dla czarnych smug, jakie zrobiłam przez mazanie po jego pracy.
-Co to? - spytałam. Rozdziawił buzię przerażony moim pytaniem.
-To zachód słońca nad oceanem. Patrz, tam na górze jest niebo, a na dole woda.
-Zdecydowanie przyda ci się moja pomoc.- zgodziłam się, zdobywając się w końcu na uśmiech. Ten obrazek był okropny.

Fuknął urażony.

-Jaka krytyczna. - powiedział, kręcąc powoli głową, a ja znowu się zaśmiałam. I znowu nic nie robiliśmy, Harry znowu się ze mną przekomarzał i śmiał jak wcześniej. Pod wpływem tych czarujących zmarszczek wokół jego oczu i dołeczków w policzkach znowu pogrążyłam się w mojej rozpaczliwej miłości do niego. Choć tyle chichotaliśmy i droczyliśmy się w tamtym momencie, gdzieś z tyłu głowy nadal kuły mnie słowa bezimiennej pacjentki.

Lekcja malowania skończyła się, a podczas powrotu do mojej celi nie brakowało mi wrażeń. Najpierw zadręczałam się myślami o tej rozczochranej kobiecie. Wiedziałam, że zbyt głęboko to analizowałam, co mi się zdarzało często, i że powinnam ufać Harry'emu. Ale mój umysł nie chciał zboczyć z tej drogi, choćbym nie wiem, jak się starała. Utknął na etapie wysnuwania możliwych i niemożliwych teorii. W natłoku myśli doszłam do mnóstwa wniosków. Po pierwsze, że Harry kłamał. Może ktoś, kto nie był mną, kto nie znał go tak dobrze mógłby przeoczyć te znaki. Ale zapamiętałam sobie to szybkie spojrzenie, jakie Harry posłał tej dziewczynie, i jak zawahał się delikatnie, gdy go o to zapytałam, i niezaprzeczalne i zupełnie szczere przerażenie, jakie okazywała ta kobieta. Po drugie, na Harry'ego składało się wiele czynników. Na początku był tym niebezpiecznym i groźnym. I to że ja go kochałam, a on mnie, nie załatwiało sprawy.  Jasne, że nie miał najlepszej przeszłości, i że zrobił parę złych rzeczy. Może jedna z nich miała miejsce właśnie tu, gdy był małym chłopcem. Może to napędzało strach pacjentów. Ale uratował mnie przed Normanem, przed Jamesem, przed panią Hellman i przede mną samą więcej razy, niż mogłabym to zliczyć. Byłam świadkiem jego szarmanckich, altruistycznych gestów. Więc nie ważne, co by zrobił, a czego by nie zrobił, i tak go kochałam. Musiałam tylko dać przeszłości pozostać przeszłością i uwierzyć Harry'emu. A byłam przekonana, że i tak dowiem się, co zrobił tej kobiecie, i nawet gdy już będę wiedziała, będę go kochała zupełnie tak samo.

Po tym, jak doszłam do tych wniosków stało się coś innego. Thomas, jeden z pracowników, który jeszcze nie widział mnie w kostiumie pacjenta znajdował się na drugim końcu korytarza. Miał zaraz minąć mnie i mojego strażnika, którego imienia nadal nie znałam. Szedł z oczami spuszczonymi ku podłodze. Nie miał pojęcia, co o nim wiedziałam.

Ale nagle, kilka metrów przede mną uniósł wzrok. Rozmawiałam z nim zaledwie raz i chodziło o to samo - traktowanie pacjentów jak króliki doświadczalne, a następnie sprawienie jakby nigdy nie istnieli. Na początku wydawał się zaskoczony, gdy zobaczył mnie jako pacjentkę, a nie jako wkurzającą, nieznośną pielęgniarkę. Ściągnął brwi i wyglądał na zdezorientowanego. Może on, tak ja Lori, Kelsey i paru innych, czuł, że to było złe. Może wiedział też, że tu nie pasowałam. To było oczywiste, że nie byłam obłąkana i ludzie zaczynali zauważać.

Również ja się w niego wpatrywałam, szukając w jego obliczu odpowiedzi. Odezwałam się tylko słowem, gdy przechodził i od razu wiedział, do czego nawiązuję.

-Jane?

Jeżeli ktoś miał znać jej los, to był właśnie Thomas.

Nie spojrzał mi w oczy. Ale delikatne, poważne skinienie głową było jedynym potwierdzeniem, jakie od niego dostałam i jakiego potrzebowałam.

HARRY'S POV

Wyszedłem stamtąd zadowolony, szczęśliwy, czując zapach farby i z uśmiechem Rose w moich myślach. I wyszedłem czując się niesamowicie niespokojny. Choć Rose uśmiechała się i śmiała razem ze mną po rozmowie z Alice, ciągle wyczuwałem jej wahanie. Starała się to ukryć, ale nadal wiedziałem, że gdzieś się tam czai. Alice coś jej wtedy powiedziała, coś co ją zaniepokoiło, i domyślałem się nawet co. Mogłem tylko mieć nadzieję, że żadna z nich do tego nie wróci.

I trzymałem się tej nadziei, kiedy pocałowałem Rose na pożegnanie i wyszedłem. Musiałem zapalić, ale zamiast do mojej celi, zostałem zaprowadzony do Kelsey na kolejną bezowocną sesję. Przypominała mi już, że w tym pokoju "palenie jest zabronione", chociaż przecież w każdym innym, na terenie całego posranego budynku nie było. Nie prowadziło to do niczego dobrego biorąc pod uwagę, że paliłem, gdy się stresowałem, a to, co miało miejsce kilka minut temu było zdecydowanie stresujące.

Ale w pewnym momencie przypomniałem sobie, że powinienem się cieszyć na spotkanie z Kelsey. Chociażby bez papierosa. Bo za każdym razem Rose albo ja widzimy się z nią, zbliżamy się do ucieczki. Wszedłem więc do pomieszczenia, oczywiście po tym, jak Brian założył mi kajdanki, z nieco lepszym nastawieniem na nadchodzące 45 minut. Nadal było łatwo wyprowadzić mnie z równowagi, tak czy inaczej. Kelsey mnie po prostu dręczyła, z wielu powodów.

Brian zamknął drzwi i zostawił nas, żebyśmy pogadali sobie o uczuciach, złych myślach czy cokolwiek ona tam robi, żeby określić stany psychiczne pacjentów. Ale my będziemy rozmawiać na nieco mniej codzienne tematy.

-Masz mapę? - spytałem podchodząc do krzesła stojącego przed jej biurkiem. Nie było potrzeby, by się witać.
-Tak, właściwie to mam. - powiedziała. Duży kawałek papieru był rozłożony na biurku między nami. Zlustrowałem go, przeglądając podpisane pomieszczenia i sekcje budynku. Byłem pod wrażeniem.
-Dzięki. - wysiliłem się, biorąc mapę do rąk. Ciągle nie byłem jej największym fanem, ale miło z jej strony, że to dla nas robi.
-Musiałam przekopać mnóstwo dokumentów, żeby to znaleźć, naprawdę wiele, i prawie mnie złapano, wię...
-Chyba już powiedziałem dzięki, tak? - wymamrotałem pochłonięty kartką papieru.

Nie mówiła nic przez chwilę. Ale tylko przez chwilę.

-No skoro masz taki dla mnie być to chyba nie powinnam ci mówić.
-O czym? - zapytałam, odrywając się na moment

Westchnęła głośno, pewnie przez to, jaki byłem dla niej nieznośny, ale i tak mi powiedziała.

-Kiedy zbudowano to miejsce, II Wojna Światowa dopiero co dobiegała końca i było mnóstwo międzynarodowych konfliktów. I choć należało to do rzadkości, na wszelki wypadek znajduje się tu parę krótkich  podziemnych korytarzy, by móc w razie potrzeby przez nie uciec. Jest tu wiele strażników, oficerów i ważnych ludzi w tym budynku, dlatego gdyby Londyn miał być kiedyś zbombardowany z jakiegoś powodu, muszą być jakieś drogi ucieczki.

Przytakiwałem jej, po raz pierwszy tak zainteresowany tym, co mówi.

-Podziemne korytarze? Gdzie one są? - spytałem
-I tu jest haczyk. Jedyne przejście prowadzi przez Oddział C. Musielibyście przez niego przejść, żeby uciec.
-No cóż, będziemy musieli sobie z tym poradzić. Wolę zaryzykować niż gnić w celi. - westchnąłem, przejeżdżając dłonią po włosach.
-Domyślam się. - powiedziała Kelsey. - Zaznaczyłam tutaj przejście. - Pochyliła się nieco nad biurkiem i wskazała palcem. - Jest na tyłach magazynku. Pewnie próbowali go zakryć, więc musicie uważać, żeby nie przeoczyć. Jest tam pewnie jakaś zasuwka czy coś, więc będziecie musieli je otworzyć.
-Czyli jak będziemy szli według tego to znajdziemy się na zewnątrz?
-Tak mi się wydaje. Tam jest taki mały znaczek po lewej, myślę że to wyjście.

Skinąłem, a liczne plany zaczęły pojawiać się już w mojej głowie, gdy na nią spojrzałem. Wtedy zauważyłem, że odkąd tu wszedłem nie patrzyła mi w oczy. Nawet teraz, odsuwając się od biurka, zerkała na sufit, podłogę, wszędzie tylko nie na mnie.

-No to teraz Rose i ja musimy jedynie wydostać się z cel, znaleźć się nawzajem, minąć wariatów z Oddziału C, przejść przez tunel, zbiec setkom pracowników i uciec bez bycia złapanym. - powiedziałem, raczej sam do siebie. Brzmi świetnie.
-No. - zgodziła się Kelsey. Lecz jej głos załamał się trochę. Musiałem ją zapytać.
-Coś z tobą nie gra. - wytknąłem jej
-Co?
-Czegoś mi nie mówisz.
-Nieprawda. - zaprzeczyła słabo.
-Prawda. - sprzeczałem się.
-Nie, przysięgam...
-Kurde, powiedz po prostu. - zażądałem. Jeśli to coś dotyczącego ucieczki, musiałem wiedzieć.
-Okej. - powiedziała - Ale zanim to powiem zapamiętaj sobie, że możecie spokojnie zdążyć uciec zanim to się stanie. Upewnię się, że zdążycie uciec. - brzmiała wręcz nieco histerycznie, jakby wiedziała, że prawda sprawi, że wybuchnę i próbowała stłumić eksplozję.

