poniedziałek, 15 września 2014

Rozdział 43

bardzo ważna notka, więc przeczytaj, bo będą zmiany

Kurwa.

Dzisiaj uciekamy. Dzisiaj kurwa uciekamy ze Szpitala Psychiatrycznego dla Przestępców Wickendale. To ten moment. Czekałem na ten dzień odkąd mnie tu zamknęli i właśnie nadszedł. Cały czas miałem oczywiście wielką nadzieję, że wreszcie zwiejemy, ale to wydawało się zbyt wspaniałe, żeby mogło być prawdziwe.

No i byłem kłębkiem nerwów. Nie denerwowałem się zbyt często, ale teraz chłodny, stanowczy Harry trząsł się ze strachu. Złe myśli i powątpiewanie gromadziły się w mojej głowie wraz z obawą. Od podekscytowania aż skręcało mnie w żołądku, a zdenerwowanie ulatywało ze mnie w postaci potu. Wraz z Rose doszlifowaliśmy każdy szczegół, ale to nie znaczyło wcale, że nie ma skazy czy dziury w naszym planie. A jeśli coś rzeczywiście pójdzie nie tak i ona ucierpi, przysięgam, że...

Potrząsnąłem głową nim posunąłem się za daleko z moimi myślami. Nic jej się nie stanie, bo na to nie pozwolę. Wyciągnę nas stąd oboje. Ale to przekonywanie wcale nie ukoiło moich nerwów. Ani to, że to Rose ma zrobić pierwszy krok. To znaczy, po tym jak Lori wyłączy zasilanie. Bo to ona ma klucze. To ona pierwsza opuści swoją celę i będzie błądziła w ciemnościach korytarzami samotna i bezbronna.

Wstałem. Musiałem się czymś zająć, nie mogłem siedzieć cały czas na krawędzi łóżka. Zacząłem chodzić w tą i z powrotem przeciągając dłonią po włosach. Co, jak ktoś ją dostrzeże zanim nawet dobiegnie do mojej celi? I nie będę w stanie nic z tym zrobić?

Kurwa, muszę się uspokoić. Gdyby tylko Lori mogła zrobić już, co ma do zrobienia, żebym nie musiał przez tyle czasu o tym rozmyślać. Ale byłem zmuszony siedzieć tu i odliczać minuty do akcji, powtarzać sobie w głowie plan i wymyślać nowe problemy, jakie mogą stanąć nam na drodze. Część pierwsza: Lori wyłącza prąd, Rose otwiera swoją cele, a potem wypuszcza mnie, ja załatwiam Jamesa, kiedy Rose zabiera nasze torby. Potem się znowu spotykamy. Moja głowa była tak przepełniona innymi myślami, że nie dałem rady przetworzyć reszty punktów. Takich, jak na przykład, bycie sam na sam z Rose. Albo co jak jakiś strażnik czy inny pracownik stanie nam na drodze. Jak błądzenie po tym budynku. Takich, przez które wahałem się, czy naprawdę powinienem opuszczać miejsce, gdzie podobno pomaga się wariatom.

I wtedy światła zgasły.

ROSE'S POV

To, że byłam zdenerwowana było niedopowiedzeniem. Trzęsłam się, było mi niedobrze, nie byłam w stanie głęboko oddychać. Nie spieprz tego, powtórzyłam sobie znowu. Zbyt długo stawiałam sobie za cel wydostanie stąd Harry'ego i musiałam to wreszcie uiścić. Kto wie, jakie byłyby konsekwencje niepowodzenia.

Klucz spoczywający w mojej kieszeni wydawał się za ciężki, jak gdyby całe moje nerwy i strach ciążyły na tym kawałku metalu. Zerkałam co chwilę na zamek za kratami, które oddzielały mnie od świata i wyobrażałam sobie jak go już odblokowuję. Przypominałam sobie drogę do celi Harry'ego, jakbym odtwarzała w kółko jedną taśmę, aż do znudzenia. Wyobrażałam sobie, że siedział teraz w swojej celi równie poddenerwowany jak ja. Założę się, że trzymał między wargami papierosa, a brwi miał ściągnięte. Może siedział podrygując nogą, może chodził w kółko.

Nie powinnam sobie tym zaprzątać głowy, bo miałam lepsze rzeczy do roboty, ale nie mogłam się doczekać, aż stąd wyjdziemy i będziemy ze sobą tak, jak chcieliśmy. Jeśli stąd uciekniemy, będę mogła poczuć silne ciało Harry'ego, jego gładką skórę, jego wspaniałe usta i piękne dłonie. Oczywiście były też inne powody, dla których chciałam uciec, ale z całym tym stresem i przerażeniem tęskniłam za czymś, co by sprawiło, że zapomnę.

Ale najpierw będziemy musieli się z tym zmierzyć. Będziemy musieli przezwyciężyć zadanie, które wywoływało u mnie wielki strach i ogromne zdenerwowanie. A wiedziałam, że im szybciej to zrobimy, tym lepiej. Ale mimo wszystko, bałam się momentu, w którym wysiądzie prąd. Bo wtedy będę już zmuszona to wcielenia w życie bardzo ryzykownego, bardzo niebezpiecznego planu, który nie obejmował jedynie mnie, ale także mężczyznę, którego kochałam. To przesądzi o naszej przyszłości i dalszym naszym życiu, i wszystko to spoczywało na mnie. Ale luzik.

A wtedy, jak było planowane, światło na korytarzu zgasło. Dźwięk maszyny, który nawet nie zdawałam sobie sprawę, że słyszę, powoli cichł. Przerażająca cisza zapadła w opustoszałej ciemności. Było czarno, zupełnie czarno i ledwo cokolwiek widziałam. Moje serce zaczęło szybko bić w mojej klatce piersiowej, a ja głośno przełknęłam ślinę.

Nagle usłyszałam coś z korytarza. Wystraszone jęki, donośne krzyki i okropne wołanie rozbrzmiało we wszystkich holach.

Zebrałam się do kupy i podeszłam do drzwi. Rozejrzałam się po obydwu stronach, choć niewiele widziałam. Błądziłam dłonią po metalowym wypukleniu znajdującym się od zewnątrz drzwi i znalazłam dziurkę na klucz. Sięgnęłam czym prędzej do kieszeni znowu patrząc na boki, mimo że nie miało to większego sensu. Jak najciszej mogłam przytknęłam klucz do otwarcia. Kilka razy próbowałam, a moja adrenalina z każdą próbą wzrastała, ale w końcu usłyszałam kliknięcie.

Popchnęłam delikatnie drzwi, a one zaskrzypiały otwierając się. Ha! Tak! Żaden z pacjentów nawet nie zauważył, byli zbyt przejęci i zbyt zaślepieni w ciemności.

Nie spodziewałam się niczego innego, ale uradowanie samym faktem, że zaszliśmy tak daleko, było zarówno ekscytujące, jak i  przerażające. Ekscytujące, bo jeden z najważniejszych punktów został po części odhaczony z listy: wydostanie się z celi. Ale też przerażające, bo teraz musiałam wyciągnąć z niej8o=Harry'ego, który był kilka korytarzy dalej. A kto wie, co mnie spotka na tej drodze.

HARRY'S POV

Gdzie do kurwy nędzy podziewała się Rose? Już od kilku minut nie było prądu. Powinna już tu być na serio powinna przybiec jakieś trzydzieści sekund temu. Co jak ją złapali? Co jak ją zaciągali właśnie do pani Hellman? Lub co jak jeden z tych chorych ochroniarzy postanowił ją wykorzystać, skoro nikt nie będzie mógł nic w ciemności zobaczyć?

Torturowałem się tymi myślami ściskając mocno metalowe pręty. Byłem cały spięty, a mój oddech przyśpieszał z sekundy na sekundę. Musiałem zapalić kurwa.

Przyciskając głowę do stali, która mnie tu trzymała starałem się dosłyszeć kroki Rose. Ale ciężko było, ze względu na wrzaski, krzyki i jęki. Nagle blade czerwone światło zaczęło migotać, co mnie na początku zirytowało. Utrudni nam to ucieczkę.

Ale już kilka sekund później dziękowałem, że się paliło, bo zarysowała się w  nim figura Rose biegnącej przez hol. "Dzięki Bogu", pomyślałem, a moje napięte ramiona rozluźniły się odrobinę.

-Rose! - odważyłem się zawołać ją szeptem. Nie wydawało się, żeby ktoś zauważył, za bardzo zajęci byli tym, jak ciemność wpływała na ich umysły.

Spojrzała mi w oczy, a ja wreszcie mogłem oddychać. Szybko znalazła się przy mojej celi, a presja jaką wywierała na nią sytuacja, w której się znaleźliśmy sprawiła, że poruszała się szybciej i zwinniej. Zanim się zorientowałem majstrowała już przy zamku. Przyglądałem się i wyrównałem oddech, ale znowu przyśpieszył, gdy drzwi się otworzyły.

Oplotła mnie od razu rękami, jakbyśmy mieli to od początku zaplanowane.

-Kurwa, Rose, nawet nie wiesz, jak się martwiłem. - odetchnąłem z ulgą.
-Przepraszam - wymamrotała w mój tors.
-Nie, nic się nie stało, świetnie sobie radzisz. - powiedziałem jej, odsuwając się, by nie marnować więcej czasu. Pocałowała mnie krótko i namiętnie, jakby miało to nam dodać sił przy ucieczce. -Spotkamy się w gabinecie Kelsey, uważaj na siebie.

Rose przytaknęła i ostatni raz cmoknąłem ją w czoło nim się rozdzieliśmy. Wcale nie był to najlepszy pomysł, ale było to jedyne wyjście na tym etapie naszego planu. Poza tym, nie chciałem, żeby była świadkiem tego, co za chwilę zrobię.

ROSE'S POV

Musiałam tylko przemknąć niezauważona obok strażników dopóki nie dotrę do biura Kelsey. Zwykle było tak, że pracownicy musieli donieść pani Hellman o tego typu sytuacjach, więc pewnie większość z nich w tym momencie udawała się właśnie do niej. Co oznaczało, że raczej będą szli w przeciwnym kierunku, niż ja. Póki co jest dobrze.

Próbowałam się jakoś pocieszać w ten sposób, ale jedyne, o czym myślałam to Harry i James. Nie że nie chciałam, by James umarł, ale nie chciałam, żeby Harry kogokolwiek zabijał. Nie ważne kogo, bo odebranie życia komukolwiek nie jest powodem do dumy. A Harry aż rwał się do tego. Mimo wszystkiego, co James miał na sumieniu większość ludzi nie byłaby w stanie rzeczywiście kogoś zabić z taką łatwością i chętką jak Harry. Nie przerażało mnie to ani sprawiało, że patrzyłam na niego bardziej sceptycznie, ale po prostu tak nie powinno być.

