poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozdział 36


Pierdolę to. Nie było nawet mowy, żebym na to pozwolił. Cierpliwie znosiłem panią Hellman i jej sadystyczne plany, pozwalałem strażnikom prowadzać mnie jak  psa na smyczy, nawet tolerowałem obecność Jamesa po tym jak skopałem mu tyłek. Ale nie pozwolę jakiemuś choremu gwałcicielowi zbliżyć się do Rose. Nie pozwolę mu prowadzić jej co dzień po pustych korytarzach, kiedy mnie nie było przy niej, aby zapewnić jej bezpieczeństwo.

Myślałem, że to James okaże się mężczyzną, o którym mówiła Jane. Rose też tak  myślała. Byliśmy tego pewni. Ale nie, to miejsce najwidoczniej obfitowało w obrzydliwych, podłych strażnikach. James, Norman, Kevin i kimkolwiek ta druga  osoba, o której wspomniała Jane była. Czterech psychicznych mężczyzn, którzy po prostu gwałcili kobiety; wszyscy czterej mieli moją Rose na wyciągnięcie ręki. Po prostu kurwa pięknie. Niech się smażą w piekle, ale do tego czasu, nie miałam zamiaru pozwolić im się do niej zbliżyć. Nie ma kurwa opcji.

Już sama myśl o ich oczach spoczywających na jej ciele, myślących o niej, chcących jej dotknąć, doprowadzała mnie na skraj wytrzymałości. I co jeśli pewnego dnia by mnie tam nie było? Oni by mieli swoją szansę. Ten pierdolony  Kevin  mógł po prostu zatrzasnąć drzwi do jej celi i nikt by nie spostrzegł. Zrobił to Jane, więc dlaczego nie Rose? Mógł ją bez problemu obezwładnić i zrobić cokolwiek chciał. Lunch się kończył za jakieś...30 minut? I potem znowu będą sami w ciemnych korytarzach, bez żadnych zdrowych na umyśle świadków.

Ta myśl sprawiła, że aż zatrząsnąłem się z gniewu i gwałtownie wstałem z miejsca. Nie mogłem już dłużej tego znieść.
- Zaraz wracam - ogłosiłem trzem kobietom. Stałem, a one wszystkie na mnie patrzyły, każda z innym wyrazem twarzy.

- Dokąd idziesz? - spytała Rose, jej duże oczy patrzyły na mnie zza długich ciemnych rzęs.

- Nie martw się tym, zaraz wracam - znów powtórzyłem, składając szybki pocałunek na jej czole. Gest uspokoił ją tylko trochę, ale nie protestowała. Podszedłem do strażników stojących w linii pod ścianą i z łatwością znalazłem Briana. Gawędził z kilkoma innymi  mężczyznami, którzy ledwo  na mnie spojrzeli, kiedy podszedłem.
- Muszę się zobaczyć z panią Hellman - zażądałem. Wyglądali na niezbyt zaskoczonych. Bardziej rozbawionych, jak już coś.
- Po lunchu - powiedział obojętnym głosem i kontynuował  rozmowę.
- Nie, teraz. - Stawałem się  coraz bardziej niespokojny. I wkurzony też. Coś w tonie mojego głosu musiało na to wskazywać, ponieważ zaczął poświęcać mi nieco więcej uwagi.
- Harry, lunch kończy się za pół godziny. Możemy...
- Po prostu mnie tam kurwa weź. To pilne.

Przysadzisty mężczyzna westchnął zirytowany, ale posłuchał i  odszedł od swoich przyjaciół. Byłem zaskoczony, że mnie rzeczywiście posłuchał. Spodziewałem się większej kłótni. Może się mnie bał, a może po prostu był trochę mniej okropny niż inni pracownicy. Przeprosił kolegów, a następnie skierował się w stronę drzwi ze mną parę kroków przed nim.

Korytarze były jak zwykle spowite mrokiem. Echo niosło odgłosy naszych kroków na betonowej posadzce, dopóki nie dotarliśmy do drzwi gabinetu kochanki szatana.  Mogło nawet nie być jej w środku, ale warto było zaryzykować.

Starałem się zachować grzeczność, kiedy czekałem aż Brian wejdzie pierwszy, powstrzymując się przed wpakowaniem się do środka. Najpierw zapukał, ale wszedł nie czekając na odpowiedź.

- Um, pani Hellman? - zapytał. Od razu widać było po nim trochę zdenerwowania. - Harry Styles chce panią widzieć.

Usłyszałem coś co brzmiało jak "wpuść go" i to sprawiło, że poczułem się trochę niepewny. Brzmiało bardziej jak wyrok śmierci niż polecenie.

Brian popatrzył w moją stronę i skinął w kierunku pani Hellman, sygnalizując, żebym wszedł do środka. Więc tak też zrobiłem, Brian tuż za mną upewniając się, że nie zrobię nic co poświadczyłoby o mojej rzekomej niepoczytalności.

Siedziała tam, a papiery porozrzucane były po jej mahoniowym biurku razem z ołówkami, długopisami i innymi przyborami. Wyglądała na jeszcze bardziej zimnokrwistą niż kiedykolwiek. Ale jej obecność mnie nie onieśmielała. Jeśli coś to bardziej ten pokój. Był zbyt znajomy. Nie mogłem nie rzucić okiem na skrzynię na  prawo. Wiedziałem, że była pełna różnych biczów. Mogłem niemal czuć cierpką smugę ze skóry wbijającą mi się w plecy.

Nie spieszyła się, skończyła cokolwiek tam pisała, zanim obojętnie spojrzała mi w oczy. Ale coś w nich było, jak zawsze pod jej protekcjonalną obojętnością. Nie były to wyrzuty sumienia, kiedy jej oczy spoczęły na mnie i nie byłem pewien czy ona kiedykolwiek czuła się winna. Przynajmniej zdawała sobie sprawę z tego, co wyczynia. Atmosfera była napięta, jakby ciężar jej wszystkich okropnych czynów zwisał w powietrzu.
- Zmień strażnika Rose - powiedziałem ignorując ciężar wiszący w powietrzu i nie fatygując się, aby usiąść.
- I dlaczego powinnam to zrobić? - spytała bezbarwnym głosem.
- Po prostu musisz go zmienić. I to na jakiegoś odpowiedniego, nie Jamesa albo inne gówno.
- To nie była odpowiedź na moje pytanie.

Zanotowałem w pamięci, że nawet nie broniła syna.

- Ponieważ jej strażnik, Kevin, to obrzydliwy gwałciciel.

Pani Hellman dosłownie parsknęła, jakby to ją śmieszyło. Zacząłem chodzić w te i wew te, aby   powstrzymać się przed starciem  jej tego złośliwego uśmieszku z twarzy.
- Bardzo w to wątpię.
- Cóż, to prawda. - powiedziałem.
- Dlaczego mam ci wierzyć?
- Zrobił to Jane...widziałem.  - Ostatnia część była oczywistym kłamstwem, ale musiałem trochę podkolorować prawdę, jeśli chciałem, żeby Rose była bezpieczna. Pani Hellman nie uwierzyłaby w słowa Jane, więc potrzebowałem solidnego powodu.
- Widziałeś jak Kevin napastował Jane? - spytała jakby nie mogła w to uwierzyć, jakbym powiedział to dla żartów.
- Tak, widziałem. Więc zmień Rose strażnika. I zrób to teraz. - powiedziałem stanowczo, ciągle krążąc po pokoju. - Zanim skończy się lunch.
- Po pierwsze, Harry, ty nie żądasz niczego ode mnie. Z tego co wiem tylko to sobie wyobraziłeś. Mam na myśli, że ledwie zdążyliśmy zahaczyć o twoje motywy stojące za zabiciem tych kobiet, kto wie jakie choroby psychiczne możesz mieć. Mogłeś sobie to wszystko wymyślić. A po drugie, nie zamierzam po prostu wszystkiego rzucić i zamienić strażników, aby wspomóc jakikolwiek niedorzeczny romans ty i Rose myślicie, że macie.

Moje opanowanie wisiało na włosku, moja cierpliwość również.
- Po prostu to kurwa zrób.  Mam dość grania w twoje gierki, bycia twoją zabawką, którą możesz sobie torturować dla swojej własnej oraz swojego syna przyjemności. Już wystarczająco przez ciebie przeszliśmy. Proszę, po prostu podaruj mi tą jedną rzecz. Zmień strażnika Rose, chociaż tyle możesz dla nas zrobić.

Jej brwi uniosły się w zdziwieniu,  jakby moja zawziętość była śmieszna. Jakby była ponad to, jakby wiedziała coś czego ja nie wiedziałem.
- Do widzenia, Harry.

Skinęła w kierunku Briana. I tego by było na tyle. Jego dłonie oplatały moje ramiona, zmuszając mnie do odsunięcia się od ciemnego biurka, za którym się chowała.
- Zmień strażnika - powiedziałem jeden ostatni raz, z jak największą mocą na jaką mogłem się zdobyć. Nie uzyskałem żadnej odpowiedzi. Nie miałem pojęcia co zrobi. Były bardzo małe szansę na to, że mnie posłucha, ale może zmieni Rose strażnika. Albo może będzie trzymała Kevina tak blisko niej jak to tylko możliwe, żeby mnie dręczyć. Jedyne co mogłem zrobić to modlić się o to pierwsze.

- Kurwa - wydusiłem jak tylko usłyszałem jak ciężkie drzwi się za mną zamknęły. Wszystko działo się tak szybko i wydawało się, że nigdy nie miałem czasu na ukończenie tego co planowałem. Zanim zdążyłem wykończyć Jamesa albo przekonać panią Hellman albo w końcu zbliżyć się do Rose, ktoś mnie powstrzymywał. Zawsze. Z wyjątkiem ucieczki oczywiście. Wydawało się, że ucieczka zajmuje nam wieczność.

- Brian, jak długo tu pracujesz? - spytałem podczas długiej drogi powrotnej do kafeterii.
- Trzy lata.
- Więc zdążyłeś zauważyć jaką suką jest pani Hellman, mam rację?
- Chyba tak. - Zaśmiał się lekko.
- Okej, w takim razie pozwól, że zapytam. Gdybyś miał bronić jednego z nas, po czyjej stronie byś stanął? Mojej czy jej?

Strażnik wyglądał na zaskoczonego pytaniem. Ciągle szliśmy, ale w całkowitej ciszy. Myślał nad tym co powiedziałem. Brian był mądrym gościem, a to nie była oczywista odpowiedź. Normalnie, tak. Byłaby. Wybrałby sukowatą dyrektorkę zamiast mordercy. Ale widział jak dobrze się zachowywałem, kiedy byłem z nim. Widział jak traktowałem Rose i widział jak ona nagle ze zwykłej pracowniczki zmieniła się w pacjentkę. Wiele strażników i pracowników albo nie zauważyło albo postanowiło nic z tym nie robić. Ale wielu z nich znało Rose, wiedzieli, że spełniała wymogów, aby zostać pacjentką Wickendale. I wiedzieli, że coś we  mnie widziała,  wiedzieli, że może z małą różnicą,  ale byłem bardziej jak Rose niż jak inni pacjenci. Brian był jedną z tych osób, którzy zauważyli.