I to mnie zaczynało martwić.

-To znaczy?
-Dzielą nas jeszcze miesiące. Dwanaście, dwadzieścia cztery, może trzydzieści tygodni zanim to się stanie. Już dawno was tu nie będzie.
-No mów. - zażądałem ostro. Miałem już dość tej jej gierki.
-Gdy szukałam mapy znalazłam folder... folder z wszystkimi pacjentami zaplanowanymi do odesłania na operację. Są poddawani testom na Bóg wie co, a pani Hellman ma to wszystko dokładnie zaplanowane.

Przytaknąłem, skłaniając ją do kontynuowania.

-I Rose... cóż, Rose jest kolejna na liście.

Zastygłem. Wszystko we mnie zastygło. Moje płuca przestały się rozszerzać i kurczyć, jak powinny. Nie wciągałem powietrza, a moje serce zwolniło. W pokoju zapanowała cisza. Jedynie mój umysł działał poprawnie. Motałem się między strachem, powątpiewaniem i obawami, jakich jeszcze nie czułem.

Jeśli nie uciekniemy szybko, moja piękna Rose dołączy do Cynthii, Jane i zostanie zapomniana. Skazana na śmierć przez oddziałową.

Gdy zdałem sobie z tego sprawę cały świat się pode mną zawalił.
_________________________________________
wróciłam w sobotę, więc następnego dnia zabrałam się za tłumaczenie i tak oto rozdział jest na czas, i to nawet z rana :) co myślicie o rozdziale?x poza tym ledwo wiem, co to tumblr, ale jeśli chcecie zajrzyjcie na mojego the-enchanted-photography.tumblr.com, macie może jakieś wskazówki dla mnie odnośnie tego t piszcie mi, bo I feel lost there! korzystajcie z wakacji, póki jeszcze trwają! lots of love ~natalia :)x

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Rozdział 38






PRZECZYTAJ NOTKE - WAZNE!!!!!!



HARRY'S POV


Nie wiedziałem za bardzo, kim była dla mnie Jane. Przyjaciółką? Sprzymierzeńcem? Po prostu pacjentką jak każda inna? Nie, na pewno nie to trzecie. Tutejsi pacjenci byli dla mnie nikim, a ona była co najmniej czymś więcej. Była kimś. Była dziwną, cichą kobietą z wieloma problemami. Była interesująca, była miła. Miała syna.


Ale to, że istniał było jedyną informacją, jaką o nim posiadaliśmy. Może był mały, może starszy. Może zależało mu na matce, a może nie. Teraz jednak nie miał już matki. Nie mógł już odliczać dni do jej powrotu, nie mógł zdecydować się na odwiedziny, nie mógł skontaktować się z kobietą, której już tu nie było. Nie wiem czemu, ale czułem się za to winny.


-To moja wina. - słowa wydawały się tak ciche, nie spodziewałem się, że Rose dosłyszy. Położyła dłoń na mojej w pocieszeniu.
-Nie prawda, nie zrob...
-Tak, to prawda. - przerwałem. - Kiedy poszedłem do pani Hellman, żeby zmienić twojego ochroniarza zapytała czemu. - Rose wzorkiem próbowała zmusić mnie do mówienia - Więc powiedziałem jej o Jane. - Spuściłem wzrok. Nie chciałem patrzeć nikomu w oczy.
-Co? - spytała Mikayla.
-Tak, powiedziałem jej, że Kevin nie powinien być strażnikiem Rose, bo zgwałcił Jane. I nie wiem dlaczego, ale to skłoniło panią Hellman do skierowania ją na operację.
-To bez sensu. - wywnioskowała Rose - Po co miałaby to robić?
- Kto wie. - wzruszyłem ramionami - To pani Hellman. Mogła to zrobić po prostu na złość. A może nie chciała, żeby Jane zaczęła mówić, żadnego dowodu na to, że jej ochroniarze to gwałciciele. Wniosek z tego jeden. Gdybym nic nie wygadał, Jane byłaby tu teraz z nami.
-Nie wiedziałeś, że pani Hellman tak się zachowa. Chciałeś mnie jedynie chronić, Harry. Postąpiłeś słusznie. - słowa Rose złagodziły nieco mój strach. Skinąłem, ale cholera nie do końca w to wierzyłem. - Poza tym - mówiła dalej Rose - Nie wiemy, czy ona na pewno nie żyje. - powiedziała, choć nie brzmiała przekonująco.
-Czekajcie, nie żyje?! - Mikayla krzyknęła nieco za głośno. Przez chwilę zapomniałam, że ciągle tu była. Ale nikt nie zwrócił na nią uwagi.
-Nie ma jej już drugi dzień, gdzie mogłaby się podziewać? - spytałem.
-Może ciągle jest w swojej celi - odezwała się Rose - Może żyje.


Wziąłem głęboki oddech.


-Nie, Rose, nie wydaje mi się.


Szczerze ufała w dobre intencje ludzi, ale czasem mogła się zawieść. Ona po prostu była nieświadoma, a ja podchodziłem do wszystkiego sceptycznie i wierzyłem, że pod ludzką skórą może kryć się zło. Bez problemu zmietli Cynthię Porter z tego świata i byłem pewny, że nie sprawiłoby im kłopotu zrobienie tego samego z Jane.


-Myślisz, że to dlatego, że wiedzą o naszych planach ucieczki? - wyszeptała Rose. Jej duże oczy były przestraszone i szukały w moich ukojenia. Tak bardzo chciałem jej to ukojenie dać, chciałem dać jej to, czego potrzebowała. Mógłbym ją obronić, gdyby nie te cholerne kraty, które oddzielały nas co noc od siebie.
-Nie wydaje mi się.


To było jedyne, co mogłem dla niej teraz zrobić, po prostu jej to powiedzieć.


-Pewnie nie chcą, żeby ci najzdrowsi na umyśle ludzie tworzyli paczkę. Nie wydaje mi się, żeby wiedzieli, do czego się szykujemy.


Przytaknęła i odetchnęła z ulgą. Ale jej ramiona opadły szybko i zaczęła kręcić się, jakby coś ją dręczyło.


-Co? - spytałem.
-Nic. - odpowiedziała, ciągle roztargniona.
-Rose, powiedz mi. - zażądałem.
-Po prostu... - zaczęła - Chodzi o Jane, nie o nas. Nie powinnam tego mówić.
-Ale powiesz. - naciskałem. Te wielkie oczy znowu na mnie spojrzały. Wiedziały, że nie odpuszczę.
-Bo... no, czemu pani Hellman nie miałaby zrobić z nami tego samego, co z Jane? To my wywołujemy problemy. Czemu nie posłać nas na operację?


Myśli o zostaniu wymazanym z aktów Wickendale nawiedzały mnie odkąd zniknęła Cynthia. Zadawałem sobie to samo pytanie zbyt wiele razy.


-Tym się nie martw. - zapewniłem ją. - Pani Hellman nie mogłaby nas po prostu powybijać. A przynajmniej, nie od tak. Zbyt wielu nas zna. Każdy wie, kim jestem. Jestem okrutnym Harrym Styles'em, który specjalizuje się w obdzieraniu kobiet ze skóry. A ty? Każdy w tej instytucji wie, kim jesteś. Wszyscy pracownicy i wszyscy pacjenci. Gdybyśmy więc pewnego dnia magicznie zniknęli, jak Cynthia i Jane, zbyt wielu by nabrało podejrzeń.


Rose przytaknęła i znowu się odprężyła, pocieszona tym, co jej wyjaśniłem. Mikayla jednak wcale nie wyglądała na pocieszoną.


-Wybaczycie, że wam przerwę, panie Sherlocku Holmesie i Johnie Watsonie, ale o czym wy do cholery mówicie? - spytała nas oboje. - Czy to oznacza, że ta cała szefowa zabiła Jane? I was też chce zabić?


Spojrzałem na Rose wyczekująco. Ale ona szturchnęła mnie ramieniem, co oczywiście znaczyło, że całe wyjaśnianie pozostaje moją działką. Powiedziałem jej więc o naszej teorii z eksperymentami na mózgach i operacjach, nielegalnych, niebezpiecznych, o tym, jak nasze życie zależało od innych tu, w Wickendale. To nie był tak do końca sekret, ale szeptałem, żeby nikt nie podsłuchał.


Nie powiedziałem jej o synu pani Hellman czy o naszych powiązaniach z tą powaloną rodzinką. Wyjaśniłem jej wszystko, nie włączając tego, co powinno pozostać skryte. Wyjawiając zbyt wiele mógłbym narazić nas na niebezpieczeństwo.


-O w dupę. - wydusiła z siebie, gdy skończyłem - To nienormalne, nie mogą tego robić!
-Owszem, mogą. - nie zgodziłem się - No bo co im możemy zrobić?
-Nie wiem, ale coś musimy. Iść na policję. Może do strażników?
-Są niemal tak źli jak sama pani Hellman. Nie pomogłoby to nam.


Mikayla westchnęła i oparła się na krześle. Widziałem po jej twarzy, że dużo o tym myśli. Wiedziałem, że w końcu dojdzie do tego samego wniosku - nie mogliśmy zrobić absolutnie nic. Siedzieliśmy tak więc podbici, żałośni i smętni myśląc o Jane. Ale nie płakaliśmy. Nie modliliśmy się za nią ani nic z tych rzeczy, które robi się zwykle na pogrzebach, by się pożegnać. Bo żadne z nas nie znało jej na tyle dobrze, żeby mieć do tego prawo. Ale żadne z nas nie mogło też zachowywać się, jakby nic się nie stało. Bo znaliśmy Jane, nawet choć trwało to tak krótko. Nie wypadało mi rzucić jakimś sarkastycznym dowcipem, żeby rozładować atmosferę albo zmienić temat, ale nie mogliśmy też wspominać sobie nieistniejących chwil, które spędziliśmy razem. Mogliśmy po prostu siedzieć.