Wyglądało jednak na to, że nie miałam wiele do gadania. To w końcu było nieuniknioną częścią ucieczki. Wolałam ignorować to dziwne uczucie niż siedzieć tu do końca życia.

Zdecydowałam się więc skupić na moim zadaniu. Wędrowałam korytarzami w stronę gabinetu Kelsey, który na pewno był otwarty. Ale znowu coś mnie tknęło i pomyślałam, że to przecież nie może być aż takie proste. Że coś pójdzie nie tak.

Weszłam do pokoju Kelsey z pewną obawą zamykając za sobą drzwi. Tu też świeciło się to czerwone światełko, dzięki czemu dojrzałam dwie małe, ale porządnie dopchnięte torby na biurku. Jedna dla Harry'ego i jedna dla mnie. Podziękowałam w głowie Kelsey i Lori, które z resztą znajdowały się teraz prawdopodobnie u pani Hellman w gabinecie. A później zaczęłam już tylko obserwować drzwi i czekać na Harry'ego, aż zgładzi, kogo miał zgładzić.

HARRY'S POV

Obserwowałem Jamesa przez kilka tygodni. Niezwykle ostrożnie, odnotowując sobie wszystko w głowie za każdym razem, gdy go widziałem. Zerkałem na niego na korytarzach, podsłuchiwałem jego rozmów, zbierałem informacje od innych. Normalnie nie chce mi się patrzeć na mordę tego fiuta, ale stanowiło to nieodzowny element naszego planu. I ta odrobina wystarczała mi, by domyślać się, gdzie może się znajdować o tej porze. Od kilku godzin patrolował pewien hol, ciągle w kołnierzu ortopedycznym. Miałem tylko nadzieję, że nie szedł właśnie do biura pani Hellman, bo on, jako jej syn, wiedział pewnie, co robić w takich momentach.

Wszedłem na owy korytarz, a tam kurwa on. Nie spodziewałem się, że będzie to aż tak dziecinnie proste, ale wyglądało na to, że szczęście mi dzisiaj sprzyja. Cicho, ale też szybko podszedłem w jego stronie, nie chcąc dawać mu zbyt wiele czas na wyjęcie broni.

Udało mi się zbliżyć do jego pleców. Tak mi kurwa gładko szło, że aż się zaczynałem martwić. Może wreszcie szczęście się do nas uśmiechnęło.

Byłem szczęśliwy jak dziecko, więc dziecinnie szturchnąłem go w ramię. Gdy zdążył się obrócić wymierzyłem potężny cios w jego szczękę, aż usłyszałem pęknięcie.

Wygląda na to, że pójdzie bezproblemowo. Wiedziałem po ostatniej bójce, że nie ma ze mną szans.  A wiedziałem też, że tym razem James nie powróci.
________________________________________________
czeeeeść kochani! :) wiem, że rozdział jest niesamowicie ekscytujący i to jest to, na co się czeka, ale mam pewną wiadomość do przekazania. dla niektórych być może będzie zła, inni się może ucieszą, ale odchodzę z psychotic. to mój ostatni rozdział, który przetłumaczyłam na tym blogu, więc mimo wszystko, mam nadzieję, że wam się spodobał. mam nadzieję, że jednak większość zapamięta mnie jako dobrą tłumaczkę i administratorkę bloga. powód jest jeden i to rzecz jasna brak czasu. byłam tutaj od początku i nie powodowałam żadnych obsuwek ani nic. wyjątkiem był poprzedni rozdział, ale tłumaczy to ten sam powód, dla którego całkiem rezygnuję. jak wiecie, albo i nie, jestem aktualnie w klasie II LO i mnie zajebali robotą. w tym roku odeszły mi przedmioty przyrodnicze i mam jedynie "przyrodę", więc wydawałoby się, że mniej pracy. ale to tylko pozory, bo dostałam 8 godzin polskiego, 5 historii i 5 hiszpańskiego. nie narzekam, bo całkiem lubię te przedmioty, nie bez powodu udałam się na human, ale taki natłok godzin prowadzi do zwiększonej ilości klasówek, które nie są już porozkładane odlegle w czasie. sprawdziany z historii, niezwykle trudne, mam co dwa tygodnie, a w między czasie odpowiedź. z polskiego na sam pierwszy semestr są ok. 34 lektury, a hiszpański to wkuwanie słówek, też na częstsze niż w zeszłym roku prace klasowe. dodajmy do tego inne przedmioty, z których mam oczywiście mniej pracy, ale nie znaczy to, że nie mam jej wcale. poza tym zostałam czasowo odcięta od komputera i telefonu w tym samym czasie. nie wyobrażam sobie znaleźć w takich warunkach chwili na przetłumaczenie czegokolwiek. wiecie, że gdyby nie była to sytuacja rzeczywiście kryzysowa zostałabym. pomyślcie, przecież w tym rytmie tłumaczenia, dla mnie zostają jakieś trzy rozdziały do końca części pierwszej: psychotic. mogłabym przecież już dotłumaczyć do końca i nie zaczynać już po prostu części drugiej: chaotic. sami widzicie, że gdybym naprawdę nie miała problemów z nadążaniem w pościgu do matury wcisnęłabym tłumaczenie w czas wolny. zostawiam was jednak w dobrych rękach, bo magda potrafi zająć się blogiem, a już z tego co wiem jest kandydatka na moją zastępczynię. jak już z magdą rozmawiałam, psychotic to "nasze dziecko" i będzie mi brakowało odpowiadania na wasze pytania na asku, czytania waszych wspaniałych komentarzy, wybierania beznadziejnych piosenek, które kocham i opiekowania się estetyką bloga i obczajania, jakimi reakcjami odnośnie psychotic dzielicie się na twitterze. nigdy nie planowałam porzucania bloga, a już tym bardziej w takim momencie, bo chciałam zostać do tłumaczenia chaotic. no nic, mam nadzieję, że magda bloga beze mnie nie zapuści hahahah.

trzymajcie się, kocham was i dziękuję za wszystkie miłe słowa, jakie do tej pory zawsze od was dostawałam, będę tęsknić za tym blogiem ♥♥♥ ~natalia :)x

O BOŻE NATALIA RYCZĘ PRZEZ CB;(((((((( Nie zostawiaj mnie z naszym wspólnym, jedynym i najukochańszym dzieckiem no;( teraz jak pomyślę ile ty w to wszystko włożyłaś pracy i serca, to ja nwm jak ja sb bez cb poradzę kochana! Mam nadzieję,  że jeszcze kiedyś będziemy nad czymś razem pracować i nie zostawisz bloga tak całkiem, a przede wszystkim, że nie stracimy kontaktu!
To prawda, że mam już dwie kandydatki na zastępstwo (i już niedługo będziecie mogli coś od nich przeczytać), ale na pewno nikt nie zastąpi nam naszej wspaniałej Natalii:(( BĘDZIEMY TĘSKNIĆ!! ~ Magda
 

wtorek, 9 września 2014

Rozdział 42

HARRY'S POV
 
Zaczęło się od koszmaru.
 
Dni ciągnęły się przez przeszywające uszy krzyki, tłumione szepty szaleńców, niekończące się minuty samotności i wszystkie zbyt krótkie chwile spędzone z Rose. Spanie, śniadanie, lunch, kolacja, znów spanie z gównianymi terapiami grupowymi wmieszanymi w to wszystko. Codzienna rutyna. Wszystko mdłe i nudne. Nie działo się nic niezwykłego lub niezwykłego jak na szpital psychiatryczny. Pracownicy wykonywali swoją pracę, a pacjenci robili to co zwykle.
 
A przynajmniej tak wydawało się wszystkim, oprócz naszej małej, pełnej nadziei, czteroosobowej grupki, która na pewno zajmowała się czymś w ukryciu. Lori i Kelsey dyskretnie znosiły nam wszystkie niezbędne rzeczy z największą ostrożnością, podczas gdy Rose i ja chodziliśmy z minami pt. "To miejsce jest do dupy, szkoda, że będziemy tu do końca życia". I podziwiałem Lori and Kelsey, bo ryzykowały dla nas utratę pracy. Pomimo mojego nastawienia, naprawdę byłem im wdzięczny, a w szczególności Lori. Mimo wszystko nie mogłem zrozumieć, dlaczego były wobec nas takie lojalne.
 
A teraz mieliśmy plan, który powoli wprowadzaliśmy w życie. Był bardzo ryzykowny, bardzo specyficzny, ale mimo wszystko bardzo dobrze przemyślany. Jeśli mieliśmy nawet najmniejszą szansę na to, żeby wydostać się stąd w ciągu kilku najbliższych miesięcy, to ja jak najbardziej w to wchodziłem. Ponieważ każda sekunda w towarzystwie Rose, była przypomnieniem o tym co się może stać, jeśli tu zostaniemy. Musiałem ją stąd wyciągnąć i zrobić to szybko. Jednakże szybkość nie była czymś co mogłem w tej chwili otrzymać. Brnęliśmy przez dni z bolesną cierpliwością, jak ludzie przedzierający się przez rzekę kiedy powinni zjechać zjeżdżalnią wodną.
Do czasu koszmaru. Wszystko zaczęło przyspieszać po tym okropnym śnie.  Zaczął się tak jak cała reszta. Było zimno i ciemno i byłem całkowicie nieświadomy niebezpieczeństwa kryjącego się w cieniu. Z wyjątkiem, że tym razem zacząłem biec. Nie pamiętałem dlaczego i wszystko co widziałem to ledwo dostrzegalne kontury drzew.  Moje stopy niosły mnie w dal z powiewającym w moich włosach wiatrem , który muskał moją skórę. Biegłem i biegłem, jakbym miał ukończyć wyścig, z prędkością jaką moje płuca palacza mogły ledwo wytrzymać. Jakby impuls elektryczny transportował adrenalinę przez moje pędzące ciało. Zacząłem odczuwać podekscytowanie, mknąc po miękkiej trawie pod moimi bosymi stopami. Wiatr szumiał mi w uszach i moje serce biło w piersi, a ja ciągle przyspieszałem. Minęło sporo czasu odkąd byłem na zewnątrz; odkąd zostałem zamknięty i w tym momencie czułem się niezwyciężony.
 
Zamknięty. Mój rozentuzjazmowany umysł, zaczął zastanawiać się nad tą myślą. Zamknięty? Dlaczego miałbym być zamknięty i gdzie?
 
Wickendale.
 
Nagle sobie przypomniałem dlaczego biegłem. Moje tempo zaczęło słabnąć i mój radosny uśmiech zaczął blaknąć. O czymś zapominałem. Czegoś brakowało. Moje nogi zwolniły do truchtu. Czarne drzewa zrobiły się  bardziej przerażające, jakby przypominając mi, że byłem w niebezpieczeństwie. Zacząłem iść. Kruk przeleciał nisko nad moją głową z kolejnym  ostrzeżeniem. Moje serce wciąż waliło jak szalone w mojej piersi, ale nie z wyczerpania. Powietrze było ciężkie od smug mgły. W powietrzu wisiało coś bardzo złowrogiego. Przyprawiało mnie to o gęsią skórkę, i sprawiało, że włos jeżył się na karku.
 