- Nie odpowiadaj. Po prostu zapamiętaj swoją odpowiedź. - powiedział. Chciałem, żeby pamiętał. Potrzebujemy sojuszników. Chciałem, żeby każdy, kto zwracał uwagę na okropne rzeczy,  które się tu działy pamiętał przeciwko komu walczy. Było na świecie wiele konfliktów, wiele wojen porozrzucanych pośród ludzkiej populacji. Moja bitwa jednak nie była pomiędzy zdrowymi na umyśle i obłąkanymi, których dzieliła bardzo cienka linia. Nie była pomiędzy ludzkimi pojęciami dobra i zła.

Walczyłem za uwięzionych przeciwko wolnym. Może w pewnym sensie przeciwko złu też. Przeciwko intrygom pani Hellman i okrutnym zbrodniom jej syna. Ale dzielenie stron na dobro i zło nie brzmiało dobrze, ponieważ poza wojną o ucieczkę z tego miejsca i byciem wolnym, mała bitwa toczyła się również we mnie. I nie byłem pewien, do której ze stron należałem.


ROSE'S POV

Siedziałam po prostu i obgryzałam paznokcie, podczas gdy Jane szeptała coś bez przerwy, a Mikayla dorzucała od czasu do czasu swoje "trzy grosze". Kiedy wróci Harry? I gdzie on w ogóle poszedł? Widziałam jak rozmawiał z Brianem, a potem wyszedł. Podejrzewałam, że miało to coś wspólnego z mrożącą krew w żyłach historią Jane. Poszedł zrobić coś w sprawie mojego strażnika. Ale to znaczyło możliwość wdania się przez niego w bójkę albo jakieś inne kłopoty, w których bez przerwy się znajdujemy.

- A co z tobą, Rose?

Ktoś nagle wyrwał mnie z zamyślenia.

- Huh?
- Co z tobą? Za czym najbardziej tęsknisz?
- Oh - powiedziałam, zmieszana pytaniem. Nie było nic takiego w moim  przeciętnym mieszkaniu czego by mi naprawdę brakowało. Może tęskniłam za wolnością. Brakowało mi dobrego jedzenia.  Z wygodnych materacy i prywatności również to miejsce nie słynęło. Ale jeśli musiałabym zrezygnować z tych rzeczy, żeby być z Harrym i żeby pomóc mu się stąd wydostać, mogłam pogodzić się z ich brakiem. Myśl o tym jak szybko i jak mocno zakochałam się w Harrym niepokoiła mnie i przerażała. Więc szybko wyrzuciłam go z moich myśli.

- Za jedzeniem i snem. A ty? - spytałam ją.
- Nie wiem - wyszeptała - Za różnymi rzeczami.
-  Wybierz jedną - odpowiedziałam, włączając się do konwersacji dla zabicia czasu.

Jej już i tak smutna twarz, posmutniała jeszcze bardziej, kiedy się odezwała.
- Za moim synem.

Ze świstem wciągnęłam powietrze, kiedy usłyszałam jej odpowiedź. Sprawa Jane zdawała się być coraz bardziej tragiczną im lepiej ją poznawałam.

Nie wiedziałam co odpowiedzieć i  na szczęście nie musiałam, bo zobaczyłam, że Harry już wraca. Za każdym razem, kiedy wchodził do tej kafeterii, wyglądał jak sławny aktor chodzący po czerwonym dywanie. Przyciągał wszystkie spojrzenia. Zwracał uwagę wszystkich. Miał w sobie pewność siebie jak wiele uwielbianych ludzi. Ale coś różniło go od celebrytów. Bo w oczach podziwiających go ludzi był strach. Po całym tym czasie wciąż się go bali.

Ale Jane, Mikayla i ja nie bałyśmy się, kiedy usiadł przy naszym stoliku.

- Cześć - powiedział. W momencie kiedy usadowił się na krześle, jego ręka spoczęła opiekuńczo na moim udzie. Coś go gryzło, jego oczy spoglądały na Kevina spod ściągniętych brwi.
- Gdzie byłeś?
- Poprosić panią Hellman o zmianę twojego strażnika. - Nie patrzył na mnie, kiedy mówił, zatracony we własnych myślach.
- Naprawdę? Co powiedziała?
- Nie wiem. Tak naprawdę to mi nie odpowiedziała.

Czekałam, żeby kontynuował, ale tego nie zrobił.

- Cóż, nie martw się. Jak do tej pory niczego ze mną nie próbował, to może nawet nie być on. - Mój ton nie był przekonujący, ponieważ sama nie wierzyłam w to co mówiłam.

Harry pokiwał głową z oczami wciąż utkwionymi w punkt po drugiej stronie pokoju.

I to trwało przez jakieś dziesięć minut. Harry skupiony na gapieniu się przed siebie, Jane zerkająca ostrożnie na mężczyznę siedzącego przy stoliku za nią, Mikayla trochę mówiąca, trochę obserwująca. A ja po prostu siedziałam. Ale po tych dziesięciu ciągnących się w nieskończoność minutach,, ktoś wszedł do pokoju i atmosfera się diametralnie zmieniła.

Był to mężczyzna, niski i tylko trochę umięśniony. Miał ciemne włosy i ogoloną twarz. Wyglądał na około czterdzieści lat. Wpasowywał się w opis typowego strażnika, ale nie kojarzyłam go. Najwidoczniej nie był jednym ze strażników, którzy mieli pilnować pacjentów w tej godzinie lunchu.

Teraz cała nasza czwórka robiła to samo, patrzyła jak podszedł do Kevina. Rozmawiali przez parę chwil, mężczyzna skinął w kierunku drzwi, po czym Kevin wstał. Ku memu zdziwieniu odwrócił się i wyszedł.

- Tak - powiedział Harry z ulgą w głosie - Zrobiła to.

Popatrzyłam na niego, a on się uśmiechnął..

- O mój Boże - powiedziałam, nie będąc w stanie się nie uśmiechnąć - Nie mogę uwierzyć, że naprawdę zamieniła strażników. Co jej powiedziałeś?
- Nic. Praktycznie zażądałem, żeby zmieniła twojego strażnika i zgaduję,  że... po prostu to zrobiła.

Pokiwałam głową z aprobatą. Cokolwiek Harry zrobił,  czułam, że ciężar na moich barkach zniknął tak szybko jak się pojawił.

- To było łatwiejsze niż myślałem - powiedział. Jane i Mikayla nie brały udziału w naszej rozmowie. Mikayla, ponieważ było jej to obojętne i Jane, bo dla niej nic się nie zmieniło.

- Kiedy lunch się skończy, powiedz swojemu strażnikowi, że musisz iść do toalety - powiedział Harry, cicho zmieniając temat, a jego usta nagle znalazły się tuż przy moim uchu. Nie były to szczególnie erotyczne słowa, ale poczułam dreszcz biegnący po moim kręgosłupie.
- Po co? - spytałam.
- Po prostu to zrób.


Lunch się skończył i zrobiłam co mi kazano. Nowy strażnik, który jeszcze mi się nie przedstawił zaprowadził mnie do najbliższej łazienki, na której drzwiach wisiała przywieszka z napisem "Damska toaleta". Dla facetów była zaraz obok.

Weszłam przez odpowiednie drzwi i stanęłam obok trzech umywalek, nad którymi wisiały trzy lustra. Jedno z nich było pęknięte. Łazienka była pusta.

Nie dostałam od Harry'ego żadnych innych wskazówek, niż żeby tu przyjść. No więc tu byłam, stojąc bez żadnego pomysłu ,co on mógł sobie zaplanować. Ale nie musiałam długo czekać, żeby się przekonać. Po zaledwie kilku krótkich chwilach, Harry znalazł się pod drzwiami. Wyprzedził Briana o kilka kroków, skręcając za róg, aby zniknąć z jego pola widzenia na kilka sekund. I właśnie te kilka sekund, były wszystkim co potrzebował, aby wejść do damskiej toalety zamiast do męskiej.

Na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech, kiedy zobaczyłam jak wchodzi do pomieszczenia, sam uśmiechając się przebiegle.

- Harry? - usłyszałam jak Brian zawołał, starając się upewnić, że jego podopieczny znajdował się tam gdzie powinien.
- Tak? - Harry odpowiedział.
- W której łazience jesteś?
- Męskiej, a co? - zapytał jakby było to coś oczywistego.
- Brzmisz jakbyś był w...
- Cholera, możesz dać mi się po prostu w spokoju wysikać? - zażądał Harry, a ja przykryłam ręką moje usta, aby stłumić chichot.

Brian więcej się nie odezwał.

- Po co kazałeś mi tu przyjść? - odezwałam się cichutko, nie chcąc, aby żaden z naszych strażników usłyszał.

Zamiast odpowiadać ręce Harry'ego objęły moją twarz i przyciągnął mnie do siebie. Jego usta wpiły się w moje. W jego pocałunkach czuć było głód, kiedy lizał i zasysał i gryzł moje wargi. Moje dłonie powędrowały na jego plecy i poczułam zarys jego silnych mięśni, kiedy schylił się,  aby wyrównać różnicę wzrostu między nami. Jego pełne wiśniowe usta były takie gładkie i miękkie. Uwielbiałam sposób w jaki Harry całował, odbierając całą moją siłę i wolę. Jego usta niemal masowały moje, jego ciche jęki dudniły głęboko w jego piersi. Jego dłonie i usta i ciało poruszały się, jakby bycie blisko mnie było jego jedynym pragnieniem.

- Chciałem cię tylko pocałować - wydyszał, uśmiechając się, kiedy się ode mnie odsunął.

Oplotłam go rękami za szyję, a on oparł swoje czoło na moim; nasze klatki piersiowe stykały się z każdym ciężkim oddechem, podczas gdy jego dłonie były na moich biodrach. Pocałowaliśmy się jeszcze raz, ale oboje nie przestaliśmy się uśmiechać. Mimo wszystko Harry wciąż mógł wywołać uśmiech na mojej twarzy jednym pocałunkiem czy dotykiem. Zawsze udawało mu się znaleźć sposób, żeby nas trochę rozerwać, nawet w takim miejscu jak Wickendale.

- Kocham cię - wymruczał z radością, kiedy jego usta przesuwały się po mojej szyji.
- Też cię kocham - zaśmiałam się. Kiedy jego twarz znów znalazła się na tym samym poziomie co moja, pocałowałam go jeden ostatni raz.
- Będziemy musieli to czasem robić, wiesz. Będziemy musieli  znaleźć sposób, żeby przynajmniej od czasu do czasu się pocałować, to mi wystarczy dopóki nie pójdziemy na całość po ucieczce.
- Już nie mogę się doczekać.