Podnosiłem się na duchu nadzieją, że może ciągle żyć, ale po dwóch dniach jej nieobecności, po tym jak widziano ją, gdy wchodziła do sali operacyjnej nie pozostawało wiele do życzenia. A zresztą, jedyną nadzieją, na jaką musiałem stawiać była ucieczka moja i Rose. Spojrzałem na jej niewielką dłoń ciągle spoczywającą na mojej i próbowałem się na tym skupić. Może Jane odeszła, może Cynthia zniknęła, może jeszcze kilku zostanie tu straconych. Ale ja i Rose byliśmy inni. Damy radę. Musimy.


Choć były to myśli pozytywne, nastrój, jaki panował przez tą godzinę był daleki od tego. Ulżyło mi więc, gdy lunch się skończył razem z niezręczną ciszą.


Mikayla wyszła bez słowa, a ja pożegnałem się z Rose pocałunkiem. Miałem tylko nadzieję, że jutrzejszy lunch obędzie się bez niczyjej śmierci i żałoby.


ROSE'S POV


To był fakt, który musiałam przyznać z wielkim bólem, ale Harry przyzwyczaił się do tracenia ludzi. Łamało mi to serce, ale taka była prawda. Każdy, kto powinien tu być, żeby go kochać odszedł. Dlatego śmierć Jane, choć wziął na siebie ciężar winy i odpowiedzialności za to, nie była dla niego tak przygnębiająca, jak to śmierć być powinna.


Ale ja nie byłam do tego przyzwyczajona. Miałam na tyle szczęścia, że nie byłam świadkiem wielu zgonów przez całe moje życie. Więc Jane, choć nie za bardzo ją znałam, zasiała we mnie złość i smutek, który przyprawiał mnie w okropny nastrój. Nawet teraz. Kiedy malowaliśmy, żeby wyrzucić z siebie pewne emocje. Była to jedna z niedorzecznych terapii, zajęć, na które czekałam od pierwszego mojego dnia przyjęcia. Nawet teraz byłam w stanie jedynie siedzieć i patrzeć się na nagie płótno. Inni pacjenci krzątali się po pokoju bezmyślnie albo namiętnie mazali po papierze. Ale ja nie poczułam w sobie ani trochę inspiracji, ze względu na dzisiejsze zdarzenia.


Tak było dopóki nie usłyszałam ochrypłego, głębokiego głosu kilka centymetrów od mojego ucha.


-Wygląda cudownie, kochanie.


Podskoczyłam z zaskoczenia i obróciłam się. Harry muskał moje ramię. Zaśmiałam się, kiedy posłał mi głupkowaty uśmieszek.


-Co nie? - spytałam sarkastycznie. A później poważnie dodałam - Nie mam po prostu pomysłu.
-Nie, poważnie. - spierał się podchodząc do pustego białego skrawka papieru - Fascynujące. To dzieło doprawdy do mnie przemawia.
-Zamknij się - zaśmiałam się - Zobaczmy, jak ty sobie poradzisz.
-Dobra. - zgodził się, przyjmując wyzwanie. Obok mnie stał stolik pokryty wieloma odcieniami farb i pędzlami. Nieszkodliwe przybory do malowania dla pacjentów. Harry wybrał kolor granatowy i duży, gęsty pędzel. Pomieszał farbę obserwując, jak wiruje w jego niewielkim kubku, zanim zanurzył w nim pędzelek i zamachnął się w kierunku papieru. Na białym płótnie rozpostarła się cała gama małych plamek.


Ponownie umoczył pędzel, ale tym razem zamiast na papier strząsnął farbę na mnie. Jęknęłam cicho, kiedy płyn zderzył się z moim policzkiem tworząc na nim kropki. Harry zaczął się śmiać, a ja starałam się zamaskować wkradający się na moje usta uśmiech.


-Co ty wyprawiasz? - zachichotałam.
-A ja wiem. Może po prostu próbuję poprawić ci nastrój - podszedł do mnie z pędzlem, ale złapałam jego nadgarstek znim znalazł się zbyt blisko. Musiał zauważyć, że mój uśmiech szybko pobladł, bo westchnął i też przestał się uśmiechać.
-Słuchaj, lunch był ciężki - powiedział - Ale nie możemy się nad tym rozwodzić. Wiem, że miała syna i na to nie zasługiwała, ale jeśli będziemy o tym ciągle myśleć to zwariujemy. Nic już z tym nie zrobimy.


Przytaknęłam i zmusiłam się do uśmiechu, ale nadal nie oznaczało to, że sprawa została rozwiązana.


-Hej, spójrz na mnie - odezwał się kładąc rękę na moim policzku - Nie zadręczaj się myślami o tym, co się tutaj wyprawia. Kiedyś zabiorę cię daleko od tego miejsca. Obiecuję, że nie będzie więcej już żadnych śmierci, operacji czy torturowania. Uciekniemy, a ja zapewnię ci bezpieczeństwo, okej?
-Okej. - skinęłam, a on przyciągnął mnie do siebie wpijając w moje usta. Nie mogliśmy dać sobie więcej niż parę cudownych sekund, bo tyle właśnie mieliśmy czasu zanim przyciągnęlibyśmy uwagę. Dlatego pocałunek skończył się nim się zaczął.


Ale gdy spojrzałam na niego zauważyłam coś dziwnego. Próbował zaciskać usta w cienką linię, ale nie mógł powstrzymać uśmiechu. Byłam trochę zdezorientowana dopóki nie zdjął ręki, a ja poczułam wielką wilgotną plamę na moim policzku. Przeniosłam szybko wzrok na jego dłoń, całą pokrytą ciemnoniebieską farbą.


-Harry! - skarciłam go uderzając w tors. Kiedy tylko moja ręka zetknęła się z jego kostiumem wybuchł śmiechem.
-Ale ja mówiłem poważnie! - powiedział dławiąc się śmiechem - Mówiłem poważnie, ale po prostu nie mogłem się powstrzymać.


Odpowiedziałam mu po prostu uśmiechem i bezradnie pokręciłam głową. Zanurzyłam szybko rękę w czerwonym kubełku. Nim zdążył zareagować potrząsnęłam ręką rozchlapując czerwone kropelki. Próbował uciekać, ale byłam szybsza.


-Ha! - zawołałam zwycięsko, gdy farba uderzyła w jego uniform.


Harry zgryzł wargę i spojrzał w dół.


-Już po tobie. - powiedział z niecnym uśmieszkiem. Chwycił za niebieski pędzelek leżący na sztaludze. Otworzyłam szerzej oczy, kiedy zrozumiałam, o co mu chodzi. Obróciłam się i zwiewałam, przepychając się przez tłum ludzi, którzy rzeczywiście coś malowali na papierze, a nie na sobie. Pisnęłam i zachichotałam, gdy się zbliżył, ale duży, głośny pokój nie pozwolił dosłyszeć tego ochroniarzom.


Było pewne miejsce na tyłach, wręcz nie do zauważenia. Była to dobudówka, jakby mały korytarz. Minęłam jakieś magazynki i łazienki, nie miałam pewności. Ciągnął się jeszcze kawałek i prowadził do ślepego zaułka.


Podbiegłam tam i oparłam się od razu plecami, przylegając do ściany. Ale Harry'emu nic nie umknęło, znalazł mnie kilka chwil później.


-Mam cię.


Jego wysoka sylwetka podeszła wolno, nie śpiesząc się, skoro już i tak nie mogłam mu uciec.


-Nie! Nie, Harry, nawet się nie waż! - prosiłam tkwiąc w kącie.


Ale przez mój chichot nie brzmiało to jak prośba, a prowokacja. Harry zatrzymał się dopiero o krok ode mnie i choć przylegałam plecami do ściany, przesunął pędzlem po mojej szyi. Śmialiśmy się i chichotaliśmy. Nie było sensu go odpychać, dlatego próbowałam wyrwać mu pędzelek z ręki. Po wielu podejściach zabrałam mu go wreszcie. Nie tracąc ani chwili przejechałam nim po jego twarzy. Niebieska smuga rozpostarła się na jego policzku.


-Mam cię. - powiedziałam, nabijając się z jego wcześniejszych słów.


Nagle Harry jednym delikatnym ruchem wytrącił pędzel z mojej dłoni i przygwoździł moje nadgarstki do ściany. Docisnął mnie swoją klatką piersiową, a potem wpił w moje wargi. Ten pocałunek był głęboki i namiętny, ale także słodki dzięki naszym uśmiechom, które nadal nie schodziły nam z twarzy. Mój oddech przyspieszał gwałtownie z każdym oddechem. Był tak blisko mnie, ale te cholerne uniformy ciągle stały nam na drodze. Musieliśmy być bliżej.


Harry odsunął się ode mnie w pewnym momencie.


-Muszę zdjąć to z ciebie. - powiedział, jakby czytał mi w myślach - Muszę cię zobaczyć, całą.


Przekręcił nosem moją głowę na bok, by zacząć składać pocałunki na delikatnej skórze mojej szyi. A przynajmniej tam, gdzie nie było farby.


-Założę się, że pod tym wstrętnym uniformem kryje się coś pięknego. - wyszeptał - Twoje krągłości i delikatna, gładka skóra.


Wplotłam palce w jego włosy i przyciągnęłam jego usta z powrotem do moich. Całowałam już go tak wiele razy, a nadal czułam motylki i podniecenie takie jakie wtedy w jego celi dawno temu.


-Kocham cię. - powiedziałam jak tylko zrobiliśmy małą przerwę w całowaniu.
-A ja ciebie. - wydyszał Harry


Czyjeś kroki zaczęły dudnić u wylotu korytarza. Wtedy doszło do mnie, że wcale nie było to takie odosobnione miejsce. Mogli nas złapać w każdej chwili. Harry też zdał sobie z tego sprawę i odsunął się ode mnie, żeby nas nie zauważono.


-Chodź. - uśmiechnął się, ujmując moją dłoń i kończąc naszą chwilę prywatności.