Ale niechętnie brnąłem do przodu przez smugi mgły, przez trawę i przytłaczające drzewa. Droga chyliła się w dół zbocza, prowadząc do czegoś co wyglądało jak woda. Moje oczy starały się dostrzec coś przez gęste powietrze, które rozstąpiło się ukazując coś w rodzaju jeziora. Mimo to czułem, że coś jest nie tak. Ale nie mogłem zawrócić. Więc podszedłem do brzegu i stałem tam przez chwilę, wsłuchując się w dźwięki, które mogły potwierdzić moje pełne strachu przypuszczenia. Przyglądałem się blado szarym wodom, wypatrując zmarszczek na tafli wróżących pojawienie się ewentualnego drapieżnika.
 
Coś było w tej wodzie. Ciemne i wijące się jak rozlany atrament. Zdecydowałem się zrobić jeszcze jeden krok, moja stopa zanurzyła się w zimnym jeziorze. A potem jeszcze  jeden krok. I kilka następnych, dopóki obraz nie zrobił się lepiej widoczny. Były to włosy dziewczyny rozpostarte jak wachlarz. Poczułem jak krew odpływa mi z twarzy. I Boże nie chciałem jej obracać, żeby ujrzeć jej twarz, bo wiedziałem, że to nie była zwykła dziewczyna, ale martwa dziewczyna, źródło mojego strachu. Ale mimo wszystko moja ręka wyprostowała się i dotknęła materiału pod ciemnymi pasmami. Cofnąłem się, kiedy niechętnie odwróciłem ciało dziewczyny na plecy.
 
I wtedy zacząłem krzyczeć.
 
Przede mną w wodzie dryfowało to o czym zapomniałem, niepokojące nieznane niebezpieczeństwo. Natychmiastowo zapiekły mnie na ten widok oczy, tak że musiałem odwrócić wzrok.  Leżała tam Rose ze swoją gładką bladą cerą, czerwonymi ustami lekko rozchylonymi i pięknymi czarnymi włosami rozłożonymi na powierzchni wody, sprawiając, że wyglądała jak jakaś bogini. Ale pod tym, zaczynając od jej szyi, było to od czego robiło mi się niedobrze na sam widok. Jej skóra była obdarta z jej niegdyś pięknego ciała. Była tylko samym mięsem,  jak zarżnięte zwierzę, pokrytym czerwoną krwią.
 
Moje serce podskoczyło, wydałem z siebie okrzyk i próbowałem się odwrócić, ale mój śniący umysł mi na to nie pozwalał. Obraz pozostał. Rose, która była moją siłą, była kolejną rzeczą, jakiej nie udało mi się obronić. I moją karą było widzieć ją w takim stanie, jej piękną martwą twarz, bez życia plątanina mięśni i żył.
 
Nagle krzyki przedostały się do mojej świadomości, kiedy obudziłem się z ochrypłym krzykiem rozdzierającym moje gardło. Moje oczy szukały w ciemności Rose, tej żywej, ale odnalazły jedynie moją brudną celę.
 
Ale ulga była wystarczająca. Wiedziałem, że Rose była żywa, i że była w swojej celi, tak jak za każdym razem, kiedy te okropne sny się pojawiały. Wszystko będzie dobrze. Wiedziałem, że Rose była bezpieczna. To czego jednak nie wiedziałem, to to, że ten ostatni przerażający koszmar, zapoczątkuje naszą ucieczkę.
 
ROSE'S POV
 
Dni były nudne i nie czułam, żadnego podekscytowania czy radości,  ale nie czułam też cierpienia lub smutku. Nudziłam się już po prostu oczekiwaniem. Chciałam stąd uciec i chciałam zrobić to już, a cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną.
 
Więc, kiedy Kelsey poinformowała mnie o przełomie w naszej sprawie byłam podekscytowana. Nie mogłam się doczekać, żeby powiedzieć Harryemu, niemal podskakując w drodze przez oddział. Prawdopodobnie wyglądałam na bardziej szaloną niż połowa tutejszych pacjentów.
 
Wpadłam przez drzwi i podeszłam prosto do niego, z trudem powstrzymując uśmiech. Również powitał mnie z uśmieszkiem na twarzy. Po szybkim przywitaniu i krótkim pocałunku, chciałam przejść prosto do tematu, ale Harry odezwał  się pierwszy.
 
- Jak myślisz, dlaczego one to dla nas robią? - zapytał.
- Co? - powiedziałam, zaniepokojona pytaniem.
- Dlaczego Kelsey i Lori pomagają nam uciec? Ryzykują utratą pracy i tak dalej.
- Ponieważ wiedzą, że nie zasługujemy by tu być. Kelsey jest moją najlepszą przyjaciółką i chce, żebym stąd uciekła, a Lori mówiła coś o przejściu na emeryturę, kiedy jeszcze z nią pracowałam. Może chciała zrobić ostatnią rzecz na złość pani Hellmam, zanim odejdzie.
 
Harry kiwał głową, analizując moje słowa. Zadawałam sobie to pytanie wiele razy, mając nadzieję, że to nie zasadzka; bo po wszystkim co się wydarzyło, wcale by mnie to nie zaskoczyło. Ale wierzyłam, że Kelsey i Lori naprawdę chciały nam pomóc.
 
Wykorzystałam moment, kiedy Harry zastanawiał się nad moimi słowami, aby obwieścić dobrą nowinę.
- Mam klucz - wyszeptałam.
- Masz co? - spytał, a uśmiech momentalnie zaczął formować się na jego twarzy.
- Kelsey mi go dała. Mamy plan, mamy klucz, Lori ma nasze torby z wszystkimi niezbędnymi rzeczami. Harry, jesteśmy gotowi, żeby uciec z Wickendale.
 
Jego uśmiech był największy i najbardziej olśniewający jaki u niego widziałam od jakiegoś czasu.
 
- To jest kurwa niesamowite - powiedział, przyciągając mnie do siebie w mocnym uścisku . - W końcu się stąd wydostaniemy - wyszeptał w moje ucho. Śmiałam się razem z nim, ale nie czułam tego tak jak powinnam. Nie byłam aż tak szczęśliwa. I Harry musiał to zauważyć, musiał usłyszeć nieobecność w moim śmiechu i to że jestem nieco zdenerwowana.
 
- Co jest? - spytał, odsuwając  się, aby spojrzeć mi w oczy - Coś nie tak? - Brzmiał na trochę zawiedzionego, że nie podzielam jego entuzjazmu.
- To tylko... Nie wiem, po prostu się boję. Mam wrażenie, że to nie może być takie proste, ale z kolei co jeśli jest? Policja będzie nas szukać  do końca naszego życia, Harry.
- Wiem - odpowiedział cicho. - Ale lepiej uciekać przed tym miejscem, niż utknąć w nim. Przetrwaliśmy całe gówno pani Hellman, więc najwyższy czas, żeby jej go trochę oddać.
 
Skinęłam, ale wciąż nie byłam przekonana. Nasz plan wiązał się z kilkoma niebezpiecznymi rzeczami i naprawdę nie chciałam, żeby coś poszło nie tak. Oczywiście, że cieszyłam się na myśl o wolności, ale byłam też kłębkiem nerwów.
 
- Rose, przysięgam na Boga, wydostaniemy się stąd - zabrzmiał głos Harryego, miękki i kojący. - Może i coś pójdzie źle, ale poradzimy sobie. Wydostaniemy się z tego cholernego budynku i będę cię chronił cały czas, okej??
 
Jego usta przycisnęły się do mojej skroni, szepcząc: - Będziesz bezpieczna, Rose.
 
Skinęłam, po czym niechciana łza spłynęła mi po policzku. Nasze krzesła były już i tak blisko, więc z łatwością ułożyłam głowę na jego ramieniu; moja ręka spoczęła na jego brzuchu, a jego objęła moje ramiona.
 
- A co będzie po ucieczce? - spytałam.
- Po ucieczce będziemy biec. Pobiegniemy kilka mil z dala od tego miejsca i kiedy będziemy już wystarczająco daleko, wsiądziemy do samolotu i odlecimy. Myślałem o Fiji, może Bahamach. Gdzieś za granicą, jakieś tropiki, gdzie będziemy mogli się kochać na plaży i pić pina coladę. Nikt tam nie będzie słyszał o londyńskich zbiegach i będziemy bezpieczni i szczęśliwi. Brzmi dobrze? - spytał, ocierając kciukiem pojedynczą łzę z mojego policzka.
 
Pomysł był oczywiście tylko marzeniem, ale uśmiechnęłam się tak czy inaczej. Sekrety o rzekomym morderstwie Harryego zniknęły w powietrzu jak bańka mydlana i wiedziałam, byłam pewna, że nie było lepszej osoby, z którą mogłabym uciec ze szpitala psychiatrycznego.
 
- Brzmi idealnie - zaśmiałam się.
 
Jeden ze strażników  obrzucił nas czujnym spojrzeniem, ale nie zareagował na naszą bliskość. Nikogo tak naprawdę nie obchodziliśmy, odkąd oboje byliśmy pacjentami i nie byli jeszcze świadomi tego, że niedługo miało się to zmienić.
 
- Więc kiedy według Kelsey powinniśmy wcielić nasz plan w życie? - spytał Harry.
- Jutro. Kelsey i Lori  obie są gotowe.
 
Poczułam  jak się wyprostował i westchnął.
- Cholera - powiedział. - Jutro uciekamy z Wickendale?

- Taa - powiedziałam z dużo większą obojętnością, która niż to co naprawdę czułam. Harry i ja mieliśmy się jutro wydostać z instytucji dla psychicznie chorych.