Z moimi słowami przygryzł swoją dolną wargę i  zlustrował moje ciało jakby wyobrażając to sobie. Zamiast się zarumienić, jak zwykle bym zrobiła, czułam się pewnie. To co zobaczyłam w oczach Harryego sprawiło, że poczułam się...chciana.. Pomimo tego, że to uczucie i tak nie miało znaczenia w tym miejscu i tak było miłe.

- Chodź, chyba powinniśmy już iść - w końcu powiedział - To było bardzo długie sikanie.

Zaśmiałam się nieco zbyt głośno, a on zasłonił mi usta ręką, pomimo tego, że on też chichotał. W końcu udało mi się opanować i zdjął swoją rękę, pozwalając mi iść przodem.

Wyszłam z pomieszczenia, a mój strażnik natychmiast zaczął iść bez słowa, oczekując, że za nim pójdę. Harry i jego strażnik, dla odmiany nie byli wcale cicho, debatując na temat, do której łazienki wszedł Harry. Wciąż mogłam słyszeć jego dudniący głos, kiedy skręciłam za róg, lekko się uśmiechając.

Jeśli to było wszystko na co nas stać, krótkie chwile całowania w łazience i obściskiwania się w schowku, to mi to wystarczało. Wystarczało mi wszystko co było związane z Harrym.

I miejmy nadzieję, że sprawy będą dalej tak wyglądały. Nasz problem z Kevinem pojawił się i zniknął i mogłam się jedynie modlić, że nasze wszystkie inne problemy też tak samo się rozwiążą. Ale moja nadzieja nie była bardzo mocna, ponieważ już zdążyliśmy się nauczyć, że po promieniu szczęścia przychodzi burza strasu i zmartwień. I zważając na to, że dziś szczęście było po naszej stronie, miałam przeczucie, że niedługo stanie się coś bardzo złego.
                                                                                                               
Yay w końcu miałam przyjemność tłumaczyć scenę pocałunku, jak do tej pory wszystkie fajne rozdziały  oprócz 16 i 17 przypadały Natalii;P
Jutro wyjeżdżam i na pewno będę miała problem z internetem, ale mam nadzieję, że to nie opóźni dodawania rozdziałów ~Magda
dziękuję za wszystkie piosenki podesłane dla mnie pod ostatnim rozdziałem :) w dzisiejszym jest piosenka także polecona przez jedną z was pod rozdziałem 34, thanku thanku według mnie fajnie pasuje ~natalia :)x

poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział 35

-Jestem gotowa, żeby z wami porozmawiać.

Wymieniliśmy się spojrzeniami. Zdziwionymi, ale też nieco ucieszonymi spojrzeniami. Harry'ego to bawiło, widziałam to w jego  oczach.

-O nim. - mówiła dalej Jane, kiedy nie odpowiadaliśmy.
-O kim? - spytał Harry. Jasne, szeroko otwarte oczy Jane przesunęły się na Harry'ego. Przysięgam, Harry potrafił wydusić z ludzi odpowiedź choć wcale się nie starał, w przeciwieństwie do mnie. Miał w sobie to wyjątkowe, intrygujące coś i wyglądało na to, że nie tylko ja ulegałam jego urokowi.

-Tym... tym, który zna moje imię. - cichutki głosik zachwiał się delikatnie, ale Harry skinął, by kontynuowała. Tak więc zrobiła.

-Nosi taki kostium. - powiedziała i skinęła w stronę ochroniarza, który opierał się o ścianę. - Jest jednym z nich. A może jest nimi wszystkimi.
-Jak to? - podpytywał Harry. Oboje dobrze wiedzieliśmy, że najdrobniejsza rzecz może przerwać tą rozmowę, więc byliśmy ostrożni.
-Czasem ma ciemne włosy i ciemne oczy. Ale nie zawsze. Czasem jego oczy są niebieskie, a włosy bardziej białe.

Byłam skonsternowana. Próbowaliśmy wyciągnąć jakikolwiek sens z tych zwariowanych rzeczy, o których plotła. Ale Harry nie był zdezorientowany, a nawet jak był to tego nie okazywał.

-Skąd zna twoje imię, Jane? - pytał

Zmieszana dziewczyna spuściła wzrok i nie patrząc nam prosto w twarze szeptała. Szeptała tak cicho, że ledwo ją słyszałam.

-Przychodzi czasem do mojej celi.

Oczy Harry'ego spotkały moje po raz kolejny. Oboje mieliśmy zmartwienie i zdenerwowanie wymalowane na twarzy. Jane kontynuowała.

-Gdy jego oczy są niebieskie, dotyka mnie. Czeka aż wszyscy sobie pójdą, a potem zamyka drzwi. Boję się. Zawsze mu mówię, że się boję i że nie chcę, ale on nie słucha. Kiedy jego oczy są brązowe, jest podlejszy i każe mi go dotykać. Jak mówię, że nie to mi grozi. Gdy ma brązowe oczy jest najgorszy. Ale zawsze zna moje imię, zawsze mówi moje imię. Mówi je, żeby spróbować mnie uspokoić, jak kiedyś mój ojciec. Ale to nie działa.
-Jasna cholera. - wydusił z siebie Harry. I wtedy zrozumiałam - mówiła o dwóch różnych osobach. Była bezradnym, zdezorientowanym więźniem, a dwóch strażników wykorzystywało ją naraz. Gwałcona przez dwóch obrzydliwych pracowników. Oddając ją sobie z rąk do rąk, wymieniając się nią. Właściwie była całkiem ładna, szczególnie w porównaniu z innymi tutejszymi kobietami. I była wyjątkowo krucha, idealny cel.

-Jak często to się zdarza? - spytałam. Tym razem mówiła prosto do mnie.
-Co kilka dni. Czasem tylko raz w tygodniu. Ale zawsze przychodzi i zawsze mówi moje imię.

Harry westchnął i przejechał ręką po gęstych włosach.

-Wiesz, który to z nich? Czy to któryś z tych tutaj? - pokazał na strażników stojących pod ścianą kafeterii, bez dwóch zdań podejrzewając, że to James jest winowajcą.
-Nie pokazuj palcem! - powiedziała Jane. - Będzie wiedział, że o nim mówimy, jak będziesz pokazywał. - a potem, spokojniej, dodała -Ale nie widzę go. - James był na wprost od niej, a jej twarz nie uległa żadnej zmianie, gdy go zobaczyła. Więc może nie był to James, może nie był jedynym przebrzydłym pracownikiem tutaj.

Harry spojrzał Jane prosto w oczy, a ona wzdrygnęła się nieco.

-Możesz mi wyświadczyć przysługę, Jane? Jeśli go zobaczysz albo dowiesz się, jak ma na imię, przyjdź i mi powiedz, dobrze?

Rozejrzała się na boki, jakby rozstrzygając, czy powinna nam zaufać czy nie. 

-Kazał mi nic nie mówić.
-I tak nam już wszystko powiedziałaś. Samo imię albo twarz nie zrobi żadnej różnicy, prawda? - powiedziałam. Przemyślała moje słowa, a potem przytaknęła.
-Okej.

Powodem, dla którego zdecydowaliśmy się porozmawiać z Jane było to, że mogłaby być aliantką. Narzędziem, przykrywką, gdybyśmy później jej potrzebowali przy ucieczce. Ale Jane stała się właśnie kimś o większej wartości. Najwyraźniej, o ile mówiła prawdę, mogło się tu dziać jeszcze więcej strasznych rzeczy, niż myśleliśmy. Jak wielu ochroniarzy to robiło? I jak wielu dziewczynom? Jak wiele bezradnych, nie zdolnych do obrony kobiet stało się obiektem molestowania przez pracowników? Chciałam już zapytać Jane, kiedy Harry odezwał się przede mną.

-Czemu mówisz nam to teraz? - spytał - Dlaczego nic wcześniej nie mówiłaś?

Na to pytanie Jane zdawała się dobrze znać odpowiedź. Odezwała się od razu, jakby przygotowana na to, że zapytamy.

-Bo najgorsze, co mogą mi jeszcze zrobić to znowu mnie dotykać. Mogą zrobić to albo mnie zabić... a ja nie boję się już umrzeć.

Harry i ja siedzieliśmy cicho. No bo co niby mieliśmy powiedzieć? Albo lepiej, co mieliśmy zrobić z tą historią, jaką nam opowiedziała? Nie mogłam znaleźć odpowiedzi na żadne z tych pytań, więc po prostu popatrzyłam na Harry'ego. Ale on też nie wydawał się wyrywać do odpowiedzi. Wydawał się nieco zestresowany. Sięgnął do kieszeni po jego zawsze obecne pudełko papierosów i wyciągnął jednego. Gapiłam się jak podpala go, tak niesamowicie, jak zawsze. Jeszcze bardziej niesamowite było to, jak zaciągał się papierosem wystającym z jego rozsuniętych warg, po czym kłęby dymu unosiły się w powietrze. Mimo tego, ile czasu minęło, wciąż nie byłam do tego przyzwyczajona.

Potrząsnęłam głowę, próbując skupić się na czymś innym. Nie to, jak palił papierosa było tu teraz ważne, ale Jane. Która, ku mojemu zaskoczeniu, okazała się bardziej poukładana niż myślałam. Była cicha, owszem, ale to nie znaczyło, że nie miała o czym mówić. Nie siedziała tu bez powodu i nie bez powodu chciała wyjść. Z początku myślałam, że została tu umieszczona, bo była niestabilna emocjonalnie, bo jej mózg nie funkcjonował, jak trzeba. Ale może nie chodziło o brak inteligencji, ale jej nadmiar czynił ją niepoczytalną.

-Przyniosę coś do jedzenia. - odezwał się Harry, by przerwać ciszę. Zanim zdążyłam odwrócić głowę podchodził już do lady na tyłach pokoju. Zostawiając mnie i Jane same. Normalnie nie miałabym nic przeciwko, ale ona nie wydawała się mnie za bardzo lubić. A przynajmniej, nie tak jak Harry'ego.

-Lubię twojego kolegę. - powiedziała, jakby potwierdzając moją teorię. Nigdy nie mówiła głośniej niż szeptem. - Jest... inny.
-Tak. - zgodziłam się z uśmiechem
-Na początku myślałam, że jest jak ty. Nie myślałam, że naprawdę jest szalony. Może troszkę zwariowany, ale nie jak nasza reszta.

Przytaknęłam. Chyba wszyscy zauważyli, że Harry i ja nie byliśmy jak inni, łącznie z Jane. A przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie kontynuowała.

-Ale teraz już rozumiem. Jest na tyle obłąkany, że nas wszystkich do tego przekonał. Jest tym sprytnym wariatem, cykającą bombą. Zupełnie opanowany i spokojny, aż tu nagle... bum.