Kiedy już wróciliśmy rzeczywiście zaczęliśmy próbować coś namalować. Harry ciągle trącał mi rękę, żebym zepsuła swój obecny obraz, a ja bez przerwy mazałam po jego papierze, więc żadne z tych dzieł nie wyszło zbyt pięknie. Uchroniłam jednak swój obrazek przed całkowitym zniszczeniem wkładając go do jednej z szafeczek poustawianych wzdłuż ściany. Znalazłam swoje imię na jednej z dolnych i wsunęłam tam moją niedokończoną pracę. Te plastikowe szufladki były naprawdę dziwne. Nie mieliśmy już pięciu lat.


Gdy podniosłam się z powrotem na nogi i odwróciłam od żenujących szafeczek z zaskoczeniem niemalże wpadłam na stojącą na mojej drodze kobietę. Miała poplątane, brzydkie siwe włosy. Miała worki pod oczami i zmarszczki na całej twarzy. Ale nie wygląda na więcej niż 40 lat.


-Pomóż mi - wyszeptała bezsilnym głosem. Zaniepokoiła mnie tym nagłym pojawieniem się, więc podskoczyłam lekko. Rzuciłam okiem na Harry'ego, ale on ciągle pracował zgarbiony nad swoim obrazem i niczego nieświadomy.
-W czym? - spytałam jak tylko najuprzejmiej mogłam.
-Ten mężczyzna wrócił. Był tu kilka lat temu, a teraz wrócił, boję się. - szeptała szybko oddzielając chaotycznie od siebie wyrazy, ledwo ją rozumiałam.
-Spokojnie. - poradziłam - Oddychaj.
-Ten mężczyzna jest straszny. Jest najgorszy ze wszystkich, jest w tym samy pokoju, co my. On jest straszny i musimy się wszyscy trzymać z daleka! Zrobił kiedyś coś okropnego. I znowu tu jest. Musiałam cię ostrzec. Musisz się trzymać z daleka. - była coraz bardziej roztrzęsiona i przerażona. Trzęsła się cała i wyglądała na potwornie wystraszoną.
-Kto to ten mężczyzna? - zapytałam. Spodziewałam się, że wskaże na Kevina albo może Jamesa. Lub na któregoś z pacjentów, na przykład Normana. Ale zrobiła coś, czego się nie spodziewałam. Uniosła trzęsący się, kościsty palec i pokazała na Harry'ego.

                                                        

Pozdro z Francji! Mam zla wiadomosc dla was - nastepny rozdzial bedzie spozniony. I mnie i Natalii nie ma w domu wiec nie damy rady tlumaczyc (ja nie mam nawet polskich znakow na francuskim komputerze xD), mam nadzieje ze rozumiecie. Jak do tej pory przez cale wakacje rozdzialy byly regularnie wiec nie macie co narzekac a kazdy ma prawo do urlopu cnie? Przezyjecie jeden raz? Nie powinno byc dluzszej przerwy niz tydzien. KOCHAM WAS;**

EDIT: będę się uwijać z rozdziałem, jak wrócę. o ile w sobotę wieczorem wrócę to może uda się zdążyć, żeby w poniedziałek wieczorem był rozdział. tak jak magda wspomniała jest we francji i nie ma stałego dostępu do internetu, więc nie wiem, w jakim czasie otrzymam od niej korektę. jeśli wrócę w niedzielę wieczorem to może na wtorek wam wstawię już w korektą. przepraszam, niespodziewany ten mój wyjazd, wczoraj (w poniedziałek) się dowiedziałam, a w niedzielę wracam i prawdopodobieństwo, że będę miała tam warunki do tłumaczenia jest niewielkie. ugh strasznie chaotycznie napisana ta moja notka, ale wiecie o co chodzi: do środy najpóźniej postaram się z rozdziałem. przepraszam i obiecuję, że będę się uwijać. love you ~natalia :)x

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Rozdział 37

(z soundtracku "Wielki Gatsby", podesłane przez czytelniczkę, dzięki ily idealnie się wstrzeliłaś w czasie, przekonacie się wszyscy podczas czytania rozdziału :)xx )

To "coś złego", co wcześniej wyczuwałam wcale nie miało miejsca. A przynajmniej jak na razie. To się gdzieś czaiło, czyhało. Gdzieś w głębi duszy wiedziałam, że nadchodziło, to była tylko cisza przed burzą. Nasze szczęście nigdy nie trwało długo, a fart szybko wyczerpywał. Nauczyłam się, by nie przywykać do wygody albo nadziei, bo chwilę później zostawała mi ona odebrana. Nie cieszyłam się więc za bardzo urokiem tych kilku spokojnych dni.

Ale starałam się korzystać z nich, jak tylko mogłam. Ponieważ mój strażnik wydawał się zupełnie normalny, nie mówił za dużo, ale zabierał mnie tam, gdzie musiał. Pani Hellman najwyraźniej odłożyła swoje chamstwo na bok, a James, Kevin i nawet Norman trzymali się ode mnie z daleka. Nagle nikt nie rzucał nam kłód pod nogi.

Nie wspominając już o raju wspominanym przez Harry'ego, którego wizja często oddalała się od nas o kilometry strachu, które sprawiały, że coraz ciężej było nam uwierzyć w jego istnienie. Ale on zawsze wymyślał coś, żeby na nowo go odnaleźć. Czy to było zakradanie się do magazynku, czekanie, aż wszyscy wyjdą, żeby skraść pocałunek czy chociażby trzymanie pod stołem ręki na moim udzie podczas lunchu, zawsze jakoś udawało się uzyskać pewną formę szczęścia. Nie mogliśmy oczywiście być ze sobą całkowicie, jak oboje bardzo chcieliśmy i potrzebowaliśmy. Ale jakoś musieliśmy ukoić swój głód, choćby trochę. Harry obmyślał plan, żebyśmy mogli jakoś zwieść czujnych ochroniarzy, a udawało mu się to dość często, bo nigdy nie musiałam długo czekać na jego dotyk. Zwłaszcza w przeciągu tych kilku dni, kiedy raz czy nawet dwa razy dziennie mieliśmy szansę wpleść sobie palce we włosy i poczuć swój smak na ustach, gdzieś z dala od wszystkich.

Moglibyśmy zmontować nasze romantyczne, szalone chwile, dodać jakąś muzykę i powstałby romantyczny film dla nastolatków. Za każdym razem było jeszcze bardziej ekscytująco i coraz lepiej udawało nam się ukoić pożądanie.

Wczoraj podobało mi się najbardziej.

Zaczęło się od Mikayli i jej książki. Siedziała już przy stoliku, opierając się o plastikowe krzesło, kiedy weszłam na lunch. Jej opalone przedramiona spoczywały na blacie. Ale miała ze sobą coś, czego niesamowicie brakowało mi z czasów, kiedy miałam jeszcze własne mieszkanie i nieco wolności.

-Skąd ją wytrzasnęłaś? - spytałam zdziwiona

-To? - odparła unosząc książkę.

-No. Wzięłaś ją ze sobą do instytucji?

-Nie. - mówiła. Harry przyglądał się nam z drugiego końca stołu - Z biblioteki.

-Jakiej biblioteki? - brnęłam. Książka wydawała się idealnym pomysłem na przedostanie się do innego świata, który nie był tak zagmatwany i podły jak ten, w którym się znajdowałam.

-Jest tutaj taka jedna. - powiedziała, tonem brzmiącym jakby mówiła "jak można tego nie wiedzieć". Jakby to było oczywiste.

-Woah, woah, czekaj. - wtrącił Harry - Wickendale ma bibliotekę?

-Tak... nie wiedzieliście?

-Nie. - odparł, wręcz urażony, że nikt go nie poinformował. - Od kiedy?

-Nie wiem. - Mikayla wydawała się znudzona tą rozmową. - Wydaje się dosyć nowa, jakby miała może parę lat.

-Skąd o niej wiesz? - dociekałam

-Woah, zwolnijcie trochę. - powiedziała, unosząc ręce w obronnym geście - Spytałam po prostu strażnika, czy są tu jakieś książki i zabrał mnie do biblioteki.

Oczy Harry'ego powiększyły się z zaskoczenia i podekscytowania.

-Osz w dupę, muszę tam iść.

-Zaczekaj, aż skończy się lunch. - wtrąciłam, nie mogąc powstrzymać uśmieszku. - Ja też chcę iść. - przesunęłam krzesło tuż obok Harry'ego.

-Dzięki Bogu, że jest tu biblioteka. - odezwał się, jakby do siebie, ignorując moje słowa, ale siadając z powrotem na krześle. - Nudziłem się w celi jak cholera. Muszę coś poczytać.

-No proszę, kto tu jest teraz kujonem? - droczyłam się, wspominając pierwszy tydzień, kiedy poznałam Harry'ego, a on bez przerwy się ze mnie nabijał. Za każdym razem, jak mówiłam jakąś ciekawostkę to mi to wypominał.

-Nadal ty. - odparł. - Nic się nie zmieniło.

-Czyli ty nadal jesteś dupkiem?

-A ty ciągle dwudziestojednolatką, która nie uprawiała seksu. - powiedział, pakując do ust łyżkę pełną żarcia.

Szczęka mi opadła, a kąciki ust bezwiednie uniosły się ku górze.

-Kujon. - nazwałam go znowu.

-Dziewica. - wyszczerzył się, wycierając kciukiem resztki jedzenia z kącika ust i oblizując go. Wciągnęłam głośno powietrze słysząc jego słowa, podczas gdy jego oczy świeciły łobuzersko - Ale bez obaw, już niedługo to zmienię.

Usłyszeliśmy czyjeś chrząknięcie. Razem z Harrym oboje obróciliśmy się w tamtym kierunku. Mikayla siedziała niezręcznie naprzeciwko nas, próbując nam jakby przypomnieć, że ciągle tu jest, w razie gdybyśmy zapomnieli. Bo właściwie zapomnieliśmy. A przynajmniej ja. Taką reakcję wywołał u mnie Harry, wiadomość o bibliotece i sam fakt, że nie jest tu teraz tak najgorzej. Umykały nam przez to różne rzeczy. Łącznie z tym, że Jane nie przyszła na lunch.

Szybko jednak wyleciało mi to znowu z głowy. Spytałam mojego nowego strażnika, czy moglibyśmy odwiedzić bibliotekę. Poza tym, Jane pewnie poszła po prostu na sesję albo badania. Przecież  nie ma się czym martwić.