                                                                                             
                                                                                    
idk wgl mi nie szedł ten rozdział,  przepraszam;( wielkie rzeczy nadchodzą, podekscytowani?! ~Magda
Cze tu XYZ pojawiłam się tylko dziś i znikam po poprawieniu tego rozdziału. Mam nadzieję, że nie ma wielu błędów i podoba wam się ten rozdział. xx

NO WIĘC NATALIA MA JAKĄŚ  AWARJĘ I DOPIERO DZIŚ MI NAPISAŁA WIECZOREM, ŻE NIE ZROBIŁA KOREKTY I NIE WRZUCIŁA ROZDZIAŁU I NIE MA DOSTĘPU DO INTERNETU I JAKIEŚ WAŻNE SPRAWY NA GŁOWIE, WIĘC NA SZYBKO SZUKAŁAM KOGOŚ, ŻEBY TO ZROBIŁ. BEZ HEJTU PROSZĘ, SYTUACJE LOSOWE SIĘ ZDARZAJĄ CNIE, CHYBA ROZUMIECIE, SIŁA WYŻSZA JEDNYM SŁOWEM.
I jak wam się podoba korekta w wersji XYZ (kocham cie, dziekuje!!!)?? Może zatrudnimy ją na stałe jako naszą "awaryjną" tłumaczkę?? ~Magda

niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozdział 41


Wyglądało na to, że setki pracowników i pacjentów podchodziło sceptycznie do Harry'ego. Wszyscy denerwowali się w jego obecności, i nie bez powodu. Zdarzyło mu się zrobić parę złych rzeczy. Kłamać, zabijać, kraść i łamać zasady. Nie obdarł ze skóry żadnej kobiety, ale to nie oznaczało, że był zupełnie niewinny. Z wielu bezowocnych sesji terapeutycznych nauczyłam się jednego - nie ufać mu. Jego zawiły umysł krył coś ciemnego. To, czy był dobry, czy zły należało do kwestii spornych. Ale istniała różnica między byciem dobrym a dobrym dla Rose.

Był wyjątkowo zaciekły. Czasem było to jego wadą podsycającą gniew i nienawiść, ale czasem miało to dobre skutki, na przykład przy zakochiwaniu się w Rose. Więc dlatego, i tylko dlatego zdecydowałam się pomóc im obojgu. Pomogę mojej najlepszej przyjaciółce zbiec z tego miejsca z  mężczyzną, który już od jakiegoś czasu jest częścią planu, z nadzieją, że Harry się o nią zatroszczy.

-To nie będzie proste.
-No nie pierdol. - wybełkotał Harry.
-Musimy wymyślić, jak uwolnimy was z waszych cel. Potem będziecie musieli minąć strażników, następnie przedostać się na Oddział C, a potem do tunelu. Nigdy nikt tego nie zrobił.
-Tak, bo nikt nie miał po swojej stronie ciebie, prawda? - spytała Rose - No bo ci, którzy wcześniej próbowali uciec nie mieli pomocy pracowników czy innych pacjentów.
-Racja. - zgodziłam się
-Możemy wam dać klucze i załatwić wszystkie niezbędne rzeczy  - wtrąciła Lori zanim zdążyłam coś dopowiedzieć.
-Możesz wyłączyć zasilanie. - oczy Rose zaświeciły się.
-I zorganizować nam broń. - dodał Harry

Każdy pomysł dodawany do moich i Lori obowiązków był większym obciążeniem. Będę musiała przemycić Harry'emu i Rose wszystkie potrzebne materiały, nie dając się przy tym złapać i nie wylatując z pracy, a to wywierało na mnie ogromną presję. Przecież samo to małe zebranie było wystarczająco ryzykowne. Nie dalibyśmy rady wszystkiego zharmonizować, gdyby nie to, że pani Hellman była na szczęście nieobecna. Bez dwóch zdań, nie spotkalibyśmy się w moim gabinecie pod jej nadzorem. Ale najwyraźniej nawet diabeł choruje.

Skoro więc jej nie było, wykorzystaliśmy to. No może po części dlatego, że była chora, a po części dlatego, że Harry bardzo nalegał. Rose na pewno nie zostałaby odprowadzona na salę w najbliższym czasie, ale wyglądało na to, że sama myśl o jej operacji doprowadzała go do czystego szaleństwa. Ze dwadzieścia razy pytał, jak uciekną, więc razem z Lori zaciągnęłyśmy ich tutaj.

-Ma ktoś jakiś zeszyt czy coś? - spytała Rose.

Sięgnęłam do mojego biurka, pociągając klamkę od szuflady. Chwyciłam blok kartek i wręczyłam Rose, która podziękowała po ciuchu, otwierając go.

-Tak więc potrzebujemy planu. - wymamrotała do siebie, zakładając kosmyk włosów za ucho i coś bazgrząc. Rzuciłam okiem na Harry'ego i zauważyłam, jak przygląda jej się z troską, nie spuszczając wzroku z jej twarzy. Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że pomimo tego, ile nas od siebie różniło, jedno mieliśmy wspólne. Oboje znaliśmy los Rose, jeśliby tu została i oboje baliśmy się, że przeobrazi się on w rzeczywistość. Oboje czuliśmy silną potrzebę wydostania stąd kogoś, na kim nam zależało. Choć panika Harry'ego i jego troska przerastały moje to i tak oboje to czuliśmy. Stało się to oczywiste, dzięki zmartwionym wyrazom twarzy oraz krótkim spojrzeniom, jakie posyłali sobie nawzajem podczas naszej małej narady.

-Najpierw odetnę zasilanie. - odezwała się Lori. Stała przy biurku, opierając się o nie, ja siedziałam na blacie, obok niej, a Harry i Rose zajmowali miejsca na dwóch krzesłach przed nami.
-Okej. - zgodziła się Rose, dopisując. - Ale to tylko dla odwrócenia uwagi, co nie? Zamykają teraz wszystkie cele ręcznie po tym, co stało się ostatnio, więc jak się wydostaniemy?
-Może jedna z was załatwi nam zapasowe klucze? - zapytał Harry

Lori westchnęła. Była to dla niej gehenna i opierała się temu, bo nie mówiła zbyt wiele. Ale nie miałam czasu spytać jej czemu.

-To będzie ryzykowne.
-Cała ta ucieczka jest ryzykowna. - odburknął Harry.

Rose przeniosła gwałtownie wzrok na Harry'ego, a potem spojrzała na Lori przepraszająco. Ale rozumiałam w sumie, czemu tak łatwo było go wyprowadzić z równowagi.

-Damy radę. - powiedziałam.

Harry skinął delikatnie w moją stronę w podziękowaniu. Chyba naprawdę chciał się stąd zmyć jak najszybciej, ale obiecałam sobie od razu, że nie dam kluczy jemu, tylko Rose.

-Okej. - mówiła Rose - Więc Kelsey załatwi nam klucz, Lori wyłączy prąd, my otworzymy sobie cele. A jak przedostaniemy się na Oddział C tak, żeby strażnicy nie zauważyli?
-Jest taka możliwość, że załatwicie nam bronie? - oczywiście to był Harry.
-Nie. - zaprotestowała Rose - Nie będę krzywdzić niewinnych ochroniarzy.
-Niewinnych. - sapnął Harry, ale nie zaprzeczał. - Nie o to mi chodziło, tylko na wszelki wypadek.
-Mogłybyśmy to zrobić. - powiedziałam - Może scyzoryk albo coś dla was obojga, w ostateczności. - Wiem, że wiele od nas wymagali, ale jak mogłoby być inaczej? Wcześniej podchodziłam do tego sceptycznie, ale teraz zdałam sobie sprawę, że gdybym była na miejscu Rose zrobiłabym dokładnie to samo. Kiedy pomyślałam o tym, że moja najlepsza przyjaciółka mogłaby zginąć z rąk przebrzydłej pani Hellman i jej syna, zaczęłam angażować się w ten plan coraz bardziej. Dostarczę im, czego trzeba. Chociaż tyle mogę zrobić.

-Wyłączę zasilanie. - dodała Lori, choć już to mówiła - Odwrócę ich uwagę.
-Dziękuję. - powiedziała słodko Rose - To powinno pomóc, ale nie wiem, czy wystarczy. Potrzebujemy czegoś jeszcze.

Wtedy zapadła na moment cisza. Harry jeździł palcami po dolnej wardze myśląc intensywnie, Rose pukała ołówkiem w notatnik, ja stukałam dłonią o blat, a Lori patrzyła się w sufit. To jedno pytanie krążyło nam wszystkim po głowach - jak Harry i Rose wymkną się strażnikom? Roiło się tu od ochroniarzy, do tego stopnia lojalnych, że niektórzy zamieniali się w chore potwory. Nie łatwo było im umknąć, nawet po ciemku.

-No to pewnie będziemy musieli zaryzykować. - zasugerował Harry. Wszyscy od razu gwałtownie się wzburzyli.

"Co?", "To nie wypali" i "To wariactwo" rozbrzmiały w pokoju naraz.

Harry podniósł ręce w samoobronie.

-W takim razie czy ktoś wpadł na coś lepszego? Chcę stąd zwiać i to jak najszybciej. Strażnicy nie będą raczej zajęci przeszukiwaniem, skoro wszyscy inni będą zamknięci i nie będą za wiele widzieli.
- Napewno ktoś cię złapie, za dużo tu pracowników. - sprzeczałam się. Wiedziałam, że chce się stąd szybko wydostać, ale teraz to po prostu gadał od rzeczy. - Nie możecie od tak przebiec do Oddziału C mając nadzieję, że jakoś to będzie.
-Potrzebujemy czegoś więcej. - zgodziła się Rose. Harry westchnął ciężko i przejechał ręką po gęstych włosach.
-Okej, czyli co? - spytał - Jak inaczej chcecie to rozegrać?

I znowu się zamyśliliśmy. Tkwiliśmy ciągle w tym bagnie i mogliśmy jedynie czekać, aż coś nam wpadnie do głowy. Ale nagle ktoś zapukał do moich drzwi. Męski głos odezwał się zza nich.

-Przyprowadziłem Sally Miguel.

Ja pieprzę.

-Przepraszam, zapomniałam, że mam sesję. - powiedziałam, a wszyscy wgapiali się we mnie. - Postaram się o następne takie spotkanie, okej?

Rose rozejrzała się po pokoju i wstała, a Harry po niej.

-Dziękuję. - odezwała się i uśmiechnęła do mnie i do Lori, zanim oddała mi zeszyt.
-Dzięki. - wybełkotał Harry. A później oboje poszli. Zauważyłam, że jak wychodzili to strażnik na zewnątrz wyglądał na zdezorientowanego. Obserwowałam Sally, gdy wchodziła, a potem zajęła to samo miejsce, na którym jeszcze przed chwilą siedziała Rose. Słuchałam niekończących się problemów Sally, które odbijały się echem w moich uszach. Ale tak naprawdę zastanawiałam się tylko nad tym, jak do cholery mam zdobyć ten klucz dla Harry'ego i Rose.

ROSE'S POV

Niekończące się minuty bez Harry'ego dłużyły się jak zwykle w tej instytucji. Siedziałam w mojej celi i po prostu myślałam. Mogłam jedynie spać i myśleć. Ale wreszcie nadszedł lunch, czyli jedyna część dnia, która utrzymywała mnie przy zdrowych zmysłach. Przedreptałam od celi do podenerwowana, bo wiedziałam, że mamy trudny orzech do zgryzienia z tą ucieczką. Ale jak to po nim było widać, Harry nie zdawał się czuć tego samego, gdy się do niego przysiadłam.