Mówiła szybko, wręcz chaotycznie. I też sympatycznie, jakby znała się na tym, o co niesłusznie oskarżała Harry'ego.

-Nie. - poprawiłam ją grzecznie - On taki nie jest, on... - ale nim zdążyłam dokończyć, Jane zakryła uszy dłońmi i zaczęła kręcić gwałtownie głową. Wydawała się cierpieć, jakby nie mogła pozbyć się kłującego hałasu w jej głowie. Więc to tyle z rozmowy.


Desperacko szukałam wzrokiem Harry'ego. Był odwrócony do mnie plecami. Napełniał dwie tace tą lepką paćką, jaka była dzisiaj w menu. Mógłby się pośpieszyć. Byłam dobra jedynie w leczeniu okaleczeń pacjentów i dawaniu  leków. Ale nie ja się z nimi konsultowałam ani im nie doradzałam. A przynajmniej nie w takich przypadkach.

Odwróciłam nagle głowę i nieco podskoczyłam, gdy krzesło Harry'ego zajął ktoś inny. To ta kobieta, którą zauważyłam kilka dni temu. Ta nowa, ta która wydawała się normalniejsza niż inni. Ale po terapii elektrowstrząsowej Harry'ego, jego "kocham cię" i innych rzeczach, które odciągnęły moją uwagę, jej postać całkiem wypadła mi z głowy.

Była ładna, jasno-brązowe włosy i brązowe oczy pasowały do siebie. Nie piękna, ale ładna.

-Cześć - odezwała się szorstko. Jej głos był nieco twardszy niż się tego spodziewała. Twardszy, nie w męską stronę, ale raczej podkreślający autorytet.
-Cześć. - odparłam, wahając się przez chwilę w przeciwieństwie do niej - Ktoś ty?
-Jestem Mikayla. A ty?
-Rose. - powiedziałam, a końcówka zabrzmiała bardziej jak pytanie. - Co tu...
-Kto to? - przerwał głos Harry'ego. Stał za mną przez chwilę, a ja popatrzyłam na niego. Uważnie mierzył kobietę wzrokiem. Nie w złości, raczej sprawdzająco.
-Ma na imię Mikayla. - odpowiedziałam za nią, gdy Harry siadał obok mnie podsuwając mi tacę. Choć jedzenie było obrzydliwe, a woda śmierdziała, zjadłam i wypiłam wszystko. Tylko kolejnego omdlenia mi tu potrzeba.
-Co tutaj robisz?
-To co ona. - powiedziała Mikayla i skinęła w stronę Jane. Ciągle trzymała się za uszy, ale nieco lżej, wydawała się spokojniejsza. - Chcę tylko pogadać. - coś kryło się w jej tonie, co mówiło wprost przeciwnie.

Harry przytaknął powoli, ciągle zastanawiając się, co zrobić z kobietą, która się tu nagle pojawiła. Nie patrzył w moją stronę, a trzymał mi rękę na kolanie.

-O czym? - drążył
-O czymkolwiek. Wasza dwójka wydaje się być jedynymi tutaj, którzy są w stanie rozmawiać jak ludzie. Poza tym, wydajecie się... choć trochę normalni. I na pewno znacie to miejsce lepiej niż ja. Więc uznałam, że jeśli mam się tu do kogoś odezwać, to powinniście być to wy.

Uznałam, że tą rozmowę też pozostawię Harry'emu. Jemu znacznie lepiej wychodziło gadanie z nieznajomymi.

-Więc rzeczywiście chcesz tylko pogadać? Chcesz po prostu jakiś kumpli do plotkowania? - spytał zaczepnym tonem, jakby jej nie wierzył.

Przytaknęła. Ale ona była sprytna. Było to jasne przez pewność siebie płynącą w jej głosie i błysku w jej oku. Czegoś chciała. Czy rzeczywiście chciała się z nami zapoznać, czy nie, nie miałam nic przeciwko. Pewnie potrzebowała nas tylko, żeby się oswoić z okrutnym środowiskiem Wickendale, żeby dowiedzieć się, jak to miejsce działa. A kto wie, może nam pomóc w późniejszym czasie.

-Więc, kto to miejsce prowadzi? - zapytała - Kto jest tutaj dyrektorem czy czymś?
-Pani Hellman. - powiedziała. Spojrzała na mnie pytająco. - Będziesz wiedziała, że to ona, jak tylko ją zobaczysz. Ona tutaj rządzi i z pewnością cię o tym przekona.

Jane się nie odzywała, śledziła nas oczami. Nie mówiła, ale słuchała.

-Okej... a o co chodzi ze strażnikami? - ciągnęła
-To chuje. - powiedział nieco zgryźliwie Harry. Czuć było w jego głosie nienawiść, a błysk w oku Mikayli udowodnił, że załapała.
-Ta, to wiem. Moja mała opiekunka już mnie kilka razy zdążyła szturchnąć. Są złośliwi, ale raczej nie wymagający. Nie są tacy władczy jak to widziałam na filmach o więzieniach.
-To działka pani Hellman. - wyjaśnił Harry - Do bycia władczym. Zatrudnia takich ludzi nie bez powodu. Chce ochroniarzy, którzy byliby w hierarchii wyżej od pacjentów, ale nie wyżej od niej samej. Wiedzą, że jeśli zaczęliby się tutaj rządzić i dyktować pacjentom, co mają robić, pani Hellman by się to nie spodobało.
-Ta Hellman wydaje się sukowata.
-Nawet nie wiesz jak. - westchnęłam. Oczy Mikayli krążyły między mną a Harrym.
-A co się stało tamtemu strażnikowi?

James. Oboje wiedzieliśmy, że mówi o Jamesie nie zerkając nawet w tamtą stronę. Ciągle nosił kołnierz i miał założony opatrunek na całym nosie. Jedno oko nadal było napuchnięte, a ciemnofioletowy kolor ledwo schodził. A jakby się mu tak teraz przyjrzeć, jego kości były jakby zniekształcone. Nie za bardzo wiedziałam co to było, ale coś deformowało jego rysy. Jakby złamał jakąś kość. Może szczękę.

Ani ja, ani Harry nie odpowiedzieliśmy od razu. Nie wydawało mi się, żeby Harry był przygotowany na opowiadanie tej historyjki, a ja zdecydowanie nie miałam takiego zamiaru. Wolałabym zapomnieć o strachu, jaki czułam, gdy Harry napastował Jamesa.

-No nie wiem. - odparł Harry. Ale odpowiadał zbyt wolno, jakby myślał nad każdym słowem. A Mikayla znowu załapała.
-Huh. - powiedziała - No nie wiem, czy w to uwierzę. Wy coś wiecie.

Spojrzałam na Harry'ego, a on wzruszył ramionami, ale żadne z nas się nie odzywało.

-Oj weźcie, przecież to bez znaczenia. A i tak się pewnie dowiem.
-No dobra. To on. - powiedziałam i skinęłam na Harry'ego. Nie musieliśmy mówić jak i czemu, wystarczyły ogólniki. Nie było powodu, dla którego mielibyśmy ukrywać coś, co i tak każdy już wiedział.
-Woah. Ty mu to zrobiłeś? - spytała. Harry przytaknął zachowując pokerową twarz. Mikayla przyglądała nam się ze zmieszaniem i koncentracją, jakby wysnuwała jakieś wnioski. Mierzyła nas wzrokiem, lecz tym razem z pewną dozą szacunku. - Kim wy do cholery jesteście?
-To Harry i Rose. - odezwała się Jane, uznając, że to najlepszy moment na dołączenie do rozmowy - Ja znam ich imiona. Oni moje też znają. Są w porządku.

Wszyscy nieco się rozchmurzyliśmy na dziecięcy ton Jane.

-To dobrze. - powiedziała Mikayla.

Jane wyraźne skinęła głową. Choć była ode mnie starsza, przez jej cichutki głos i roztrzepane blond włosy wydawała się nawet urocza. Zastanawiałam się, co ta dziewczyna mogła takiego zrobić, żeby wylądować w Wickendale.

-Myślę, że od teraz będę się do was przysiadać, jeśli nie macie nic przeciwko. - odezwała się Mikayla. - Znacie to miejsce dużo dużo lepiej niż ja. A już nie mogę dłużej siedzieć sama w tym rogu.

Na pewno nie zabrzmiało to, jak pytanie, ale raczej oznajmienie swojej decyzji. I tak właśnie odrobina prywatności, jaką miałam z Harry poszła w zapomnienie. Całusy, rozmowy i śmiechy będą musiały pójść w odstawkę z naszym nowym towarzystwem. Ale co niby mieliśmy zrobić? Wykopać ją stąd i nie pozwalać siadać obok jak elita szkolna? Poza tym, potrzebowaliśmy tak wielu "przyjaciół" jak tylko mogliśmy, jeśli chcieliśmy uciec. Byłabym głupia, jakbym nie pozwoliła jej z nami rozmawiać. Ale mimo wszystko nieco się zawiodłam.

I właśnie wtedy z mojego rozmyślania wyrwała mnie wystraszona Jane.

-To on! - wyszeptała chrapliwie.

Mikayla nie wiedziała, o kim mówiła Jane, ale ja i Harry dobrze zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Chodziło jej o tego parszywego mężczyznę, który przychodził do jej celi co tydzień, jak wcześniej opowiadała. Oboje przekręciliśmy głowy w tym kierunku, w jakim patrzyła zaniepokojona pacjentka i znaleźliśmy tego strażnika, którego opisywała. Był dokładnie na wprost niej, stając w kącie, obserwując, jak cała reszta ochrony Wickendale. Jednak coś w nim było znajomego, coś co wywoływało u mnie gęsią skórkę.

To nie był po prostu jakiśtam ochroniarz, ale ten, który codziennie odprowadza mnie do celi. Mój ochroniarz. A jak zrobił to Jane, kto wie, kto będzie następny.

Wszyscy długo milczeli. Mikayla nie wiedziała, o co chodzi, Jane była wystraszona, a mnie wypełniło zaniepokojenie i obawa. Ale to Harry wreszcie przemówił.

-No chyba sobie kurwa jaja robicie.
________________________________
oops. ktoś tu się chyba zdenerwuje.
a tak poza rozdziałem to dzięki za wszystkie piosenki, które podsyłacie w komentarzach, tak tego dużo i takie różne!! fajnie, że nie ograniczacie się do popowych gwiazdek, które zna dosłownie każdy. magda w zeszłym tygodniu prosiła to jeżeli nie macie nic przeciwko, tym razem ja wysunę prośbę w sprawie piosenek :P jeśli macie jakichś swoich ulubionych artystów z lat 70.- 90. to piszcie, bo chętnie posłucham :Dx love you lots ~natalia :)x

Dziś macie rozdział trochę wcześniej, bo w ciągu dnia nie będzie miał kto wrzucić:P enjoy! ~Magda

poniedziałek, 14 lipca 2014

Rozdział 34


Jest dużo różnych rodzajów strachu. Większość z nich to objawy egoizmu. Jak paraliżujący strach przed śmiercią, zdradliwy strach, kiedy jesteś sam w ciemności. Często boimy się bólu, zarówno tego fizycznego jak i psychicznego. Czasami po prostu jest to niemożliwe, żeby się nie bać.