Tak więc nie martwiłam się. Uważnie przeglądałam grzbiety książek w poszukiwaniu jakiegoś tytułu. Znajdowałam się w raczej ustronnym miejscu, nie w zasięgu wzroku ochroniarzy, którzy zwykli byli zakłócać spokój, gdziekolwiek byś go nie znalazł. Nie było nikogo poza mną między tymi dwoma regałami. Paru innych przestępców, także tropiących książki dla siebie, udało się na pierwsze rzędy z nowymi egzemplarzami. Ja miałam tutaj spokój.

Spokój został mi jednak dany jedynie na kilka minut. Nie zdążyłam się jeszcze wciągnąć w "Grona gniewu", kiedy nagle zdałam sobie sprawę, że nie byłam sama. Czyjaś obecność wyczuwalna była w powietrzu, choć jeszcze nikogo nie widziałam. Nim zdążyłam się obrócić czyjeś ramiona oplotły moją talię. Pisnęłam i upuściłam książkę, odwracając się szybko. Nagle wciąż trzymając mnie jedną dłonią, palec Harry'ego znalazł się na moich wargach.

-Ciiii - uciszył mnie, chichocząc.

Odetchnęłam z ulgą opierając się plecami o regał i śmiałam się razem z nim. Po tych chichotach i uśmieszkach nie mogliśmy czekać już dłużej ze złączeniem naszych ust, jak to weszło nam w zwyczaj. Choć nie jestem pewna, czy kiedykolwiek przyzwyczaję się do gładkości jego warg i tego, jak czule współgrają z moimi. Do tego, jak jego duża dłoń spoczywa na moim biodrze, a druga ujmuje policzek, podczas gdy moja brnie głębiej w jego włosy.

Pocałunek nie był jednak tak długi, przerwany subtelnie przez Harry'ego.

-Cześć. - wydyszał z uśmieszkiem

-Cześć. - zachichotałam, a potem znowu go pocałowałam.

Gdyby nie dobry słuch Harry'ego nie usłyszałabym kroków nadchodzącego strażnika.

-Chodź. - wyszeptał, przerywając pocałunek i chwytając moją dłoń.

Zaciągnął mnie pośpiesznie na koniec regału. Przycisnęliśmy plecy do drewna. Zakryłam ręką usta, a Harry odważył się zerknąć na ochroniarza. Wychylał się w poszukiwaniu źródła hałasu, jaki robiliśmy z Harrym. Ale byliśmy dla niego niewidoczni, ledwo powstrzymując śmiech, gdy przechodził nadzorować inne części biblioteki.

-Fiu. - powiedział Harry, udając, że wyciera pot z czoła.

-Było blisko - nabijałam się razem z nim. Naprawdę mieliśmy strażników w dupie.

Harry zagryzł dolną wargę i spojrzał mi łobuzersko w oczy.

-Co? - spytałam

-Chodź ze mną. - odpowiedział po długim milczeniu

Zacisnął rękę na moim nadgarstku i pociągnął w stronę innego regału, jeszcze bardziej w głąb pomieszczenia.

-Co teraz?

-Szukamy książki. - odparł wzruszając ramionami. Nie mówiąc już nic więcej zaczął przeczesywać wzrokiem półkę, ściągając przy tym brwi w koncentracji i wydymając delikatnie dolną wargę. Jak na kogoś jego wzrostu i postury wyglądał uroczo.

Naprawdę próbowałam znaleźć jakąś książkę i myślałam, że trafiłam na tą, która mogłaby mi się spodobać. Kiedy jednak przeleciałam wzorkiem po streszczeniu odłożyłam ją z powrotem, bo wydawała się za nudna. Więc zerknęłam znowu na Harry'ego. Ciągle szukał, trzymając ręce za plecami i pochylając się nieco, żeby przeczytać tytuł. Nie mogłam się powstrzymać przed cmoknięciem go w policzek. Nie spodziewał się tego, a kiedy obrócił się w moją stronę miał uśmiech wymalowany na twarzy. Nim zdążyłam zareagować przysunął mnie jedną ręką delikatnie do siebie, przytrzymując drugą moją głowę i przyciskając usta do moich w namiętnym, ale figlarnym pocałunku. Może i był to bardziej głęboki całus, ale był krótki.

A potem jak zawsze zostawił soczysty pocałunek na moim czole, policzku, drugim policzku, czubku nosa, szyi, znowu na czole, a ja tylko chichotałam i próbowałam poskromić motyle w moim brzuchu, które pojawiały się z każdym dotykiem jego ust.

-Przestań! - zaśmiałam się, próbując go powstrzymać. Trzymał mnie wyjątkowo mocno.

Przestał wreszcie i odsunął się, znowu szukając, choć tym razem z uśmieszkiem na ustach, a nie ze zmarszczonymi brwiami. Wróciłam do szukania dobrej książki razem z nim, choć nie mogłam się już za bardzo skupić przez pozostałe uczucie jego ust na mojej skórze.

Wszystkie tytuły wydawały się nudne albo smutne. Lecz w końcu, wreszcie zobaczyłam jedną, która mogła mnie zaciekawić. Na ciemno niebieskiej okładce było napisane "Wielki Gatsby". Wyciągnęłam po nią rękę, ale Harry zrobił to samo w tej samej chwili. Zerknął na mnie krótko, a potem odbił mi ją nim się zorientowałam.

-Ej! - powiedziałam - Ja ją chciałam.

-Trzeba było się pośpieszyć. - odpowiedział, otwierając ją i przeglądając pierwszą stronę.

Przewróciłam oczami.

-Dobra, ta i tak się wydaje lepsza. - odparłam. Harry spojrzał na tytuł. "Zagubiony Horyzont"

-Skoro tak twierdzisz. - westchnął.

-Naprawdę! "Zagubiony Horyzont" brzmi znacznie lepiej niż "Wielki Gatsby".

-No nie wydaje mi się. - nie zgodził się

-Okej, to ja ją jeszcze dzisiaj skończę, a potem ty ją przeczytasz. A jutro wymienimy się i zdecydujemy, która jest lepsza.

-Stoi. - zgodził się, rozbawiony moją chęcią zwycięstwa

Resztę czasu spędziliśmy przeglądając niezbyt pokaźną kolekcję powieści. Harry przez cały czas trzymał rękę na moich plecach, kiedy spacerowaliśmy między półkami. Co jakiś czas Harry wyciągał jakąś, która wydawała mu się interesująca i czytał mi streszczenie na głos. Zatracałam się w ochrypłym głosie, który brnął przez słowa, sprawiając, że brzmiały jeszcze cudowniej niż autor planował. Inni mogli się go bać, ale w azylu, jakim były regały pełne książek, gdzie skradał pocałunki i śmiał się cichutko rozmawiając o powieściach, nie mogłam czuć się z nim bezpieczniejsza i szczęśliwsza.

To był najszczęśliwszy moment, jakiego zaznałam i szczęśliwszego jeszcze przez jakiś czas nie będzie mi dane zaznać.

NASTĘPNEGO DNIA

HARRY'S POV

Po śmierci Emily, chociaż brzmiało to dramaturgicznie i ckliwie nie sądziłem, że kiedykolwiek znowu się zakocham. Ale byłem, całkowicie kurwa zakochany w Rose. Nie mogłem się powstrzymać od całowania jej po twarzy i wsłuchiwania się w chichot, który wydobywał się z jej ust.

Dowodziło to temu, że można próbować, że są drugie szansy i że są sposoby, by naprawić coś, czego rzekomo nie można. Jeśli osiągniesz coś raz, dlaczego by nie zrobić tego ponownie? Jest wiele rzeczy, które jeszcze możesz zrobić dobrze.

Ale uciekanie ze szpitala psychiatrycznego nie było jedną z tych rzeczy. W przeciwieństwie do mojej niezaprzeczalnej miłości, tutaj nie będzie drugich szans. Musimy mieć plan, i musimy szybko wcielić go w życie, albo porządnie albo wcale. Bo ucieczka to nie było coś, co moglibyśmy sobie powtórzyć. Gdyby nas przyłapali już nigdy nie pozwoliliby nam opuścić naszych cel. Nie dostawalibyśmy już tego cennego czasu w nowo odkrytej bibliotece. Nie ufaliby nam nawet na tyle, by pozwolić nam jeść z tym, z kim chcemy, a karmiliby nas przez drzwi jak psy. No i gdyby pani Hellman wiedziała że próbujemy uciec, kto wie, co by nam przyszykowała.

Nie mogłem powiedzieć o tym nikomu poza ludźmi, którym wierzyłem całym sercem. I z jakiegoś powodu, Lori była jedną z tych osób.

- Wszystko wygląda dobrze - powiedziała do mnie podczas jednego z moich comiesięcznych badań kontrolnych. Nie powiedziałam nawet słowa na temat ucieczki przez całą wizytę, ponieważ nowa pielęgniarka Grace, była w pobliżu.

- Dzięki - powiedziałem. Grace nadal stała obok niej - Ale, um, zanim pójdę.... możemy porozmawiać? - zapytałem

Lori skinęła głową siedząc kilka metrów dalej w krześle przy łóżku, na którym siedziałem.

- Oczywiście.

- Na osobności?- spytałem, a Grace spojrzała na Lori. Lori skinęła głową, po czym Grace opuściła pokój.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem to stwierdzenie oczywistego.

- Rose i ja musimy uciec.

- Wiem. - Lori przytaknęła. a ja byłem zaskoczony

- Jak to wiesz? - zapytałem.

- Wiem, że oboje tutaj nie pasujecie - powiedziała - Jestem stara, nie ślepa. Widzę jasno, jak słońce że Rose jest zdrowa psychicznie. A ty jesteś gdzieś pomiędzy, ale coś pomiędzy też nie pasuje do takiego miejsca jak Wickendale.

- Więc nam pomożesz? - zapytałem zniecierpliwiony. Nie mogłem odrzucić żadnej propozycji pomocy, od kogokolwiek.

Lori tylko skinęła głową.

- Dobrze - odpowiedziałem - Więc sprawa wygląda tak. Kelsey pracuje na tym, aby zdobyć dla nas mapę. Ale potrzebujemy więcej niż tylko trasę ucieczki, potrzebujemy czegoś, by odwrócić uwagę ochrony. Potrzebujemy sposobu, by wydostać się z naszych cel do wyjścia.