Opierał się plecami o krzesło, a ręce położył na stoliku. Miał ściągnięte brwi i wydawało mi się, że jest w rozsterce. Z jego ust wydobywały się kłęby dymu papierosowego. Ale jego wyraz twarzy złagodniał, gdy usłyszał, jak odsuwam krzesło na przeciwko niego.

-Hej - powiedział z wymuszonym uśmiechem. Poprawił się trochę na krześle i przekręcił się w moją stronę kładąc dłoń na moim udzie, jak zawsze. Ale przez te ostatnie dni coś się w nim zmieniło. Trzymał mnie ściślej, bardziej opiekuńczo. Jakby chciał się upewnić, że tu jestem i będę.

-Więc... nasz plan. - odezwałam się
-A tak. - skinął. Nasze twarze były zaledwie pół metra od siebie i to też zauważyłam. Harry chciał mnie ostatnio mieć coraz bliżej siebie.
-Lori wyłączy zasilanie. Jedno z nas otworzy kluczem od Kelsey swoją cele, a potem tą drugą. Pójdziemy tunelem, wydostaniemy się i uciekniemy. - upewniłam się. - I tu pojawia się problem. Jak miniemy strażników i przedostaniemy się na Oddział C.

Usta Harry'ego zacisnęły się w wąską linię, a on sam przytakiwał cały czas.

-Zakładając, że wszystko inne pójdzie po naszej myśli, to tak.
-Nie możemy przypuszczać, że sama ucieczka wystarczy. To byłby koszmar, jakbyśmy zaszli tak daleko tylko po to, by wrócić z powrotem do naszych cel.
-Racja. - zgodził się Harry. - Ale myślałem o tym wcześniej i mam pomysł.
-Jaki?- spytałam
-Moglibyśmy wykorzystać Mikayla albo któregokolwiek innego pacjenta i też ich wypuścić. Moglibyśmy powiedzieć jej, żeby krzyczała i zwróciła na siebie uwagę ochroniarzy, posłać ją w przeciwnym kierunku. Jak się zajmą innym pacjentem to nie będą zaprzątali sobie głowy nami.

Moje oczy nagle rozbłysły.

-Dobre. - powiedziałam. - Ale szkoda by mi było jej tak wykorzystać.
-Więc jaki miało sens to całe zbieranie aliantów? - oznajmił Harry. Nie mogłam temu zaprzeczyć. - Nie musimy od razu wcielać tego w życie, taki tylko pomysł dałem.
-No ale nawet jak to zrobimy to ciągle mogą nas zobaczyć jacyś inni pracownicy. Roi się tu od nich, wątpię, że uda nam się zwiać w ten sposób nawet z pomocą Mikayli.
-Ta.

Harry westchnął ciężko i oparł głowę na rękach. Jego wzrok błądził po blacie w głębokim zamyśleniu. Jakby ucieczka z Wickendale była absolutnie konieczna akurat teraz.

-Nie martw się. - powiedziałam, jak najłagodniej mogłam. Położyłam rękę na jego plecach i potarłam je delikatnie starając się go pocieszyć. Od razu odprężył się pod moim dotykiem. - Mamy czas, żeby to przemyśleć.

Spojrzał mi w oczy i przytaknął, ale nie wyglądał na przekonanego. Zmarszczka między jego brwiami ciągle była na swoim miejscu. Nie zwracając uwagi na strażników, którzy z resztą nie wydawali się bardzo skupieni na pracy, ucałowałam Harry'ego dokładnie w to miejsce, by się jej pozbyć. Harry poddał się wreszcie i uśmiechnął kręcąc głową. To on zwykle mnie rozśmieszał w takich chwilach, więc mogłam mu się przynajmniej w ten sposób odwdzięczyć.

Ale nagle jego uśmiech zniknął, a oczy znowu spuścił w dół. Zamilkł. Ciągle był spięty. Nie był chyba wystraszony, ale martwił się. Nigdy go takim nie widziałam.

Rozejrzałam się po stołówce i zauważyłam tę dziwną kobietę z wczoraj. Patrzyła prosto na nas. To ona nie wyjawiła mi sekretu Harry'ego, ale odkryła fakt, że ów posiada. Przeniosłam wzrok na leżącą na moim udzie dłoń Harry'ego. Spojrzałam na tą jego przepiękną twarz i już wiedziałam, że coś jest nie tak.

-Harry, co się dzieje?
-To znaczy?
-Jesteś dzisiaj jakiś inny. Nie mówię, że to coś złego, ale... coś innego. Coś przede mną ukrywasz.

Teraz nie wyglądał już na zestresowanego, ale zdezorientowanego. Rzadko go takiego widywałam.

-To nic takiego. - oświadczył, choć nie wierzyłam w to.
-Czy to ma coś wspólnego z tym, co się stało wczoraj? Z tą dziewczyną, która do mnie podeszła; kobietą, co powiedziała, że dawno temu zrobiłeś coś złego?
-Rose - odezwał się, najspokojniej jak tylko mógł. - To nic takiego. - poczułam, jak jego ciepła ręka odrywa się od mojej nogi.
-Harry, powiedz mi. Jeśli mam z tobą uciec i ufać ci ponad życie to musisz być ze mną szczery.
-Proszę cię, odpuść. - odpowiedział po prostu. Obiecałam sobie, żeby nie dopytywać, ale nie znosiłam nie wiedzieć o jakieś czającej się tajemnicy.

-Harry, no weź, ja po prostu...
-Powiedziałem odpuść! - krzyknął nagle. Podskoczyłam na to gwałtowne podniesienie jego ochrypłego głosu.

Harry sapnął zły w tym samym momencie, gdy zdecydowałam się zamknąć. Nie patrzyłam mu w oczy, gapiłam się jedynie na moje dłonie spoczywające na kolanach. Przez chwilę panowała cisza.

-Kurwa. - powiedział cicho do siebie, wzdychając. Nie patrzyłam na niego dopóki nie położył znowu ręki na moim udzie. - Słuchaj Rose, przepraszam. Wiem, że chcesz wiedzieć, ale zaufaj mi po prostu, gdy mówię, że lepiej jak ci nie będę mówił, dobra?

Przytaknęłam.

-Hej, spójrz na mnie. - uniósł mój podbródek jednym palcem. - Kiedyś ci powiem. Po prostu proszę cię, daj sobie z tym spokój, póki mamy inny problem do rozwiązania.
-Masz rację. - westchnęłam - Przepraszam, nie powinnam tego teraz wspominać.
-Nic się nie stało, kochanie, skupmy się tylko na zwianiu stąd zanim się w to wpakujemy.
-Okej. - zgodziłam się. Harry był tu dwa razy i przeszedł dużo gorsze rzeczy niż ja. Oczywiście, że go to denerwowało, każdy by się wkurzał będąc tu tak długo. Musiałam postawić ucieczkę stąd na pierwszym miejscu, a nie jakieś domniemane tajemnice.

Ale atmosfera znowu się zmieniła, a Harry rozpogodził.

-Mam pomysł. - odezwał się, zapominając o poprzedniej rozmowie.

Patrzyłam na niego w oczekiwaniu na dalszy ciąg.

-To nie jest... w sumie to nie jest najlepszy pomysł, ale jakiś zawsze. Może nam pomóc się wydostać. Ale jest brutalny.
-Co?

Spojrzał na mnie poważnie, ale zauważyłam w jego oczach pewne podekscytowanie.

-Chodzi... - zaczął, oblizując usta - Chodzi o zabicie Jamesa.
___________________________________________________
this is the day when nightmares return ~natalia :)x
Okej ludzie, dopiero do domu weszłam, więc chill xD Jak tam wasz powrót do szkoły? Ja dziś byłam pierwszy dzień w liceum i było dość...śmiesznie xD 
UWAGA: Wiem, że Natalia obiecała, że pod tym rozdziałem bd link to tłumaczenia na wattpadzie, ale bez przerwy jak wrzucałam rozdziały robiły się prywatne, dlatego nie zdążyłam wrzucić wszystkiego, ale pod nst już link powinien spokojnie być:) wgl macie jakąś radę jak to zrobić żeby tak się nie robiło?? Piszcie!! xx ~Magda

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział 40

TWEETNIJCIE EMOJI Z TAGIEM #PsychoticPL, KTÓRE KOJARZĄ WAM SIĘ Z PSYCHOTIC/HARRYM/ROSE/TYM ROZDZIAŁEM CZY CZYMKOLWIEK INNYM :)

Angel with a shotgun - The cab

Śnieg zatrzymał  się w swoim biegu i spoczął na zewnętrznej stronie szyby. Pokrywał zimne ulice Londynu i wirował w powietrzu z potężnym świstem. Zamieć stawała się coraz większa, nie pozwalając dzieciom budować bałwanów i bić się na kulki; to nie był ten rodzaj śniegu.

Już dawno pogubiłem się w liczeniu, jaki mamy miesiąc. Moim jedynym wyznacznikiem było wychodzące na dwór okno w gabinecie Kelsey. Czy był już listopad? Może grudzień? Nie wiedziałam i tak naprawdę to nie miało znaczenia. Było po prostu zimno.

Wickendale podtrzymywało zaledwie tyle ciepła ile było potrzeba do ogrzania pacjentów. A to i tak czasem nie chroniło ścian i powietrza wewnątrz przed zimnem, przez bardzo mroźną zimę. Pacjenci żądali raczej, żeby podkręcić temperaturę niż ją zmniejszyć.

Ale teraz, w tym momencie, moje ciało zaczęło się pocić. Czułem gorące baty parzące moje ciało.  Zaczęło się od mojego serca i z każdym jego uderzeniem szło w kierunku moich palców i nóg. Ogień trzaskał w mojej piersi i palące gorąco jak widły samego diabła skręcało moje płuca, kradnąc z nich powietrze. Moje plecy bolały jak w płomieniach, tlące się gorąco napierało na mięśnie aż napięły się tak bardzo, że zaczęły boleć. Nie mogłem mówić. Nie mogłem oddychać. Nie mogłem myśleć.

I znałem to uczucie. Było rzadkie, ale je znałem. To było to samo uczucie, kiedy dowiedziałem się o śmierci Emily. Panika. Cóż, panika i gniew.

Nie byłem dobrym mężczyzną i zrobiłem rzeczy, z których nie byłem dumny. Ale jeśli była jedna dobra rzecz, którą w życiu zrobiłem, było nią kochanie Rose całym moim istnieniem.
Cholera, była wszystkim co miałem. Żadnej rodziny, żadnego dobytku, żadnych pieniędzy. Tylko ona. I teraz Wickendale zabierało ode mnie nawet to, razem z moim ostatnim okruchem zdrowego rozumu. Więc spanikowałem.