Ale najgorszy był strach o innych. Kiedy kochasz kogoś bardziej niż siebie samego, to że mogą znaleźć się w niebezpieczeństwie przeraża cię. A ja doświadczyłam tego strachu już kilkakrotnie. Bałam się i ciągle się boję o Harry'ego za każdym razem jak pakuje się w kłopoty, co dzieje się dość często. W dniu kiedy usłyszałam jego stłumione krzyki z sali do terapii elektrowstrząsowej, poczułam większy strach niż jakikolwiek inny w całym moim życiu.

Więc kiedy Norman do mnie podszedł, kiedyś pewnie byłabym śmiertelnie przerażona, ale teraz nawet się nie bałam.

Jego uniform był większy, niż przeciętnego pacjenta. Uśmiechał się w obrzydliwy sposób, a na jego zębach widoczne były czarne plamy. Jego łysa głowa i widoczny wiek, sprawiały, że jego wygląd był jeszcze bardziej przerażający. Tatuaż z wężem jedynie dodawał mu wstrętu, czyniąc go najbardziej niepokojącym  mężczyzną jakiego kiedykolwiek poznałam.

Tempo mojego, już i tak szybko bijącego serca przyspieszyło, kiedy się zbliżał. Okej, może i się bałam, ale na pewno nie aż tak bardzo jak powinnam. Przecież nie mógł mi tu nic zrobić, przy tych wszystkich świadkach.

Norman wśliznął się na krzesło obok mnie, a ja starałam się na niego nie zwymiotować. Moje nerwy i smród jego oddechu nie pomagały.

Jego głos był mroczny. Nawet głębszy od Harry'ego.
- Pamiętasz mnie, Rosie?

Nie mogłam nic poradzić na dreszcz, który odruchowo przeszył moje ciało. Nie było żadnej odpowiedzi, której mogłabym mu udzielić, więc jej nie udzieliłam.

- Wiesz, śniłaś mi się - powiedział, nie marnując czasu. - Nie ma za bardzo nic innego do robienia, kiedy jest się w śpiączce. A ty byłaś w każdym moim śnie. Najświeższe wspomnienie jakie miałem. Ja dotykający cię w ciemności, zaraz przed tym jak twój chłopak musiał zepsuć zabawę.
- Tknij mnie palcem, a on zrobi to znowu - powiedziałam, mając nadzieję, że brzmiałam na mniej niespokojną niż się czułam. Wypowiedź Normana była dziwna i przewrotna.  Nie szło mi najlepiej i było widać po jego wyrazie twarzy, że coś z nim było nie tak. Ale wydawało mi się, że zrozumiał moją odpowiedź.

I chyba mu się ona nie spodobała. Może to przez wspomnienie jego głowy uderzającej o ścianę, a może coś innego, ale zaczął kręcić głową w furii.
-  Nie, nie, nie, nie, nie . - Jego zęby były zaciśnięte, a dłonie zwinięte w pięści. - Nie zrobi. - Jego wyraz twarzy wskazywał na to, że był wkurzony, jakby  dokuczała mu jakaś nie dająca spokoju myśl. I tak jakbym ja była  tą myślą, wstał ze swojego miejsca sfrustrowany, a ja odetchnęłam z ulgą. To poszło dużo szybciej i łatwiej niż się spodziewałam. Poszedł gdzieś za mną i zabrał ze sobą moje obawy.

Ale niestety miałam zły nawyk myślenia za wcześnie. Najwidoczniej jego cel znajdujący się za mną, był bezpośrednio za mną. Te jego wykrzywionee usta znajdowały się tak blisko mojego ucha, że aż podskoczyłam, kiedy szorstko wyszeptał:
- Nie. Tym razem upewnię się, że nie ma go w pobliżu i zamierzam skończyć to co zacząłem.


HARRY'S POV

Noc była ciemna. Cicha. Bez światła moje oczy były w stanie dostrzec jedynie pojedyncze kształty, które jednak były mi znane, więc się nie martwiłem. Moje ciało leżało na materacu z poduszkami. Byłem sam, ale było mi dobrze w samotności; ciemność pomieszczenia zapędzała moją senność. Nie byłem pewien, gdzie się znajdowałem, ale to nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia i  każdy mięsień w moim ciele, był zrelaksowany. Byłem bezpieczny.

Ale coś kryło się pod tą beztroską. Coś tam było. Było to bardziej nic, niż coś, jakby jakaś niedokończona myśl niż zmartwienie. Ale wciąż tu było. Jak twoje serce, które cicho bije, będąc niezauważonym. Zwykle nawet o nim nie myślisz, ale jest ono niezbędne.

Więc to małe nic było jak moje serce. Było tam i biło i było ważne. Ale nie myślałem o tym.

Zauważyłem to dopiero, jak spróbowałem przewrócić się na bok. Pasy.  To była ta niedokończona myśl,  to było to czego zwykle nie powinno tu być. Wiele pasów przymocowanych po obu stronach łóżka, przecinające moje ciało w każdą możliwą stronę. Każda część ciała, która była zdolna do ruchu i każda kończyna były unieruchomione. Mogłem równie dobrze po prostu być sparaliżowany.

Nagle poprzednia senność zmieniła się w panikę. A razem z nią przyszło to czego brakowało minuty temu. Światła się zapaliły. Jasne, ostre światła. Słychać też było odgłos kroków na betonowej posadzce. Kształty nie były już rozmyte, zamiast tego były zbyt wyraźne, a wszystkie krawędzie ostre. Moje oczy były szeroko otwarte i rozglądały się po pokoju. A to co zobaczyłem było piękne...i niepokojące. Emily tu była. Jej blond loki opadały kaskadą na jej ramiona. Jej usta były różowe, a jej skóra lekko opalona. Wyglądała nawet piękniej niż zapamiętałem. Miała na sobie tą dziwną sukienkę, która na niej nie wyglądała nawet tak dziwnie. Tą, którą założyła na naszą pierwszą prawdziwą randkę, aby mi zaimponować.

- Emily?! -  wykrzyknąłem podekscytowany, zapominając na moment, że byłem przywiązany. Ale żaden dźwięk nie wydostał się z mojego gardła. Spróbowałem jeszcze raz i jeszcze jeden, ale nawet nie spojrzała w moją stronę. Zacząłem krzyczeć, lecz był  to niemy krzyk. Krzyczałem w kółko jej imię, nie zauważyła.

Ale zauważyła coś innego. Coś po mojej prawej, coś czego więzy nie pozwalały mi zobaczyć. Cokolwiek/ktokolwiek to był, wyglądała na wystraszoną. Jej oczy były szeroko otwarte, a jej ciało zaczęło się trząść.
- Emily, co się dzieje? - spytałem błagalnym tonem. Kolejny raz mnie nie zauważyła.

Anonimowa, budząca strach rzecz w końcu weszła w moje pole widzenia. Definitywnie osoba, definitywnie mężczyzna. Był do mnie odwrócony  tyłem, kiedy szedł w kierunku Emily. Był ubrany w pewnego rodzaju mundur policyjny, średniego wzrostu, miał jasno-brązowe włosy. I nóż w ręce.

To był James.

Podszedł do Emily, a ona się nie ruszyła. Tym razem krzyczałem na niego, krzyczałem do niej, może obydwa. Krzyczałem i krzyczałem, ale nie wydałem z siebie żadnego odgłosu. Potem bam. Fala prądu elektrycznego przeszyła moje ciało. To było znajome. Ostry, przenikliwy ból przecinający mnie całego. Piekące gorąco kłuło każdy mój nerw i każdą komórkę. Ale nawet pomimo bólu, patrzyłem na Emily. James stał nad nią. Podniósł nóż do jej szyi, a ja krzyczałem i szarpałem się, ale nic z tego nie wyszło. Im bardziej się ruszałem, tym gorszy stawał się ból. Czułem się jakby sam diabeł kroił mnie na kawałki płonącą kosą z piekła.

Ale to co działo się z Emily było gorsze. Nóż, który James trzymał przy jej szyi. Przeciął go po jej skórze i pokazała się na niej świeża krew. I teraz ona krzyczała. Krzyczała moje imię i krzyczała o pomoc. Wciąż mnie nie widziała. Wciąż nie wiedziała, że starałem się jak mogłem, żeby ją uratować i było mi tak cholernie przykro, że nie mogłem tego zrobić. Ale pasy i ból nie pozwalały mi się ruszyć. Moje mięśnie bolały od walczenia z nimi, a moje gardło było zdarte przez moje nieudane próby krzyku. Próbowałem zamknąć oczy, ale nie mogłem.

I wtedy, kiedy jej krzyki już zaczęły cichnąć, nie była to już Emily. Była Rose. A James nie był już Jamesem,  ale był ogromnym, łysym Normanem. A ja ciągle byłem Harrym  i nie mogłem krzyczeć, tylko ciągle czułem ból.

Ale Rose nie przestała krzyczeć. Noż, który teraz znajdował się w ręce Normana, zostawiał liczne płytkie, ale długie cięcia, z których sączyła się krew,  a ona płakała i krzyczała. Ale nie umarła. A ja próbowałem tak cholernie bardzo ją uratować, ale pasy nawet nie drgnęły. Starałem się, żeby mnie usłyszała; żeby mnie zauważyła, próbowałem coś zrobić. A= Rose nie zauważyła moich wysiłków, ale to, że nie było mnie tam, żeby jej pomóc.

Płakała i krzyczała moje imię. I kurde, ja też już płakałem. Byłem tak niesamowicie zmęczony i sfrustrowany i emocjonalnie wycieńczony, że nie mogłem nic na to poradzić.

I już wtedy, gdy wydawało się, że w końcu wydobędę z siebie głos, kiedy poczułem maleńkie wibracje w krtani, coś mnie rozproszyło. Bo Rose przestała krzyczeć. Jej oczy były zamknięte i jej niegdyś piękne ciało, leżało zakrwawione na podłodze.

A Norman nie był już Normanem. Jego ciało było szczuplejsze i miał ciemne włosy. Mężczyzna zaczął się odwracać, mężczyzna, który zamordował Emily i Rose bez mrugnięcia okiem. Patrzył na mnie teraz i mogłem zobaczyć jego twarz. Jego oczy były ciemnozielone, a włosy były poplątanymi brązowymi lokami. Strój mężczyzny nie był już tym, czymkolwiek był wcześniej, ale uniformem pacjenta.

Wtem, z przerażeniem, przez które krew  odpłynęła z moich policzków, zdałem sobie sprawę, że mężczyzna był mną.