- Mogę to zrobić - powiedziała - To znaczy, nie mogę was wyciągnąć z cel, ale mogę wywołać jakieś zamieszanie.

- Jak? - zapytałem

- Kiedy kilka miesięcy temu wyłączyli prąd, był tu komplety chaos. Wszyscy byli wszędzie, i nikt nic nie widział. Z łatwością dostałeś się do piwnicy i nikt cię nie zauważył.

Skinąłem głową, próbując zrozumieć, do czego zmierza.

- Więc odetniesz prąd, kiedy będziemy uciekać? - zapytałem

- Jeśli to pomoże?

- Tak, to by pomogło. Nadal mamy pełno rzeczy, które musimy zaplanować, ale jeśli wyłączysz prąd, kiedy będziemy tego potrzebować to na pewno pomoże. - Dziękuję Lori - odparłem

Rose i ja musieliśmy stąd uciec. Dodałem Lori do mojej niewidzialnej listy wartych zaufania aliantów, którzy nas w tym wesprą. Widziałem zmęczenie w jej oczach. Znała Wickendale, pracowała tutaj zbyt długo, by nie wiedzieć. I była już tym zmęczona.

Więc pomaganie Rose i mi będzie jej wkładem. Jeśli chcemy uciec, musimy mieć więcej zmyłek, trasę i pomysły, by uciec bezpiecznie. Nie jesteśmy w stanie tego po prostu zrobić w ciągu nocy. Ale pojawiła się wizja wyłączenia prądu, Kelsey pracuje nad zdobyciem mapy, no i sojusznicy, których mamy to póki co dobry początek.



Ten pomysł wprawił mnie w dobry humor. Wyprowadzili mnie z biura i zaprowadzili na stołówkę. Zobaczyłem Rose i Mikayle siedzące  naprzeciwko siebie przy stole, przy którym zazwyczaj siedzimy. Wybrałem miejsce obok Rose, rzecz jasna, i położyłem dłoń na jej udzie, gdy usiadłem.

- Hej kochanie - powiedziałem i pocałowałem ją w policzek

- Hej - odpowiedziała z uśmiechem zapierającym dech w piersiach. Byliśmy gotowi, by rozmawiać o książkach i o tym, że "Wielki Gatsby" było zdecydowanie lepszey od "Zagubionego Horyzontu".

Ale zanim cokolwiek powiedziałem, oboje zauważyliśmy zmartwienie na twarzy Mikayli.

- Coś nie tak? - Rose zapytała. Zanim odpowiedziała, dziewczyna rozejrzała się szybko po pokoju i z powrotem zwróciła się do nas.

- Gdzie jest Jane? - zapytała zmartwiona - Nie było jej tutaj też wczoraj.

- Nie wiem, może jest przeziębiona czy coś - powiedziałem.

- Nie, raczej nie - zaprzeczyła.

- Kiedy ją widziałaś ostatni raz? - Rose zapytała.

Mikayla zaczęła nieco szybciej oddychać.

- Jest taki ochroniarz, nazywa się Thomas, chyba - zaczęła.

- Zabrał ją do jakiegoś pokoju zabiegowego, czy coś w tym stylu. Widziałam to, gdy przechodziłam. Pomyślałam, że to nic wielkiego. Ale było w tym coś dziwnego. No i nie widziałam jej od tego czasu.

Oczy Harry'ego wypełniły się przerażeniem, a moje strachem. To zdarzenie było bardzo znajome. To samo przydarzyło się Cynthii Porter. Zabrali ja na zabieg, a potem nigdy nikt jej nie widział. I jeśli przytrafił im się ten sam los, Harry i ja oboje byliśmy świadomi, że ta wiadomość zniszczy nasze krótkotrwałe szczęście.

Jane nie żyła.
______________________
Pozdrowienia z Włoch, kochani!;* ~Magda
#throwbacktime z tą rose kujonką, co? :') chyba najbardziej zapamiętany przez nas moment, fajnie, że powraca, co nie? :)
WAŻNE OGŁOSZENIE PARAFIALNE:

  1. RYSKUNKI/ZDJĘCIA DO ZAKŁADKI - w ramach przypomnienia chcę wam tylko powiedzieć, że aby wasza praca znalazła się w zakładce po prawej stronie musicie wysłać ją DO MNIE, a nie tylko oznaczyć w tagu #PsychoticPL na twitterze. rozumiecie, że minęło wiele czasu i dużo prac przypłynęło, ciężko mi już to wszystko kontrolować, a chcę was jakoś docenić za poświęcanie czasu... nam. rose. harry'emu. ogólnie mówiąc psychotic. za co oczywiście dziękuję niezmiernie!
  2. PODZIĘKOWANIA - pragnę też dać wielki SHOUTOUT @cliffordeffect, która pomogła mi tłumaczyć ten rozdział! wina leży rzecz jasna po mojej stronie, bo źle rozplanowałam czas i wbrew mojemu "grafikowi" przez spotkania z przyjaciółmi nie zostało wystarczająco (czasu ORAZ siły) na tłumaczenie! tutaj wkracza wybawczyni joanna. wielkie dzięki za taką pomoc, nie dałabym rady, naprawdę...
  3. DON'T PUSH - wydawałoby się, że kupa czasu dzieli update'y (what do i write it), ale nie ma to jak zostawiać na ostatnią chwilę! proszę, nie obwiniajcie nas, że nie dodajemy częściej rozdziałów, ale tłumaczenie to hobby. bardzo się w nie angażujemy, ale nie jesteśmy tu zatrudnione, opłacane czy coś i robimy to z własnej woli. także jako hobby traktujemy to lżej. wakacje to czas odpoczynku, relaksu, nadrobienia straconego czasu w szkole i przy komputerze. wiem, że dla was dużo znaczą takie historyjki, bo inna nie jestem, ale znajcie umiar i granice, a niech wszystko przychodzi wam w tej kwestii ze spokojem, gdyż czasem czuję, że jest wywierana na nas jakkolwiek okazywana presja.


długa notka, ale to chyba dobrze, że mam wam coś do powiedzenia i podzielenia się z wami czymś, hm? porobiłam punkty, gdybyście nie mieli ochoty czytać wszystkiego hahah wiem dziwnie to wygląda.

poza tym do zobaczenia w złotych na where we are movie ♥ can't wait!!!!! ~natalia :)x

poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozdział 36


Pierdolę to. Nie było nawet mowy, żebym na to pozwolił. Cierpliwie znosiłem panią Hellman i jej sadystyczne plany, pozwalałem strażnikom prowadzać mnie jak  psa na smyczy, nawet tolerowałem obecność Jamesa po tym jak skopałem mu tyłek. Ale nie pozwolę jakiemuś choremu gwałcicielowi zbliżyć się do Rose. Nie pozwolę mu prowadzić jej co dzień po pustych korytarzach, kiedy mnie nie było przy niej, aby zapewnić jej bezpieczeństwo.

Myślałem, że to James okaże się mężczyzną, o którym mówiła Jane. Rose też tak  myślała. Byliśmy tego pewni. Ale nie, to miejsce najwidoczniej obfitowało w obrzydliwych, podłych strażnikach. James, Norman, Kevin i kimkolwiek ta druga  osoba, o której wspomniała Jane była. Czterech psychicznych mężczyzn, którzy po prostu gwałcili kobiety; wszyscy czterej mieli moją Rose na wyciągnięcie ręki. Po prostu kurwa pięknie. Niech się smażą w piekle, ale do tego czasu, nie miałam zamiaru pozwolić im się do niej zbliżyć. Nie ma kurwa opcji.

Już sama myśl o ich oczach spoczywających na jej ciele, myślących o niej, chcących jej dotknąć, doprowadzała mnie na skraj wytrzymałości. I co jeśli pewnego dnia by mnie tam nie było? Oni by mieli swoją szansę. Ten pierdolony  Kevin  mógł po prostu zatrzasnąć drzwi do jej celi i nikt by nie spostrzegł. Zrobił to Jane, więc dlaczego nie Rose? Mógł ją bez problemu obezwładnić i zrobić cokolwiek chciał. Lunch się kończył za jakieś...30 minut? I potem znowu będą sami w ciemnych korytarzach, bez żadnych zdrowych na umyśle świadków.

Ta myśl sprawiła, że aż zatrząsnąłem się z gniewu i gwałtownie wstałem z miejsca. Nie mogłem już dłużej tego znieść.
- Zaraz wracam - ogłosiłem trzem kobietom. Stałem, a one wszystkie na mnie patrzyły, każda z innym wyrazem twarzy.

- Dokąd idziesz? - spytała Rose, jej duże oczy patrzyły na mnie zza długich ciemnych rzęs.

- Nie martw się tym, zaraz wracam - znów powtórzyłem, składając szybki pocałunek na jej czole. Gest uspokoił ją tylko trochę, ale nie protestowała. Podszedłem do strażników stojących w linii pod ścianą i z łatwością znalazłem Briana. Gawędził z kilkoma innymi  mężczyznami, którzy ledwo  na mnie spojrzeli, kiedy podszedłem.
- Muszę się zobaczyć z panią Hellman - zażądałem. Wyglądali na niezbyt zaskoczonych. Bardziej rozbawionych, jak już coś.
- Po lunchu - powiedział obojętnym głosem i kontynuował  rozmowę.
- Nie, teraz. - Stawałem się  coraz bardziej niespokojny. I wkurzony też. Coś w tonie mojego głosu musiało na to wskazywać, ponieważ zaczął poświęcać mi nieco więcej uwagi.
- Harry, lunch kończy się za pół godziny. Możemy...
- Po prostu mnie tam kurwa weź. To pilne.

Przysadzisty mężczyzna westchnął zirytowany, ale posłuchał i  odszedł od swoich przyjaciół. Byłem zaskoczony, że mnie rzeczywiście posłuchał. Spodziewałem się większej kłótni. Może się mnie bał, a może po prostu był trochę mniej okropny niż inni pracownicy. Przeprosił kolegów, a następnie skierował się w stronę drzwi ze mną parę kroków przed nim.