Nagle stałem, chociaż nie pamiętałem jak wstawałem. Moje oczy skanowały pomieszczenie w poszukiwaniu podpowiedzi, dotyczącej tego co się stało w ostatnich sekundach. Psychologiczne książki rozrzucone były dookoła. Pióra i ołówki pokrywały podłogę, a papiery były jednym wielkim bałaganem. Moje gardło bolało i ciężko oddychałem. Nie pamiętałem co się stało, ale powoli zacząłem  widzieć przebłyski moich rąk zakutych w kajdanki i gwałtownie zrzucających wszystko co znajdowało się na drewnianym biurku oraz krzyki wydobywające się z moich ust. Nie pamiętałem co dokładnie mówiłem, ale prawdopodobnie zawierało to słowo "kurwa" i wiele innych wulgaryzmów.

Drzwi nagle się otworzyły i pojawił się w nich Brian.
- Wszystko w porządku?

Nie mówił do mnie,  pomimo tego że jego oczy skierowane były prosto na moją osobę. Sięgnął po moje ramię, chcąc wywlec mnie z gabinetu nie uzyskawszy odpowiedzi.

- Nie! - powiedziała Kelsey zanim zdążyliśmy odejść za daleko. - Wszystko okej, to była moja wina. Nic mu nie jest. Mi też nic nie jest. Wyprowadzę go na zewnątrz, kiedy nasza sesja się skończy.
- Jesteś pewna? - spytał Brian.
- Tak - Kelsey westchnęła, wymuszając uśmiech.

Nie wyglądał na przekonanego. Ale po tym jak posłał w moim kierunku jeszcze jedno sceptyczne spojrzenie i przeskanował pokój wzrokiem, w końcu zamknął za sobą drzwi.

Popatrzyłem w dół na Kelsey, która usiłowała pozbierać swoje rzeczy i poczułam ukłucie winy. Mogłem jej nie lubić, ale to nie była jej wina. Przynajmniej pomagała nam w ucieczce.

- Ja... przepraszam - wymamrotałem. I naprawdę było mi przykro. Byłem po prostu tak wściekły na panią Hellman, Jamesa, Wickendale i mnie, ale to nie była wina Kelsey.
- W porządku - powiedziała cichym, współczującym głosem, którego nigdy wcześniej u niej nie słyszałem.
- Nie, wcale nie - powiedziałem, a następnie schyliłem się, by podnieść jedną z książek leżących na podłodze.

Rose.

- Harry, ręce ci się trzęsą - Kelsey zauważyła. I tak było. Cały się trząsłem i z trudem powstrzymywałem łzy, próbowałem nie zwymiotować, bałem się. Ale to zignorowałem, zignorowałem ją i kontynuowałem pomaganie w sprzątaniu bałaganu, który narobiłem.

Nie chciałem udzielić jej odpowiedzi i nie miałem takowej. Nie miałem ochoty z nią gadać. Ponieważ z każdym oddechem wyobrażałem sobie Rose na tym stole operacyjnym, z każdym takim obrazem jakaś część mnie zanikała, podczas gdy mój umysł nie przestawał odtwarzać strasznych wspomnień i każdej osoby, którą kochałem, a została mi odebrana. I każdy następny obraz zwiększał moje szanse na stracenie do reszty ostatków zdrowych zmysłów, które mi pozostały.

- Harry - powtórzyła Kelsey po kilku moich próbach cofnięcia moich poprzednich czynów i odłożenia przedmiotów na swoje miejsce - Naprawdę nie szkodzi. - Popatrzyła na mnie poważnie, a ja westchnąłem, siadając na  podłodze i opierając się o ścianę za mną. - Lori i ja was stąd wyciągniemy. Ciebie i Rose, oboje.
- Jesteś pewna? - spytałem, ponieważ w tym momencie desperacko potrzebowałem pocieszenia.
- Tak - Kelsey odpowiedziała. I może była to jakaś psychologiczna sztuczka, ale sprawiła, że uwierzyłem w jej słowa całym sercem. - Rose jest moją najlepszą przyjaciółką.  Też mi na niej zależy, Harry i dopilnuję, że wydostanie się stąd zanim cokolwiek jej się stanie.

Oparłem tył głowy o ścianę i wyciągnąłem papierosa z paczki schowanej w mojej przedniej kieszeni. "Pierdolić to" było myślą, która kołatała mi w głowie, kiedy wkładałem go między zęby i zapalałem. Kelsey raz mi powiedziała, że w jej gabinecie nie wolno palić, ale wyglądało na to, że to był wyjątek.

Pomijając dźwięki wydychania z moich czerniejących płuc, pokój był cichy. Chciałem, żeby ta sesja na coś się zdała i powiedzieć Kelsey, że nie mogłem stracić Rose. Oczywiście, że przetrwałem bez niej przed tym wszystkim i z pewnością w końcu byłbym w stanie przeżyć bez niej później. Ale nie chciałem. To byłoby bez sensu. Chciałem powiedzieć Kelsey, że wiedziałem, że być może przesadzałem. Chciałem powiedzieć, że wiedziałem, że będziemy ją w stanie stąd wyciągnąć i że nie było kurwa mowy, żebym dał im jej tknąć, i że nie musiałem się martwić. Chciałem zapytać dlaczego myśl o śmierci Rose sprawia, że tak się czuję. Ale jedyne słowa, którym udało się uciec z mych ust, stały się beznadziejnym, żałosnym szeptem.
- Ona jest wszystkim co mam.

Jeśli Kelsey mnie usłyszała, nie odpowiedziała. Zamiast tego zaczęła mówić o ucieczce, co uspokoiło nieco moje myśli.
- Cóż, mam mapę. Lori  może wam zorganizować wszystkie niezbędne rzeczy. Pod oddziałem C jest tunel. Mamy wyjście, wszystko na czym teraz musimy się skupić to jak to rozegramy. Ale Rose będzie w porządku.

Skinąłem, zaczynając w to wierzyć, a panika powoli znikała.
- Dzięki - westchnąłem, przejeżdżając ręką po włosach. - Mogłabyś...mogłabyś mi powiedzieć, jeśli się czegoś dowiesz? I proszę, nie mów Rose. Nie chcę, żeby się tym martwiła, kiedy nie musi.
- Okej - powiedziała Kelsey i zmusiła się do uśmiechu. Wziąłem mapę z jej rąk i wstałem, zaczynając iść w kierunku drzwi. - Harry - zawołała. Odwróciłem się, aby znaleźć ją wciąż siedzącą na dywanie. Jej oczy patrzyły na papier ściskany w mojej lewej dłoni - Upewnij się, że będzie dobrze schowana.




Moje serce zatrzymało się już drugi raz tego dnia, kiedy ją ujrzałem. Siedziała przy naszym zwyczajowym stoliku w kafeterii.  Podpierała głowę na ręce, pochłaniając książkę, która leżała przed nią. Jej ciemne włosy opadały jej na ramiona w miękkich falach, a jej czerwone usta pięknie kontrastowały z jej bladą cerą. Jej oczy zdawały się błyszczeć z niewinną ciekawością jak przesuwały się po zapisanych stronach.

I wtedy zdecydowałem jak umrze. I nie była to śmierć na jakimś stole operacyjnym w tej gównianej instytucji, ale kiedy będzie już stara i pomarszczona z tuzinem śmiejących się wnuków. Będzie opowiadać im historie o swoim życiu i nie będą to historie o tym miejscu, ale wesołe historie. Będzie robiła wielkie i niesamowite rzeczy, którymi będziemy mogli się później z nimi dzielić, a potem pójdzie do łóżka i umrze we śnie, spokojna i zadowolona. I może, tylko może, ja będę leżał obok niej.

Ale  nie umrze tutaj mając dwadzieścia lat. Nie było kurwa mowy. Byłem tego pewien, a ta nowa pewność zmniejszyła nieco napięcie, które pojawiło się z wiadomością Kelsey. Ale mimo wszystko wciąż uważałem Rose za kruchą. Więc kiedy koło niej usiadłem i wsunąłem kosmyk jej włosów za ucho, zrobiłem to delikatnie, aby jej nie przestraszyć.

Jej oczy przeniosły się z książki na moją twarz i uśmiech wykwitł na jej twarzy.
- Cześć - powiedziała. Zamiast odpowiedzieć przycisnąłem swoje usta do jej. Były tak cholernie miękkie i nie chciałem przestać ich całować jak najdłużej mogłem, bez ściągania na nas niechcianej uwagi. Kiedy się odsunąłem jej oczy szeroko się otwarły, a uśmiech był jeszcze większy.

- Zgadnij co mam - powiedziałem.
- Co?

Nie mogłem nic poradzić na to, że czułem się jak dziecko, które ma coś wyjątkowego i może się tym pochwalić Wysunąłem rzecz tylko na tyle, aby Rose zobaczyła róg papieru.

- Co to jest? - zapytała.

Przysunąłem się bliżej, aby moje usta znalazły się przy jej uchu.

- Mapa - wyszeptałem.
- Naprawdę? - spytała, a ja skinąłem.
- Jesteśmy tak cholernie blisko, Rose. Znam drogę do wyjścia. Musimy tylko w jakiś sposób minąć całą ochronę.

Pomimo, że Rose i ja byliśmy bardzo blisko siebie, a nasze głosy, byłe jedynie szeptami, nasza konwersacja musiała wyglądać zachęcająco. Bo Mikayla, która już zaczynała działać mi na nerwy, usiadła przy naszym stoliku.
- Hej - powiedziała.
- Cześć - odpowiedziała Rose. Ja się nie odezwałem.
- Więc, um...znacie może tego pacjenta, Normana?
- Co z nim? - zastanawiała się Rose.
- Jest kurwa straszny - powiedziała Mikayla - Tak po prostu podszedł do mnie i zaczął rozmawiać na jednej z tych terapii grupowych.
- Co mówił? - spytała Rose.
- On próbował chyba do mnie uderzyć (come on to me looooool tak to się mówi po polsku??:P). Ciągle mówił, że jestem ładna i mnie dotykał.
- Taa, on jest kurwa obrzydliwy. Trzymaj się od niego z daleka. - ostrzegłem.
- Nie martw się, taki mam zamiar - oznajmiła, potrząsając głową, zapewne przez okropne wspomnienie o nim. - Ale, uh...on powiedział coś o tobie.

Moje oczy natychmiast powędrowały na twarz Mikayli. Ale biorąc pod uwagę, gdzie patrzyła, oczywistym było, że nie mówiła o mnie.

- O mnie? - Rose  spytała w tym samym momencie,  kiedy ja powiedziałem: - Co do cholery powiedział?
- Cóż, chyba że jest jakaś inna Rose, w tym budynku, definitywnie mówił o tobie. Wszystko co powiedział, to "Powiedz Rosie, że nie zapomniałem o dokończeniu, tego co zacząłem" cokolwiek miało to znaczyć,

Co kurwa...