I nagle mogłem się ruszyć. Moje ciało odrzuciło na bok, to co okazało się być kocem zamiast pasów. Krzyczałem i krzyczałem, ponieważ w końcu mój głos był słyszalny. Otworzyłam oczy, chociaż wcześniej nawet nie zauważyłem, że były zamknięte. Pomieszczenie ponownie spowijała ciemność.

Kurwa. To był po prostu kolejny sen.

Ale moje policzki wciąż były mokre od łez i zdałem sobie sprawę, że płakałem przez sen.  I ciągle nie przestałem. Moja pierś falowała, kiedy próbowałem uchwycić się rzeczywistości. Zacisnąłem pięści na prześcieradle,  starając się pozbyć frustracji. To była najokropniejsza rzecz jakiej kiedykolwiek doświadczyłem, przytomny  czy nie.

Ale to był tylko  sen. Sen, to wszystko. Emily odeszła, a Rose była żywa i bezpieczna. Ta myśl uspokoiła nieco mój oddech. Rose. Żywa. Bezpieczna. Wyobraziłem ją sobie parę dni temu, kiedy powiedziała, że mnie kocha i w końcu mogłem zaczerpnąć oddech. Kochała mnie i czuła się przy mnie bezpiecznie. Nie zraniłem jej i nigdy nie zranię. Nie zraniłem też Emily. Ona odeszła i musiałem wierzyć, że istnieje lepsze miejsce, a ona tam gdzieś jest. Bo jeśli po tym wszystkim, naprawdę jest lepsze miejsce, raj, jeśli ktokolwiek na nie zasłużył, to właśnie ona.

Otarłem moje żałosne łzy i podniosłem głowę. Wypuściłem prześcieradło, wzdychając z ulgą.
- Kurwa - powiedziałem trochę za głośno, tylko by się upewnić, że tak, mój głos działał. Dobrze. Zaśmiałem się lekko z ulgą i potrząsnąłem głową. Sen. Po prostu kolejny koszmar.

Zatopiłem się z powrotem w materacu i poczułem dużo bardziej zrelaksowany. Moje mięśnie przestały być spięte, a mój oddech powrócił do swojego normalnego tempa. Jaka ulga.

Ale ciągle czułem ukłucie winy. Czułem się źle, prawie jakbym zrobił coś okropnego. Coś wciąż nie było w porządku. Czułem gdzieś głęboko w środku, że to jak zobaczyłem siebie, jako potwora, którym byłem we śnie, nie było wcale jedynie częścią koszmaru.


ROSES'S POV

Zdecydowałam się nie mówić Harry'emu o incydencie z Normanem. Nic takiego się przecież nie stało. Po prostu trochę mi pogroził, ale to był jedynie dowód jego niepoczytalności. I ze strażnikami wokół 24/7, wątpiłam w to, żeby miał szansę spełnić swoją obietnicę. Więc zamiast dodawać Harry'emu jeszcze więcej wrogów i zwiększać jego szanse na wpakowanie się w kłopoty, będę po prostu choć raz siedziała cicho. Plus, wyglądało na to, że i tak ostatnio miał dużo na głowie, sądząc po jego podkrążonych oczach.

Patrzył gdzieś przed siebie przygryzając wargę w zamyśleniu. Jednak nie wyglądał na zamyślonego. Wyglądał na wykończonego i trochę jakby smutnego.

Usiadłam obok niego, a jego aura się zmieniła, jego oczy spojrzały w moją stronę, a plecy wyprostowały.

- Hej - powitał mnie ze zmęczonym uśmiechem.
- Hej - odpowiedziałam również z uśmiechem. Ledwo zdążyłam usiąść, kiedy ręka Harry'ego znalazła się na moim policzku, a on przycisnął swoje usta do moich w delikatnym, powolnym pocałunku. Trwał on tylko sekundę lub dwie, ale jak zresztą każdy pocałunek Harry'ego, był niesamowity. Pociągnął lekko palcami od policzka do mojej szyi. Potem po moim obojczyku, ramieniu, potem w dół i w górę po mojej ręce, jakby chciał się upewnić, że naprawdę tam byłam.

- Wszystko w porządku? - zapytałam, lekko zdziwiona On, dla odmiany, nie zdziwił się na moje pytanie ani trochę.
- Rose, wiesz, że nigdy bym cię nie skrzywdził, prawda? Wiesz, że cię kocham i dopilnuję, żeby nic ci się nie stało.

Myślałam o tym przez moment. Nie dlatego, że nie znałam odpowiedzi, ale to przypadkowe pytanie mnie po prostu zaskoczyło.
- Tak, Harry, oczywiście, że wiem. Dlaczego w ogóle pytasz? - odpowiedziałam. Jego dłoń odpoczywała na moim udzie, a ja położyłam moją na jego, aby dodać mu otuchy.
- Sam nie wiem - westchnął, wracając do patrzenia w bliżej niezidentyfikowanym kierunku.
- Czy coś się stało? - spytała go. Kiedy nie odpowiadał, zaczęłam kreślić kciukiem kółka na jego dłoni.
- Nie, nie - zapewnił, zielone oczy z powrotem popatrzyły na moją twarz. - Ja po prostu ehh... miałem koszmary.

Czułam jak moja twarz łagodniała, kiedy mówił. Mogłam sobie jedynie wyobrażać okropne rzeczy zakłócające jego sen. Pomimo tego, że oboje dużo przeszliśmy, Harry doświadczył o wiele więcej.

Już miałam zapytać go o czym były i co mogłam zrobić, aby go pocieszyć, ale coś mnie powstrzymało.

Musiałam popatrzeć jeszcze raz, aby się upewnić. Ale to  działo się naprawdę. Jane właśnie podeszła do naszego stolika. Drobna, cicha, antyspołeczna Jane podeszła do nas, podczas gdy zwykle to my niemal błagaliśmy ją, aby z nami porozmawiała. Jej głos był tak samo cichy, jak przedtem, ale tym razem było w nim słychać nieco więcej pewności siebie, kiedy się odezwała.
- Jestem gotowa, żeby z wami rozmawiać.
                                                                                                                              
No więc hej:3 jak  tam wszystkim mijają wakacje? Bo ja po 2 tygodniach nierobienia nic dowiedziałam się, że za dwa tygodnie wyjeżdżam na 2 tygodnie, a później mam jakieś 12 godzin (I HOPE), żeby się przepakować na kolejne 2 tygodnie. Więc mam w cholerę rzeczy do załatwienia przez najbliższe 2 tygodnie, w tym przetłumaczenie rozdziałów na zapas, co mam nadzieję uda mi się zrobić, żeby nie było żadnych opóźnień.
Tak wgl to co wy na to, żebym zrobiła takie FAQ, w którym byłyby odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania, żeby ktoś zanim zada po raz 6548966648 to samo pytanie, zobaczył czy nie ma tam już na niego odpowiedzi? Zapraszam na aska tak wgl;P
Last but not least piszcie mi jakie piosenki byście dołożyli do mojej Psychotic Playlist, bo muszę ją updatować, żeby mieć czego słuchać w podróży;P
MIŁYCH WAKACJI WSZYSTKIM ONCE AGAIN;***** ~Magda

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rozdział 33


Zdawałam sobie sprawę z tego, że Norman powrócił, a już wogóle dobrze wiedziałam co mógł mi zrobić. Dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że razem z Harrym pilnie potrzebowaliśmy stąd zwiać. Jednak jasne było, że promyk nadziei mógł zostać nam odebrany w każdej chwili. Ale niestety nie mogłam pozbyć się wszystkich trosk naraz. Gdyby świat był idealny, już po kilku dniach planowania mielibyśmy za sobą ucieczkę. Nauczyłam się jednak, że świat idealny nie jest. Bez względu na to, jak bardzo byśmy się starali, jak bardzo wytężalibyśmy umysł, żeby coś wymyślić, nie mogliśmy nic zdziałać w tak krótkim czasie. Ściany instytucji strzegły nie tylko chorych umysłowo ale takze potwornego pragnienia ucieczki. Ucieczki i … prywatności. Prywatności mojej i Harrego. Bo te kilka całusów w policzek i kilka chwil, gdy mogłam poczuć usta Harry'ego na swoich w gabinecie Lori jakoś mi nie wystarczały.

Zamiast skupiać się na nieczystych myślach o przepięknie wyrzeźbionych ramionach Harry'ego, silnym torsie, szerokich barkach, delikatnej skórze i pełnych ustach, spojrzałam więc na koniec korytarza, przy gabinecie Kelsey. Kevin, mój ochroniarz, stał po mojej prawej, żebym nie odwaliła czegoś w stylu "psychicznego przestępcy". Miałam tylko jeden cel na najbliższą cotygodniową zbędną sesję terapeutyczną. No może i nie taką zbędną, ale miałyśmy lepsze rzeczy do obgadania.

Podczas drogi zauważyłam dziwne rzeczy, na które normalnie nie zwróciłabym uwagi. Pacjentka, która zachowywała się zupełnie normalnie była mocno trzymana przez barczystego ochroniarza stojącego zbyt blisko. Był nieco zbyt głośny i nieco zbyt brutalny, wpychając ją do jej celi. Nawet zapłakała, kiedy spadła na ziemię. Nawet nie przeprosił, trzasnął po prostu drzwiami jakby zamykał ją w klatce i poszedł. Nie żebym spodziewała się, żeby strażnicy byli mili, ale to nie był pierwszy raz, kiedy widziałam coś takiego. Jako pracownica większość czasu spędzałam zamknięta w gabinecie Lori, pomagając jej. Nie miałam raczej okazji zobaczyć prawdziwego życia w instytucji. Ale jako jedna z nich rozumiałam, że większość personelu była zbyt brutalna; traktowali nas jak zwierzęta, a nie ludzi. Poszczęściło mi się z Kevinem, bo nie skrzywdził mnie odkąd jest moim ochroniarzem. A przynajmniej jak na razie...

Otworzyłam drzwi do gabinetu Kelsey, a Kevin został na zewnątrz.

-Kelsey, jak my się do cholery stąd wydostaniemy? Gdzie są wyjścia? Masz mapę instytucji?
-Hej, Kelsey, jak się masz? Dobrze, dzięki że pytasz. - drażniła się ze mną

Spojrzałam na nią spode łba.

-A może to ty mnie zapytasz, jak ja się mam, Kelsey? Oh, wspaniale, strasznie podoba mi się bycie zwariowaną pacjentką szpitala psychiatrycznego dla przestępców, powinnaś spróbować. Jest super.
-Oj żartuję przecież. - zaśmiała się - Chodź, siadaj.

Westchnęłam i uśmiechnęłam się słabo, siadając.

-Co chcesz? Mapę?
-Tak, jest jakaś? - spytałam. Jeżeli mieliśmy uciekać to dobrze jednak byłoby wiedzieć, gdzie w ogóle mamy biec.
-Może. - odparła. Wydawała się niemal pewna. - Mogłabym ci ją załatwić. Gdzieś powinien pewnie być jakiś plan budynku czy coś takiego.
-Dzięki. - powiedziałam, mając nadzieję, że usłyszy w moim głosie, jak dużo to dla mnie znaczy.
-Nie ma sprawy. Ale raczej nie będę w stanie dostarczyć ci go wcześniej niż w przyszłym tygodniu na następnej sesji.