Korytarze były jak zwykle spowite mrokiem. Echo niosło odgłosy naszych kroków na betonowej posadzce, dopóki nie dotarliśmy do drzwi gabinetu kochanki szatana.  Mogło nawet nie być jej w środku, ale warto było zaryzykować.

Starałem się zachować grzeczność, kiedy czekałem aż Brian wejdzie pierwszy, powstrzymując się przed wpakowaniem się do środka. Najpierw zapukał, ale wszedł nie czekając na odpowiedź.

- Um, pani Hellman? - zapytał. Od razu widać było po nim trochę zdenerwowania. - Harry Styles chce panią widzieć.

Usłyszałem coś co brzmiało jak "wpuść go" i to sprawiło, że poczułem się trochę niepewny. Brzmiało bardziej jak wyrok śmierci niż polecenie.

Brian popatrzył w moją stronę i skinął w kierunku pani Hellman, sygnalizując, żebym wszedł do środka. Więc tak też zrobiłem, Brian tuż za mną upewniając się, że nie zrobię nic co poświadczyłoby o mojej rzekomej niepoczytalności.

Siedziała tam, a papiery porozrzucane były po jej mahoniowym biurku razem z ołówkami, długopisami i innymi przyborami. Wyglądała na jeszcze bardziej zimnokrwistą niż kiedykolwiek. Ale jej obecność mnie nie onieśmielała. Jeśli coś to bardziej ten pokój. Był zbyt znajomy. Nie mogłem nie rzucić okiem na skrzynię na  prawo. Wiedziałem, że była pełna różnych biczów. Mogłem niemal czuć cierpką smugę ze skóry wbijającą mi się w plecy.

Nie spieszyła się, skończyła cokolwiek tam pisała, zanim obojętnie spojrzała mi w oczy. Ale coś w nich było, jak zawsze pod jej protekcjonalną obojętnością. Nie były to wyrzuty sumienia, kiedy jej oczy spoczęły na mnie i nie byłem pewien czy ona kiedykolwiek czuła się winna. Przynajmniej zdawała sobie sprawę z tego, co wyczynia. Atmosfera była napięta, jakby ciężar jej wszystkich okropnych czynów zwisał w powietrzu.
- Zmień strażnika Rose - powiedziałem ignorując ciężar wiszący w powietrzu i nie fatygując się, aby usiąść.
- I dlaczego powinnam to zrobić? - spytała bezbarwnym głosem.
- Po prostu musisz go zmienić. I to na jakiegoś odpowiedniego, nie Jamesa albo inne gówno.
- To nie była odpowiedź na moje pytanie.

Zanotowałem w pamięci, że nawet nie broniła syna.

- Ponieważ jej strażnik, Kevin, to obrzydliwy gwałciciel.

Pani Hellman dosłownie parsknęła, jakby to ją śmieszyło. Zacząłem chodzić w te i wew te, aby   powstrzymać się przed starciem  jej tego złośliwego uśmieszku z twarzy.
- Bardzo w to wątpię.
- Cóż, to prawda. - powiedziałem.
- Dlaczego mam ci wierzyć?
- Zrobił to Jane...widziałem.  - Ostatnia część była oczywistym kłamstwem, ale musiałem trochę podkolorować prawdę, jeśli chciałem, żeby Rose była bezpieczna. Pani Hellman nie uwierzyłaby w słowa Jane, więc potrzebowałem solidnego powodu.
- Widziałeś jak Kevin napastował Jane? - spytała jakby nie mogła w to uwierzyć, jakbym powiedział to dla żartów.
- Tak, widziałem. Więc zmień Rose strażnika. I zrób to teraz. - powiedziałem stanowczo, ciągle krążąc po pokoju. - Zanim skończy się lunch.
- Po pierwsze, Harry, ty nie żądasz niczego ode mnie. Z tego co wiem tylko to sobie wyobraziłeś. Mam na myśli, że ledwie zdążyliśmy zahaczyć o twoje motywy stojące za zabiciem tych kobiet, kto wie jakie choroby psychiczne możesz mieć. Mogłeś sobie to wszystko wymyślić. A po drugie, nie zamierzam po prostu wszystkiego rzucić i zamienić strażników, aby wspomóc jakikolwiek niedorzeczny romans ty i Rose myślicie, że macie.

Moje opanowanie wisiało na włosku, moja cierpliwość również.
- Po prostu to kurwa zrób.  Mam dość grania w twoje gierki, bycia twoją zabawką, którą możesz sobie torturować dla swojej własnej oraz swojego syna przyjemności. Już wystarczająco przez ciebie przeszliśmy. Proszę, po prostu podaruj mi tą jedną rzecz. Zmień strażnika Rose, chociaż tyle możesz dla nas zrobić.

Jej brwi uniosły się w zdziwieniu,  jakby moja zawziętość była śmieszna. Jakby była ponad to, jakby wiedziała coś czego ja nie wiedziałem.
- Do widzenia, Harry.

Skinęła w kierunku Briana. I tego by było na tyle. Jego dłonie oplatały moje ramiona, zmuszając mnie do odsunięcia się od ciemnego biurka, za którym się chowała.
- Zmień strażnika - powiedziałem jeden ostatni raz, z jak największą mocą na jaką mogłem się zdobyć. Nie uzyskałem żadnej odpowiedzi. Nie miałem pojęcia co zrobi. Były bardzo małe szansę na to, że mnie posłucha, ale może zmieni Rose strażnika. Albo może będzie trzymała Kevina tak blisko niej jak to tylko możliwe, żeby mnie dręczyć. Jedyne co mogłem zrobić to modlić się o to pierwsze.

- Kurwa - wydusiłem jak tylko usłyszałem jak ciężkie drzwi się za mną zamknęły. Wszystko działo się tak szybko i wydawało się, że nigdy nie miałem czasu na ukończenie tego co planowałem. Zanim zdążyłem wykończyć Jamesa albo przekonać panią Hellman albo w końcu zbliżyć się do Rose, ktoś mnie powstrzymywał. Zawsze. Z wyjątkiem ucieczki oczywiście. Wydawało się, że ucieczka zajmuje nam wieczność.

- Brian, jak długo tu pracujesz? - spytałem podczas długiej drogi powrotnej do kafeterii.
- Trzy lata.
- Więc zdążyłeś zauważyć jaką suką jest pani Hellman, mam rację?
- Chyba tak. - Zaśmiał się lekko.
- Okej, w takim razie pozwól, że zapytam. Gdybyś miał bronić jednego z nas, po czyjej stronie byś stanął? Mojej czy jej?

Strażnik wyglądał na zaskoczonego pytaniem. Ciągle szliśmy, ale w całkowitej ciszy. Myślał nad tym co powiedziałem. Brian był mądrym gościem, a to nie była oczywista odpowiedź. Normalnie, tak. Byłaby. Wybrałby sukowatą dyrektorkę zamiast mordercy. Ale widział jak dobrze się zachowywałem, kiedy byłem z nim. Widział jak traktowałem Rose i widział jak ona nagle ze zwykłej pracowniczki zmieniła się w pacjentkę. Wiele strażników i pracowników albo nie zauważyło albo postanowiło nic z tym nie robić. Ale wielu z nich znało Rose, wiedzieli, że spełniała wymogów, aby zostać pacjentką Wickendale. I wiedzieli, że coś we  mnie widziała,  wiedzieli, że może z małą różnicą,  ale byłem bardziej jak Rose niż jak inni pacjenci. Brian był jedną z tych osób, którzy zauważyli.

- Nie odpowiadaj. Po prostu zapamiętaj swoją odpowiedź. - powiedział. Chciałem, żeby pamiętał. Potrzebujemy sojuszników. Chciałem, żeby każdy, kto zwracał uwagę na okropne rzeczy,  które się tu działy pamiętał przeciwko komu walczy. Było na świecie wiele konfliktów, wiele wojen porozrzucanych pośród ludzkiej populacji. Moja bitwa jednak nie była pomiędzy zdrowymi na umyśle i obłąkanymi, których dzieliła bardzo cienka linia. Nie była pomiędzy ludzkimi pojęciami dobra i zła.

Walczyłem za uwięzionych przeciwko wolnym. Może w pewnym sensie przeciwko złu też. Przeciwko intrygom pani Hellman i okrutnym zbrodniom jej syna. Ale dzielenie stron na dobro i zło nie brzmiało dobrze, ponieważ poza wojną o ucieczkę z tego miejsca i byciem wolnym, mała bitwa toczyła się również we mnie. I nie byłem pewien, do której ze stron należałem.


ROSE'S POV

Siedziałam po prostu i obgryzałam paznokcie, podczas gdy Jane szeptała coś bez przerwy, a Mikayla dorzucała od czasu do czasu swoje "trzy grosze". Kiedy wróci Harry? I gdzie on w ogóle poszedł? Widziałam jak rozmawiał z Brianem, a potem wyszedł. Podejrzewałam, że miało to coś wspólnego z mrożącą krew w żyłach historią Jane. Poszedł zrobić coś w sprawie mojego strażnika. Ale to znaczyło możliwość wdania się przez niego w bójkę albo jakieś inne kłopoty, w których bez przerwy się znajdujemy.

- A co z tobą, Rose?

Ktoś nagle wyrwał mnie z zamyślenia.

- Huh?
- Co z tobą? Za czym najbardziej tęsknisz?
- Oh - powiedziałam, zmieszana pytaniem. Nie było nic takiego w moim  przeciętnym mieszkaniu czego by mi naprawdę brakowało. Może tęskniłam za wolnością. Brakowało mi dobrego jedzenia.  Z wygodnych materacy i prywatności również to miejsce nie słynęło. Ale jeśli musiałabym zrezygnować z tych rzeczy, żeby być z Harrym i żeby pomóc mu się stąd wydostać, mogłam pogodzić się z ich brakiem. Myśl o tym jak szybko i jak mocno zakochałam się w Harrym niepokoiła mnie i przerażała. Więc szybko wyrzuciłam go z moich myśli.

- Za jedzeniem i snem. A ty? - spytałam ją.
- Nie wiem - wyszeptała - Za różnymi rzeczami.
-  Wybierz jedną - odpowiedziałam, włączając się do konwersacji dla zabicia czasu.

Jej już i tak smutna twarz, posmutniała jeszcze bardziej, kiedy się odezwała.
- Za moim synem.