- Myślałem, że Norman nie rozmawiał z tobą po przebudzeniu się ze śpiączki - powiedziałem. Przysięgam, że jeśli mówił do niej, zbliżył się do niej,  albo nawet popatrzył na nią, zabiję go. Nie byłem w nastroju i jeśli byłby tu teraz, to bym go kurwa zabił.

Oczy Rose nie spojrzały w moje od razu. Zachwiała się trochę i dostrzegłem pewne poczucie winy Więc Norman z nią rozmawiał.

Zgaduję, że nie byłem jedynym, który miał sekrety.


ANONYMOUS' POV

Rose nie wiedziała, co Harry zrobił. Pani Hellman nie wiedziała, chociaż była bardzo blisko odkrycia prawdy. Nawet Kelsey nie wiedziała. Jedynymi ludźmi którzy wiedzieli byłam/em ja, Alice i sam Harry. Nikt nie wierzył Alice, Harry nie chciał, żeby ktokolwiek się dowiedział, a ja siedziałam/em cicho. Ale teraz obudziły się we mnie skrupuły i zamierzałam/em dotrzymać danych sobie obietnic walki.

Nie chodziło tylko o to co zrobił, a czego nie, ale o to kim był. Był chłopcem, który wykonał ten idealny plan tak wiele lat temu; chłopcem z genialnym umysłem. A teraz był zakochany. A Rose była zakochana w nim. To było coś pięknego i miało rozkwitnąć jeszcze bardziej i stać się czymś nawet piękniejszym, jeśli udałoby im się uciec. Nie chciałam/em stać na ich drodze do nowych szans i możliwości.

Powiedzenie Rose mogłoby stanąć im na drodze. Mogłabym/mógłbym zniszczyć część jej niezaprzeczalnego uczucia. Więc najłatwiejszą rzeczą było zagrzebanie tej myśli i zostawienie ich w spokoju.

Ale jeśli miałam/em dotrzymać obietnicy i nic z tym nie zrobić, postąpiłabym/postąpiłbym źle. Pozwoliłabym/pozwoliłbym jej na ucieczkę z nim, podczas gdy nie wiedziała w pełni kim tak naprawdę był. I może na początku wszystko byłoby w porządku, ale w końcu stałby się znowu tym, kim zawsze był. Nie byłby tym Harrym od romantycznych pocałunków, żartobliwych przekomarzań i optymistycznych uwag. Zmieniłby się w całkiem inną wersję swojej osoby. I musiałam/em ostrzec przed tym Rose.

                                                                                                 
I'M BACK BICZYS! Napiszę to samo co napisałam na asku (shoutout dla naszego aska, zapraszam zapraszam), czyli: Przepraszam, że się nie udzielałam ostatnio wgl, ale wcześniej byłam na niespodziewanym wyjeździe z rodzicami, gdzie totalnie nie miałam internetu, a później od razu pojechałam do mojej przyjaciółki we Francji, z którą się nie widziałam od listopada i nie wiem kiedy zobaczę się znowu (teraz jest u mnie, ale w przyszły wtorek wraca do domu:(((), więc to chyba normalne, że chcę z nią spędzić jak najwięcej czasu, prawda?
Next: Advnifdvhjisalfudhva jak myślicie co Harry zrobił i kim był ten anonim?? Piszcie w komentarzach, bo jestem niezmiernie ciekawa waszych teorii!! ~Magda

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział 39


To było Wickendale, szpital dla psychicznie chorych przestępców. A ona bez dwóch zdań była psychiczna. Ta zaniedbana, mizerna kobieta była po prostu wariatką. Nie odróżniała dobra od zła. Miała namieszane w głowie. Ten kostium i miejsce, w którym przebywała było dowodem na to, że nie można było jej ufać. Ciężko było uwierzyć w to, co wygadywała. Znałam Harryego i powinno mi to dać pewność, że nie mówiła prawdy. Cokolwiek strasznego zrobił podobno Harry pewnie zrodziło się w jej zagmatwanej głowie.

Ale skoro tak to czemu, gdy wskazała na niego tym kościstym paluszkiem, to coś ścisnęło mnie w żołądku? Czemu moja klatka piersiowa zaczęła się gwałtownie unosić i opadać i czemu moje tętno przyśpieszyło?

Znałam Harry'ego i kochałam Harry'ego. Ufałam mu. I chciałam machnąć ręką na łganie tej dziewczyny. Chciałam zwyczajnie jej przytaknąć i sobie pójść. Nie chciałam jej wierzyć, ale pewna ciekawość rodząca się w mojej głowie nie pozwalała mi na to.

-Co on takiego zrobił? - spytałam. Ściszyłam głos, żeby nikt nie podsłuchał.

Tłuste, rozczochrane włosy kobiety opadły na jej twarz, gdy pokręciła głową.

-Coś strasznego. Nie mogę powiedzieć. Po prostu trzymaj się od niego z daleka.
-Nie będę się od niego trzymać z daleka, jak mi nie powiesz. - nie dam jej spokoju, nie pójdę sobie od tak. Męczył mnie ciągły brak wiedzy na temat tajemnic skrywanych w Wickendale, nie miałam czasu na siedzenie bezczynnie w oczekiwaniu, aż odpowiedzi same się znajdą.

Wciągnęła głęboko powietrze do płuc. Zauważyłam coś w jej niebieskich oczach. Otworzyła usta, jakby właśnie miała coś powiedzieć, a moje serce mocno biło czekając na jej słowa. Ale jej myśli i mowa były w pewien sposób zablokowane, jedynie ruszała oczami . Otworzyła je szeroko ze strachu przed czymś, co znajdowało się teraz za mną. Podążyłam za jej wzorkiem i podskoczyłam na widok Harry'ego tuż obok mnie. A kobieta ulotniła się natychmiast.

Popatrzyłam jego twarz, z ciągle wyrywającym się z piersi sercem, dudniącym głośno z obawy. Tuż przed tym jak pacjentka uciekła, a jego oczy przeniosły się na mnie zauważyłam coś innego. Wpatrywał się w nią. Jego wzrok spoczywał na jej twarzy i w ciągu jednej sekundy dostrzegłam urywek tego... ostrzeżenia. Pewnej groźby. Jakby uprzedzał ją, żeby się usunęła, a już chwilę później znowu był starym Harrym. Miał wtedy na sobie tą maskę, jaką pamiętam z czasów, gdy byłam jeszcze pielęgniarką, a on pacjentem, w kawiarni, kilka miesięcy temu. Był tym groźnym kryminalistą winnym przerażających zbrodni, który pod stołem dotykał dłonią mojego uda. Bałam się go, jego wzroku kryjącego pewną nieobliczalność.

Ale potem jego oczy znowu pojaśniały, gdy przeniósł spojrzenie na mnie. Wrócił do siebie w mgnieniu oka.

-Hej - przywitał się - Kto to był? - I znowu usłyszałam coś w jego głosie. Było ledwo słyszalne, ale znałam go już na tyle dobrze, że mogłam to wychwycić. Był nieswój, choć próbował to ukryć.
-Może ty mi powiesz. - odparłam. Nie chciałam brzmieć ostro, ale sama myśl, że mógł zrobić coś potwornego, tak ja powiedziała ta kobieta, wywołała u mnie pewien instynkt samoobronny. Bez względu na to, czy mówiła prawdę, czy nie.
-Jak to? - spytał, nieco zaskoczony, ale nie aż tak, jak być powinien.
-Bała się ciebie. Nawet bardzo.
-Myśli, że obdarłem ze skóry trzy dziewczyny, jasne, że się boi. - wzruszył ramionami.
-Nie chodzi o to. - odpowiedziałam kręcąc głową. - Zabrzmiało to tak, jakby chodziło o coś, co zrobiłeś podczas swojego pierwszego pobytu tutaj. Jak byłeś dzieckiem.

W jego oczach rozblasła jakaś obawa, ale szybko wyparowała.

-Nie wiem, o co mogło jej chodzić. Znaczy, dobrym dzieckiem to ja nie byłem, ale nie dałem nikomu powodu do strachu.

Długo nie odpowiadałam.

-O czym myślisz? - zapytał mnie Harry
-O niczym. - powiedziałam, potrząsając głową, żeby pozbyć się dręczących wątpliwości. Nagle poczułam się głupio. - Przepraszam, wiem, że nic nie zrobiłeś. Ona po prostu... to było dziwne, nie wiem.
-Rose, nic się nie stało. - zapewnił mnie - Dziwne to by było, gdybyś nie spytała. Ale ta kobieta zwyczajnie zwariowała, kto wie, o co jej chodziło.
-No właśnie. - zgodziłam się, kiwając głową. Ale ciągle nie mogłam puścić płazem tego spojrzenia kilka chwil temu.
-Chodź. - powiedział i rozciągnął usta w uśmiech, żeby rozładować atmosferę. Położył dłonie na moich ramionach i ścisnął je, próbując trochę zmniejszyć spoczywające na nich napięcie. Poprowadził mnie w stronę dwóch sztalug, na których pracowaliśmy, a moje zmartwienia zaczynały powoli ulatniać się pod jego dotykiem.

-Musisz mi pomóc. - odezwał się Harry patrząc na swój obraz. Przejechałam wzrokiem po płótnie. Na dole tańczył ciemny niebieski i przechodził w jaśniejszy na górze. No i oczywiście znalazło się też miejsce dla czarnych smug, jakie zrobiłam przez mazanie po jego pracy.
-Co to? - spytałam. Rozdziawił buzię przerażony moim pytaniem.
-To zachód słońca nad oceanem. Patrz, tam na górze jest niebo, a na dole woda.
-Zdecydowanie przyda ci się moja pomoc.- zgodziłam się, zdobywając się w końcu na uśmiech. Ten obrazek był okropny.

Fuknął urażony.

-Jaka krytyczna. - powiedział, kręcąc powoli głową, a ja znowu się zaśmiałam. I znowu nic nie robiliśmy, Harry znowu się ze mną przekomarzał i śmiał jak wcześniej. Pod wpływem tych czarujących zmarszczek wokół jego oczu i dołeczków w policzkach znowu pogrążyłam się w mojej rozpaczliwej miłości do niego. Choć tyle chichotaliśmy i droczyliśmy się w tamtym momencie, gdzieś z tyłu głowy nadal kuły mnie słowa bezimiennej pacjentki.