Westchnęłam znowu.

-Nie dałabyś rady mi go dostarczyć jakoś wcześniej? - spytałam jak tylko najmilej mogłam. Głupio mi było pytać, i tak już wiele ryzykowała zgadzając się na pomoc. Ale byłam zdesperowana.
-Nie. - pokręciła głową. - Jeśli masz zamiar to zrobić, tak na serio, musisz trzymać język za zębami. To znaczy, że nikomu nie mówisz. Nikomu nie możesz ufać. Bo jak pani Hellman się dowie to już po was.

Nie wiedziałam, czy miała na myśli dosłownie to, co mówiła, ale wiedziałam, jak poważna jest to sprawa. Miała rację. Samo mówienie jej i Lori o naszych planach wydawało się niebezpieczne.

-Jeśli przyszłabym do ciebie, wręczyła jakąś kartkę papieru, nie w czasie sesji, gdzie nie byłoby żadnych ochroniarzy i pacjentów, mogłoby to przykuć uwagę. A tego nie chcesz.

Oczywiście, że nie chciałam, więc chyba jednak musiałam poczekać. Cały tydzień. Fantastycznie.

-Spoko - powiedziałam, starając się, żeby nie brzmiało to tak marudnie. - Kolejny tydzień mnie nie zabije. - Oby, dodała moja podświadomość. Zignorowałam to. Przecież nie mogłam tutaj zginąć w ciągu tego tygodnia. Histeryzowałam.

Resztę czasu, chociaż zleciał bardzo szybko, poświęciłyśmy na tak jakby prawdziwą terapię. Pytała mnie, jak się mam i czy przyzwyczajam się już do Wickendale. Pytała też o mnie i Harry'ego, powiedziałabym, że była dosyć ciekawska.

-Więc jak tam u ciebie i Harry'ego? - zapytała
-Dobrze - odpowiedziałam - Rozmawiamy codziennie podczas lunchu i wspólnych zajęć.
-To dobrze - odparła - Już z nim lepiej? Nie zdarzyło mu się wybuchnąć albo zdenerwować albo coś, jak kilka dni temu?

Spytałabym, skąd wiedziała o tym małym incydencie ze stołówki, ale coś tak interesującego z pewnością musiało się roznieść po całym budynku. Pewnie wszyscy już wiedzieli.

-Nie, a co?
-Nic. Chciałam się tylko upewnić, że wszystko w porządku. Coś w Harrym po prostu... mi nie pasuje.
-Cóż, ma się świetnie. - opowiedziałam trochę chamsko, próbując go bronić i skończyć ten temat. Rozmawiałyśmy jeszcze trochę, ale już nie o nim.




Poszłam na kolejne zajęcia zaplanowane na dzisiaj. Znowu grupowe, tym razem ze sztuki i rzemiosła. Weszłam do sali. Stała tam kobieta nadzorująca pacjentów, którzy porozsiadali się na okół okrągłych stołów. Brokat i papier były już rozłożone, wraz z markerami i innymi przyrządami. Te jednak nie były raczej używane do tego, co potrzeba, bo ludzie mazali nimi po sobie, tworząc bardzo dziwne obrazki albo po prostu bałaganili bez powodu. Wyglądało to trochę śmiesznie, zachowywali się jak dzieci. Najbardziej niebezpiecznymi przedmiotami w tym pokoju były nożyczki. Ale kilku ochroniarzy rozproszyło się po pokoju, na wszelki wypadek. Przeszukiwałam oczami pomieszczenie w poszukiwaniu Harry'ego i odprężyłam się trochę, kiedy wreszcie go znalazłam. Wycinał coś z różowego papieru gawędząc z innym pacjentem. Uśmiechnęłam się pod nosem, bo nie musiałam błagać go, żeby z nimi rozmawiał.

Wziął chyba prysznic, bo jego włosy nieco lepiej się układały i były wilgotne. Wydawał się wyższy i młodszy niż ktokolwiek inny, i zdecydowanie piękniejszy. Gdybym powiedziała, że odróżniał się od reszty byłoby to niedopowiedzenie.

Nie chciałam mu przeszkadzać, więc zamiast iść się z nim od razu przywitać, stanęłam przy niemal pustym stoliku. Była tu tylko jedna kobieta w średnim wieku z tłustymi włosami, które zwisały w ciemnych kosmykach. Żeby odwrócić uwagę od Harry'ego postanowiłam sama zająć się rozmową.

-Cześć. - powiedziałam delikatnie
-Hej - odparła, uśmiechając się troszkę i spoglądając na mnie
-Jestem Rose.
-A ja Jenny.
-Jak się masz? - spytałam, nie wiedząc za bardzo od czego zacząć
-Nie... najlepiej. A ty? - To było znacznie łatwiejsze niż z Jane. I w ogóle niż z resztą pacjentów. Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale w tym momencie Harry zauważył mnie i zaczął iść w moją stronę. Uśmiechnęłam się do niego i znowu odwróciłam się w kierunku Jenny, która również już go widziała. Gdy tylko ich oczy się spotkały, Jenny otworzyła je szeroko. Wydawała się niemal... wystraszona, zwłaszcza w porównaniu z tym, jaka była jeszcze chwilę temu. Zanim zdążyłam coś powiedzieć już jej nie było.

-Hej. - przywitał się radośnie Harry
-Cześć. - uśmiechnęłam się - Widzę, że zawierasz nowe przyjaźnie
-Ta. W sumie idzie mi lepiej niż tobie. - dogryzał mi spoglądając w stronę kobiety, która mi przed sekundą zwiała.
-Ej, to nie moja wina, że pacjenci mnie nie lubią. - naburmuszyłam się

Uśmiech Harry'ego poszerzył się, a wtedy wyskoczyły też i dołeczki.

-Taak?

Przytaknęłam.

-Jak to? - spytał zaczepnym tonem.
-Nie wiem, po prostu mnie się nie da lubić. Poza tym większość pacjentów, z którymi rozmawialiśmy to dziewczyny. Pewnie się do ciebie ślinią, bo jesteś tutaj jedynym facetem przed czterdziestką, który nie śmierdzi gównem. - Harry zaśmiał się na moje słowa
-No to pogadajmy z facetami. - odparł, ale od razu jak zdał sobie sprawę, co powiedział zaczął się wycofywać - Nie, zapomnij. Nie mam zamiaru zbliżać się do tych typów. Pewnie stoi im od samego patrzenia na ciebie.

Zanim mogłam zaprotestować, Harry przycisnął wargi do mojego ucha.

-Ale temu się akurat nie dziwię, bo mi też. - wyszeptał, łaskocząc moją szyję. Odsunął się tak szybko, jak się przy mnie znalazł, nie dając mi w ogóle czasu na to, żeby jego słowa do mnie dotarły.

A potem od tak jego zachowanie znowu się zmieniło. Stał się poważniejszy i wpatrywał się w ścianę po drugiej stronie.

-No wiesz... - zaczęłam mówić, ale zanim skończyłam Harry mnie uciszył.
-Słuchaj - szepnął. Usłyszałam, jak dwóch ochroniarzy rozmawia tuż obok. Pewnie dlatego Harry się ode mnie odsunął. Zaczęliśmy oboje udawać, że rysujemy coś po papierze, żeby podsłuchać, co mówią.

-Przynajmniej nie musimy pracować na Oddziale C. - powiedział jeden z nich
-Racja. W życiu bym nie chciał tam pracować, to jakiś dom wariatów. - odparł drugi

A to nie był dom wariatów?

-Współczuję tamtejszym pracownikom. Mam nadzieję, że im chociaż dobrze płacą, bo to nie lada wyzwanie siedzieć z tamtymi psycholami.
-Wiem, koszmar. Słyszałeś o tym nowym pacjencie?
-Tym z dziwnymi nogami?
-Tak. Odcięła je sobie, a potem z powrotem przyszyła.

Wtedy usłyszałam kolejny głos, tym razem mówiący do mnie.

-Rose, przyniesiesz nowe markery z zaplecza? - zapytał. To była kobieta nadzorująca.
-Jasne. - skinęłam, ciesząc się, że nie muszę wysłuchiwać dalszej rozmowy tych strażników. Wstałam z krzesła i podeszłam do małego magazynku. Harry poszedł za mną, choć nie za bardzo wiedziałam, po co. Szłam tylko po markery.

Wybiłam sobie z głowy przerażający obraz, jaki zasiali w mojej głowie ochroniarze i weszłam do środka. Przeszłam w głąb, by znaleźć markery. Podskoczyłam, gdy usłyszałam, jak drzwi się za mną zatrzaskują. Kiedy się odwróciłam dostrzegłam Harry'ego stojącego zaledwie metr ode mnie.

-Harry, wystraszyłeś mnie! Czemu tu wszedłeś? - spytałam, choć uśmieszek na jego ciemno czerwonych ustach dawał mi do myślenia.

HARRY'S POV

-Żeby... em... dać ci to - powiedziałem. Wyciągnąłem z kieszeni kawałek różowego papieru, który przed chwilą wycinałem. Pokazałem jej kanciasty, krzywy kształt, jakim miało być serce. Po chwili podziwiania mojej pracy Rose zaczęła się śmiać, a ja się uśmiechnąłem. A potem wyrzuciłem to gówno na bok i postanowiłem wziąć to, po co tu tak naprawdę przyszedłem.

Śmialiśmy się nawet przez pocałunek. Jej dłonie wplotły się w moje włosy bez chwili namysłu, a moje powędrowały na jej uda. Pocałunek ten nie był słodki czy delikatny, ale pełen głodu i głęboki. Uśmiechy zeszły nam w ust, gdy moje ciało przycisnęło się do jej. Wepchnąłem język do jej ust  i zdałem sobie sprawę, że Rose nabrała dużo doświadczenia w całowaniu. Bardzo dużo. Moje ręce automatycznie przesunęły się na jej klatkę piersiową, dotykając i ściskając jej niesamowite piersi, gdy jęknęła cicho.

Moje wargi przesunęły się wzdłuż jej szyi, mojego ulubionego miejsca. Im bardziej ssałem i całowałem jej skórę tym wyraźniejsze reakcję od niej dostawałem. Niechlujnie przesunąłem usta w dół, na sam początek jej szyi. To było jej czułe miejsce, poznałem po tym, jak mocniej pociągnęła za moje włosy i zaczęła ciężej oddychać.

Ssałem jej skórę, przyciskając usta do tego miejsca, a ona pociągnęła moją głowę jeszcze bliżej. Jej klatka piersiowa gwałtownie wznosiła się i opadała przy mojej. Rose wydała z siebie dźwięk pomiędzy jękiem a westchnięciem. To był kurwa najseksowniejszy dźwięk, jaki w życiu słyszałem, aż też jęknąłem.