Ze świstem wciągnęłam powietrze, kiedy usłyszałam jej odpowiedź. Sprawa Jane zdawała się być coraz bardziej tragiczną im lepiej ją poznawałam.

Nie wiedziałam co odpowiedzieć i  na szczęście nie musiałam, bo zobaczyłam, że Harry już wraca. Za każdym razem, kiedy wchodził do tej kafeterii, wyglądał jak sławny aktor chodzący po czerwonym dywanie. Przyciągał wszystkie spojrzenia. Zwracał uwagę wszystkich. Miał w sobie pewność siebie jak wiele uwielbianych ludzi. Ale coś różniło go od celebrytów. Bo w oczach podziwiających go ludzi był strach. Po całym tym czasie wciąż się go bali.

Ale Jane, Mikayla i ja nie bałyśmy się, kiedy usiadł przy naszym stoliku.

- Cześć - powiedział. W momencie kiedy usadowił się na krześle, jego ręka spoczęła opiekuńczo na moim udzie. Coś go gryzło, jego oczy spoglądały na Kevina spod ściągniętych brwi.
- Gdzie byłeś?
- Poprosić panią Hellman o zmianę twojego strażnika. - Nie patrzył na mnie, kiedy mówił, zatracony we własnych myślach.
- Naprawdę? Co powiedziała?
- Nie wiem. Tak naprawdę to mi nie odpowiedziała.

Czekałam, żeby kontynuował, ale tego nie zrobił.

- Cóż, nie martw się. Jak do tej pory niczego ze mną nie próbował, to może nawet nie być on. - Mój ton nie był przekonujący, ponieważ sama nie wierzyłam w to co mówiłam.

Harry pokiwał głową z oczami wciąż utkwionymi w punkt po drugiej stronie pokoju.

I to trwało przez jakieś dziesięć minut. Harry skupiony na gapieniu się przed siebie, Jane zerkająca ostrożnie na mężczyznę siedzącego przy stoliku za nią, Mikayla trochę mówiąca, trochę obserwująca. A ja po prostu siedziałam. Ale po tych dziesięciu ciągnących się w nieskończoność minutach,, ktoś wszedł do pokoju i atmosfera się diametralnie zmieniła.

Był to mężczyzna, niski i tylko trochę umięśniony. Miał ciemne włosy i ogoloną twarz. Wyglądał na około czterdzieści lat. Wpasowywał się w opis typowego strażnika, ale nie kojarzyłam go. Najwidoczniej nie był jednym ze strażników, którzy mieli pilnować pacjentów w tej godzinie lunchu.

Teraz cała nasza czwórka robiła to samo, patrzyła jak podszedł do Kevina. Rozmawiali przez parę chwil, mężczyzna skinął w kierunku drzwi, po czym Kevin wstał. Ku memu zdziwieniu odwrócił się i wyszedł.

- Tak - powiedział Harry z ulgą w głosie - Zrobiła to.

Popatrzyłam na niego, a on się uśmiechnął..

- O mój Boże - powiedziałam, nie będąc w stanie się nie uśmiechnąć - Nie mogę uwierzyć, że naprawdę zamieniła strażników. Co jej powiedziałeś?
- Nic. Praktycznie zażądałem, żeby zmieniła twojego strażnika i zgaduję,  że... po prostu to zrobiła.

Pokiwałam głową z aprobatą. Cokolwiek Harry zrobił,  czułam, że ciężar na moich barkach zniknął tak szybko jak się pojawił.

- To było łatwiejsze niż myślałem - powiedział. Jane i Mikayla nie brały udziału w naszej rozmowie. Mikayla, ponieważ było jej to obojętne i Jane, bo dla niej nic się nie zmieniło.

- Kiedy lunch się skończy, powiedz swojemu strażnikowi, że musisz iść do toalety - powiedział Harry, cicho zmieniając temat, a jego usta nagle znalazły się tuż przy moim uchu. Nie były to szczególnie erotyczne słowa, ale poczułam dreszcz biegnący po moim kręgosłupie.
- Po co? - spytałam.
- Po prostu to zrób.


Lunch się skończył i zrobiłam co mi kazano. Nowy strażnik, który jeszcze mi się nie przedstawił zaprowadził mnie do najbliższej łazienki, na której drzwiach wisiała przywieszka z napisem "Damska toaleta". Dla facetów była zaraz obok.

Weszłam przez odpowiednie drzwi i stanęłam obok trzech umywalek, nad którymi wisiały trzy lustra. Jedno z nich było pęknięte. Łazienka była pusta.

Nie dostałam od Harry'ego żadnych innych wskazówek, niż żeby tu przyjść. No więc tu byłam, stojąc bez żadnego pomysłu ,co on mógł sobie zaplanować. Ale nie musiałam długo czekać, żeby się przekonać. Po zaledwie kilku krótkich chwilach, Harry znalazł się pod drzwiami. Wyprzedził Briana o kilka kroków, skręcając za róg, aby zniknąć z jego pola widzenia na kilka sekund. I właśnie te kilka sekund, były wszystkim co potrzebował, aby wejść do damskiej toalety zamiast do męskiej.

Na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech, kiedy zobaczyłam jak wchodzi do pomieszczenia, sam uśmiechając się przebiegle.

- Harry? - usłyszałam jak Brian zawołał, starając się upewnić, że jego podopieczny znajdował się tam gdzie powinien.
- Tak? - Harry odpowiedział.
- W której łazience jesteś?
- Męskiej, a co? - zapytał jakby było to coś oczywistego.
- Brzmisz jakbyś był w...
- Cholera, możesz dać mi się po prostu w spokoju wysikać? - zażądał Harry, a ja przykryłam ręką moje usta, aby stłumić chichot.

Brian więcej się nie odezwał.

- Po co kazałeś mi tu przyjść? - odezwałam się cichutko, nie chcąc, aby żaden z naszych strażników usłyszał.

Zamiast odpowiadać ręce Harry'ego objęły moją twarz i przyciągnął mnie do siebie. Jego usta wpiły się w moje. W jego pocałunkach czuć było głód, kiedy lizał i zasysał i gryzł moje wargi. Moje dłonie powędrowały na jego plecy i poczułam zarys jego silnych mięśni, kiedy schylił się,  aby wyrównać różnicę wzrostu między nami. Jego pełne wiśniowe usta były takie gładkie i miękkie. Uwielbiałam sposób w jaki Harry całował, odbierając całą moją siłę i wolę. Jego usta niemal masowały moje, jego ciche jęki dudniły głęboko w jego piersi. Jego dłonie i usta i ciało poruszały się, jakby bycie blisko mnie było jego jedynym pragnieniem.

- Chciałem cię tylko pocałować - wydyszał, uśmiechając się, kiedy się ode mnie odsunął.

Oplotłam go rękami za szyję, a on oparł swoje czoło na moim; nasze klatki piersiowe stykały się z każdym ciężkim oddechem, podczas gdy jego dłonie były na moich biodrach. Pocałowaliśmy się jeszcze raz, ale oboje nie przestaliśmy się uśmiechać. Mimo wszystko Harry wciąż mógł wywołać uśmiech na mojej twarzy jednym pocałunkiem czy dotykiem. Zawsze udawało mu się znaleźć sposób, żeby nas trochę rozerwać, nawet w takim miejscu jak Wickendale.

- Kocham cię - wymruczał z radością, kiedy jego usta przesuwały się po mojej szyji.
- Też cię kocham - zaśmiałam się. Kiedy jego twarz znów znalazła się na tym samym poziomie co moja, pocałowałam go jeden ostatni raz.
- Będziemy musieli to czasem robić, wiesz. Będziemy musieli  znaleźć sposób, żeby przynajmniej od czasu do czasu się pocałować, to mi wystarczy dopóki nie pójdziemy na całość po ucieczce.
- Już nie mogę się doczekać.

Z moimi słowami przygryzł swoją dolną wargę i  zlustrował moje ciało jakby wyobrażając to sobie. Zamiast się zarumienić, jak zwykle bym zrobiła, czułam się pewnie. To co zobaczyłam w oczach Harryego sprawiło, że poczułam się...chciana.. Pomimo tego, że to uczucie i tak nie miało znaczenia w tym miejscu i tak było miłe.

- Chodź, chyba powinniśmy już iść - w końcu powiedział - To było bardzo długie sikanie.

Zaśmiałam się nieco zbyt głośno, a on zasłonił mi usta ręką, pomimo tego, że on też chichotał. W końcu udało mi się opanować i zdjął swoją rękę, pozwalając mi iść przodem.

Wyszłam z pomieszczenia, a mój strażnik natychmiast zaczął iść bez słowa, oczekując, że za nim pójdę. Harry i jego strażnik, dla odmiany nie byli wcale cicho, debatując na temat, do której łazienki wszedł Harry. Wciąż mogłam słyszeć jego dudniący głos, kiedy skręciłam za róg, lekko się uśmiechając.

Jeśli to było wszystko na co nas stać, krótkie chwile całowania w łazience i obściskiwania się w schowku, to mi to wystarczało. Wystarczało mi wszystko co było związane z Harrym.

I miejmy nadzieję, że sprawy będą dalej tak wyglądały. Nasz problem z Kevinem pojawił się i zniknął i mogłam się jedynie modlić, że nasze wszystkie inne problemy też tak samo się rozwiążą. Ale moja nadzieja nie była bardzo mocna, ponieważ już zdążyliśmy się nauczyć, że po promieniu szczęścia przychodzi burza strasu i zmartwień. I zważając na to, że dziś szczęście było po naszej stronie, miałam przeczucie, że niedługo stanie się coś bardzo złego.
                                                                                                               
Yay w końcu miałam przyjemność tłumaczyć scenę pocałunku, jak do tej pory wszystkie fajne rozdziały  oprócz 16 i 17 przypadały Natalii;P
Jutro wyjeżdżam i na pewno będę miała problem z internetem, ale mam nadzieję, że to nie opóźni dodawania rozdziałów ~Magda
dziękuję za wszystkie piosenki podesłane dla mnie pod ostatnim rozdziałem :) w dzisiejszym jest piosenka także polecona przez jedną z was pod rozdziałem 34, thanku thanku według mnie fajnie pasuje ~natalia :)x