Lekcja malowania skończyła się, a podczas powrotu do mojej celi nie brakowało mi wrażeń. Najpierw zadręczałam się myślami o tej rozczochranej kobiecie. Wiedziałam, że zbyt głęboko to analizowałam, co mi się zdarzało często, i że powinnam ufać Harry'emu. Ale mój umysł nie chciał zboczyć z tej drogi, choćbym nie wiem, jak się starała. Utknął na etapie wysnuwania możliwych i niemożliwych teorii. W natłoku myśli doszłam do mnóstwa wniosków. Po pierwsze, że Harry kłamał. Może ktoś, kto nie był mną, kto nie znał go tak dobrze mógłby przeoczyć te znaki. Ale zapamiętałam sobie to szybkie spojrzenie, jakie Harry posłał tej dziewczynie, i jak zawahał się delikatnie, gdy go o to zapytałam, i niezaprzeczalne i zupełnie szczere przerażenie, jakie okazywała ta kobieta. Po drugie, na Harry'ego składało się wiele czynników. Na początku był tym niebezpiecznym i groźnym. I to że ja go kochałam, a on mnie, nie załatwiało sprawy.  Jasne, że nie miał najlepszej przeszłości, i że zrobił parę złych rzeczy. Może jedna z nich miała miejsce właśnie tu, gdy był małym chłopcem. Może to napędzało strach pacjentów. Ale uratował mnie przed Normanem, przed Jamesem, przed panią Hellman i przede mną samą więcej razy, niż mogłabym to zliczyć. Byłam świadkiem jego szarmanckich, altruistycznych gestów. Więc nie ważne, co by zrobił, a czego by nie zrobił, i tak go kochałam. Musiałam tylko dać przeszłości pozostać przeszłością i uwierzyć Harry'emu. A byłam przekonana, że i tak dowiem się, co zrobił tej kobiecie, i nawet gdy już będę wiedziała, będę go kochała zupełnie tak samo.

Po tym, jak doszłam do tych wniosków stało się coś innego. Thomas, jeden z pracowników, który jeszcze nie widział mnie w kostiumie pacjenta znajdował się na drugim końcu korytarza. Miał zaraz minąć mnie i mojego strażnika, którego imienia nadal nie znałam. Szedł z oczami spuszczonymi ku podłodze. Nie miał pojęcia, co o nim wiedziałam.

Ale nagle, kilka metrów przede mną uniósł wzrok. Rozmawiałam z nim zaledwie raz i chodziło o to samo - traktowanie pacjentów jak króliki doświadczalne, a następnie sprawienie jakby nigdy nie istnieli. Na początku wydawał się zaskoczony, gdy zobaczył mnie jako pacjentkę, a nie jako wkurzającą, nieznośną pielęgniarkę. Ściągnął brwi i wyglądał na zdezorientowanego. Może on, tak ja Lori, Kelsey i paru innych, czuł, że to było złe. Może wiedział też, że tu nie pasowałam. To było oczywiste, że nie byłam obłąkana i ludzie zaczynali zauważać.

Również ja się w niego wpatrywałam, szukając w jego obliczu odpowiedzi. Odezwałam się tylko słowem, gdy przechodził i od razu wiedział, do czego nawiązuję.

-Jane?

Jeżeli ktoś miał znać jej los, to był właśnie Thomas.

Nie spojrzał mi w oczy. Ale delikatne, poważne skinienie głową było jedynym potwierdzeniem, jakie od niego dostałam i jakiego potrzebowałam.

HARRY'S POV

Wyszedłem stamtąd zadowolony, szczęśliwy, czując zapach farby i z uśmiechem Rose w moich myślach. I wyszedłem czując się niesamowicie niespokojny. Choć Rose uśmiechała się i śmiała razem ze mną po rozmowie z Alice, ciągle wyczuwałem jej wahanie. Starała się to ukryć, ale nadal wiedziałem, że gdzieś się tam czai. Alice coś jej wtedy powiedziała, coś co ją zaniepokoiło, i domyślałem się nawet co. Mogłem tylko mieć nadzieję, że żadna z nich do tego nie wróci.

I trzymałem się tej nadziei, kiedy pocałowałem Rose na pożegnanie i wyszedłem. Musiałem zapalić, ale zamiast do mojej celi, zostałem zaprowadzony do Kelsey na kolejną bezowocną sesję. Przypominała mi już, że w tym pokoju "palenie jest zabronione", chociaż przecież w każdym innym, na terenie całego posranego budynku nie było. Nie prowadziło to do niczego dobrego biorąc pod uwagę, że paliłem, gdy się stresowałem, a to, co miało miejsce kilka minut temu było zdecydowanie stresujące.

Ale w pewnym momencie przypomniałem sobie, że powinienem się cieszyć na spotkanie z Kelsey. Chociażby bez papierosa. Bo za każdym razem Rose albo ja widzimy się z nią, zbliżamy się do ucieczki. Wszedłem więc do pomieszczenia, oczywiście po tym, jak Brian założył mi kajdanki, z nieco lepszym nastawieniem na nadchodzące 45 minut. Nadal było łatwo wyprowadzić mnie z równowagi, tak czy inaczej. Kelsey mnie po prostu dręczyła, z wielu powodów.

Brian zamknął drzwi i zostawił nas, żebyśmy pogadali sobie o uczuciach, złych myślach czy cokolwiek ona tam robi, żeby określić stany psychiczne pacjentów. Ale my będziemy rozmawiać na nieco mniej codzienne tematy.

-Masz mapę? - spytałem podchodząc do krzesła stojącego przed jej biurkiem. Nie było potrzeby, by się witać.
-Tak, właściwie to mam. - powiedziała. Duży kawałek papieru był rozłożony na biurku między nami. Zlustrowałem go, przeglądając podpisane pomieszczenia i sekcje budynku. Byłem pod wrażeniem.
-Dzięki. - wysiliłem się, biorąc mapę do rąk. Ciągle nie byłem jej największym fanem, ale miło z jej strony, że to dla nas robi.
-Musiałam przekopać mnóstwo dokumentów, żeby to znaleźć, naprawdę wiele, i prawie mnie złapano, wię...
-Chyba już powiedziałem dzięki, tak? - wymamrotałem pochłonięty kartką papieru.

Nie mówiła nic przez chwilę. Ale tylko przez chwilę.

-No skoro masz taki dla mnie być to chyba nie powinnam ci mówić.
-O czym? - zapytałam, odrywając się na moment

Westchnęła głośno, pewnie przez to, jaki byłem dla niej nieznośny, ale i tak mi powiedziała.

-Kiedy zbudowano to miejsce, II Wojna Światowa dopiero co dobiegała końca i było mnóstwo międzynarodowych konfliktów. I choć należało to do rzadkości, na wszelki wypadek znajduje się tu parę krótkich  podziemnych korytarzy, by móc w razie potrzeby przez nie uciec. Jest tu wiele strażników, oficerów i ważnych ludzi w tym budynku, dlatego gdyby Londyn miał być kiedyś zbombardowany z jakiegoś powodu, muszą być jakieś drogi ucieczki.

Przytakiwałem jej, po raz pierwszy tak zainteresowany tym, co mówi.

-Podziemne korytarze? Gdzie one są? - spytałem
-I tu jest haczyk. Jedyne przejście prowadzi przez Oddział C. Musielibyście przez niego przejść, żeby uciec.
-No cóż, będziemy musieli sobie z tym poradzić. Wolę zaryzykować niż gnić w celi. - westchnąłem, przejeżdżając dłonią po włosach.
-Domyślam się. - powiedziała Kelsey. - Zaznaczyłam tutaj przejście. - Pochyliła się nieco nad biurkiem i wskazała palcem. - Jest na tyłach magazynku. Pewnie próbowali go zakryć, więc musicie uważać, żeby nie przeoczyć. Jest tam pewnie jakaś zasuwka czy coś, więc będziecie musieli je otworzyć.
-Czyli jak będziemy szli według tego to znajdziemy się na zewnątrz?
-Tak mi się wydaje. Tam jest taki mały znaczek po lewej, myślę że to wyjście.

Skinąłem, a liczne plany zaczęły pojawiać się już w mojej głowie, gdy na nią spojrzałem. Wtedy zauważyłem, że odkąd tu wszedłem nie patrzyła mi w oczy. Nawet teraz, odsuwając się od biurka, zerkała na sufit, podłogę, wszędzie tylko nie na mnie.

-No to teraz Rose i ja musimy jedynie wydostać się z cel, znaleźć się nawzajem, minąć wariatów z Oddziału C, przejść przez tunel, zbiec setkom pracowników i uciec bez bycia złapanym. - powiedziałem, raczej sam do siebie. Brzmi świetnie.
-No. - zgodziła się Kelsey. Lecz jej głos załamał się trochę. Musiałem ją zapytać.
-Coś z tobą nie gra. - wytknąłem jej
-Co?
-Czegoś mi nie mówisz.
-Nieprawda. - zaprzeczyła słabo.
-Prawda. - sprzeczałem się.
-Nie, przysięgam...
-Kurde, powiedz po prostu. - zażądałem. Jeśli to coś dotyczącego ucieczki, musiałem wiedzieć.
-Okej. - powiedziała - Ale zanim to powiem zapamiętaj sobie, że możecie spokojnie zdążyć uciec zanim to się stanie. Upewnię się, że zdążycie uciec. - brzmiała wręcz nieco histerycznie, jakby wiedziała, że prawda sprawi, że wybuchnę i próbowała stłumić eksplozję.

I to mnie zaczynało martwić.

-To znaczy?
-Dzielą nas jeszcze miesiące. Dwanaście, dwadzieścia cztery, może trzydzieści tygodni zanim to się stanie. Już dawno was tu nie będzie.
-No mów. - zażądałem ostro. Miałem już dość tej jej gierki.
-Gdy szukałam mapy znalazłam folder... folder z wszystkimi pacjentami zaplanowanymi do odesłania na operację. Są poddawani testom na Bóg wie co, a pani Hellman ma to wszystko dokładnie zaplanowane.

Przytaknąłem, skłaniając ją do kontynuowania.

-I Rose... cóż, Rose jest kolejna na liście.

Zastygłem. Wszystko we mnie zastygło. Moje płuca przestały się rozszerzać i kurczyć, jak powinny. Nie wciągałem powietrza, a moje serce zwolniło. W pokoju zapanowała cisza. Jedynie mój umysł działał poprawnie. Motałem się między strachem, powątpiewaniem i obawami, jakich jeszcze nie czułem.

Jeśli nie uciekniemy szybko, moja piękna Rose dołączy do Cynthii, Jane i zostanie zapomniana. Skazana na śmierć przez oddziałową.

Gdy zdałem sobie z tego sprawę cały świat się pode mną zawalił.
_________________________________________
wróciłam w sobotę, więc następnego dnia zabrałam się za tłumaczenie i tak oto rozdział jest na czas, i to nawet z rana :) co myślicie o rozdziale?x poza tym ledwo wiem, co to tumblr, ale jeśli chcecie zajrzyjcie na mojego the-enchanted-photography.tumblr.com, macie może jakieś wskazówki dla mnie odnośnie tego t piszcie mi, bo I feel lost there! korzystajcie z wakacji, póki jeszcze trwają! lots of love ~natalia :)x