Boże, przez cały dzień tego pragnąłem. Musiałem jej dotknąć, ona musiała mnie dotykać. Przysiady, pompki i inne takie wystarczały wcześniej do wyładowania... złości. Ale nie teraz, kiedy kochałem Rose, a ona mnie i oboje koniecznie potrzebowaliśmy odsapnąć i zapomnieć, chociażby na moment. Musiały to być właśnie jej dłonie. Chciałem dać jej przyjemność i sprawić, by czuła się tak, jak jeszcze nie miała okazji się czuć.

Może i nie było to dobre miejsce. Nie w magazynku psychiatryka, gdzie nie mógłbym tego zrobić wolno, nie na jej pierwszy raz. Byłem pewny, że ona też tego nie chciała.

Ale dopóki nie wyrwaliśmy się z Wickendale, było kilka rzeczy, których mogliśmy popróbować.

Położyłem ręce pod jej udami podnosząc ją, by mogła opleść nogi wokół mojej talii. Przycisnąłem jej plecy do ściany dla komfortu i zacząłem poruszać się przy niej. Jej głowa opadła do tyłu odsłaniając szyję. Uwielbiałem to, jak na nią działem. Przyciskałem usta do jej szyi, poruszałem kroczem przy jej ciele, dotykałem jej ud. Musiałem ją czuć jak tylko mogłem. A i tak to jeszcze było nic.

-Już sobie wyobrażam, co ci zrobię, gdy stąd uciekniemy. - wysapałem jej do ucha - Będę cię pieprzył, i pieprzył i jeszcze raz pieprzył.

Przesunąłem wargi na jej obojczyk i zostawiłem pocałunki na całej jego długości.

-Sprawię, że będziesz krzyczała moje imię, kochanie. - wyszeptałem. Zacząłem ocierać się jeszcze bardziej, a ona ciągle sapała i jęczała ciągnąc za moje włosy. Kurwa.

-Ale za pierwszym razem zrobię to powoli - mówiłem dalej, zwalniając tempo wraz z moimi słowami. Droczyłem się z nią.

-Będę delikatny, gdy będę się z tobą pierwszy raz kochał.

Mówiłem poważnie. Znaczy cały czas mówiłem poważnie, ale to było pewne. Może i brzmiało to tandetnie, ale zrobię wszystko, żeby jej pierwszy raz pozostał dla niej niesamowitym wspomnieniem, i żeby nie cierpiała.

Pocałowałem jej miękkie usta, a ona przyłożyła dłonie do moich policzków, kiedy odwzajemniała pocałunek. Tym razem był czuły, słodki.

Niestety ktoś przeszkodził nam pukając do drzwi.

-Rose, znalazłaś? - zawołał stłumiony głos
-Uh... tak, tylko... tak, ja... um, już wychodzę. - odpowiedziała Rose, ciągle speszona, z trudem łapiąc powietrze.
-Kurwa. - jęknąłem z dezaprobatą. Delikatnie postawiłem Rose na ziemi, a ona wsparła się na moich ramionach.
-Nogi mi chyba odmówią posłuszeństwa jak tylko postawię krok. - zaśmiała się i zaczęła nieco się rumienić. Wyszczerzyłem się na ten widok i przejechałem językiem po wardze, żeby tylko pogłębić odcień czerwieni na jej policzkach. Rose złapała pudełko markerów z półki i zaczęła iść w stronę wyjścia. Klepnąłem ją w tyłek wolną ręką, a ona pisnęła.

-Ciąg dalszy nastąpi. - powiedziałem
-Obiecujesz? - rzuciła, obracając się. Patrzyła na mnie tymi swoimi niewinnymi, acz wyzywającymi oczami.

Schyliłem się znowu łaskocząc jej ucho, kolejne z moich ulubionych miejsc.

-Obiecuję. - wymamrotałem, a ona zachichotała.

Ciągle uśmiechałem się pod nosem, gdy wychodziliśmy niewinnie ze schowka, żeby nie zwracać za dużej uwagi, bo dość sporo czasu nas nie było. Żaden z pracowników pewnie by się tym nie przejął, bo i tak byliśmy tylko zwariowanymi pacjentami, ale i tak nie chcieliśmy wywoływać podejrzeń. Kobieta nadzorująca była przy stoliku kilka metrów dalej. Podeszła do nas, żeby z uśmiechem na twarzy wziąć od Rose markery.

-Dziękuję - powiedziała. Spojrzała przelotnie na ramiona Rose, które oplotłem swoją ręką, ale nic nie powiedziała. Pewnie nie zauważyła też naszych roztrzepanych włosów, zarumienionych twarzy czy opuchniętych warg. A jeśli zauważyła to siedziała cicho.

ROSE'S POV

Pragnęłam Harry'ego tak bardzo, jak on mnie, jeśli nie bardziej. Na tym zapleczu niemal topiłam się pod jego dotykiem, a później ledwo dałam radę stać na własnych nogach. Chciałam od niego więcej, chciałam, żeby zrobił to wszystko, co mi obiecał. Ale nie mogliśmy zrobić tego w Wickendale. Poza tym bycie przyłapanym wcale nie wpisywało się w naszą idealną wizję.

Chociaż ciągle o tym wszystkim myślałam, musiałam przenieść się do teraźniejszości. Teraz Harry siedział skupiony na ozdabianiu brokatem swojej pracy. Jeszcze kilka minut temu był taki stanowczy i seksowny, a teraz siedział sobie, oblepiając brokatem kawałek różowego papieru.

Rysowałam właśnie jego portret czarnym markerem. Namalowałam jego ściągnięte brwi i tą swawolę na jego wargach. Próbowałam uchwycić piękno jego oczu i twardość jego, w pewien sposób, delikatnych rys. Ale chwilę potem zdałam sobie sprawę, że żaden artysta nie byłby w stanie go wiernie odwzorować.

-Harry - odezwał się Brian podchodząc do stolika, przy którym siedzieliśmy
-Co? - warknął Harry
-Musisz się stawić na kontrolę w gabinecie pielęgniarskim.
-Jeszcze nie skończyłem. - to było niemalże komiczne widzieć takiego poważnego Harry'ego i zirytowanego ochroniarza, który próbuje wyrwać mu tubkę fioletowego brokatu.

-Przykro mi, Harry, ale ona chce cię teraz.

Harry przewrócił oczami, ale podniósł się tak czy inaczej.

-Dobra, niech będzie. Pa. - pożegnał się ze mną. Całus w policzek albo czoło wydawałby się wtedy nie na miejscu. Więc Harry po prostu uśmiechnął się do mnie, a ja to odwzajemniłam. Przyglądałam się jego szerokim ramionom, kiedy szedł, dopóki nie zniknął za drzwiami. No patrzcie, wygląda na to, że na zajęciach sztuki i rzemiosła bawiłam się lepiej niż się tego spodziewałam. Nieźle, całkiem fajnie, bym powiedziała.

A jednak, wykrakałam. Harry wyszedł. Byłam teraz sama. A kiedy byliśmy w magazynku najwyraźniej dotarł kolejny pacjent. Powtarzałam sobie w myślach, żeby nie panikować, zachowywać się jak wszyscy inni. Norman może cię nawet nie pamiętać. W tamtym momencie Norman dojrzał mnie w tłumie innych pacjentów i wstał z miejsca. Nie panikowanie wydawało się niemożliwe, gdy zaczął iść w moją stronę.
______________________________________
myślę, że rozdział dla was będzie zachwycający, bo jest dirty i na końcu a little scary, więc tego szukacie, prawda? (: wyjątkowo polecam w tym tygodniu piosenkę - cudowny tekst, a kawałek wyjęty z soundtracku "the pretty one" - jednego z moich ulubionych filmów, od niedawna, naprawdę polecam zobaczyć. trzymajcie się, love y'all ~natalia :)x

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Rozdział 32


HARRY'S POV

Wzrok. Słuch. Dotyk. Smak. Węch. Powszechnie znane pięć zmysłów. Każdego z nich używamy w codziennym życiu. Ale nauczyłem się dość szybko, że to nie były wszystkie zmysły. Był jeszcze jeden, uczucie. I nie był to taki sam zmysł jak dotyk, miękkość materiału czy gładkość powierzchni. Nie był to ten rodzaj czucia, to było w głębsze, pochodziło z twojego wnętrza. Pięć zmysłów pozwalało na poznanie wielu rzeczy, ale nie bólu. Nie miłości. Nie strachu. A szósty zmysł, zmysł uczucia, był najgorszym z nich wszystkich,  ponieważ tylko on istniał w koszmarach sennych.

Nigdy nie pamiętam dotyku, kiedy się budzę. Nie pamiętam obrazu tego, co spowodowało strach. Nie pamiętam żadnych przeraźliwych odgłosów, okropnych smaków czy brzydkich zapachów. Pamiętam tylko to uczucie. Może był to ból spowodowany biciem, dopóki skóra moich pleców była niczym innym jak plątaniną głębokich krwawych cięć. Może była to potworna tortura przeszywających każdy pojedynczy nerw w moim ciele, każdy mięsień i kość elektrowstrząsów. A może był to głębszy ból po stracie tych, których kochałem, który sprawiał, że moje koszmary były tak przerażające.

Ten który miałem dzisiaj był jak do tej pory najgorszy z nich wszystkich. Moje ciało podniosło się z materaca tak nagle, że aż zabolało, ogłuszający krzyk rozdarł moje gardło. Jedyną rzeczą, którą było słychać w ciemnościach budynku były echa krzyków szaleńców niosące się po korytarzach. Moja pierś unosiła się i opadała, a moje ciało było mokre od potu, gorące od adrenaliny płynącej w moich żyłach. Przez moment byłem sparaliżowany strachem, a moje oczy szeroko otwarte szukały choćby nikłej poświaty. Nic nie widziałem i nie miałem pojęcia gdzie jestem. I wtedy sobie przypomniałem. Wickendale. Tak, to tam byłem, W mojej celi. To był tylko zły sen. Horrory których nie mogłem zapomnieć nie były prawdziwe. A może były, ale nie w tym momencie. W tym momencie wszystko było w porządku.

- Kurwa - wydusiłem z siebie

A razem z falą - nie, cholernym tsunami - ulgi, zmysły powróciły. Mogłem zobaczyć zarys ceglanej ściany i mojej białej pościeli. Widziałem mój uniform leżący na podłodze - w tak gorące noce jak ta, w budynku, który był dodatkowo ogrzewany, nie dało się w nim wytrzymać, dlatego rozbierałem się do samych bokserek. Pod sobą czułem sprężyny materaca a na czole krople potu.  Czułem smak mojego nieświeżego oddechu i słyszałem swoje własne sapanie, z trudem mogąc złapać oddech. Czułem zapach pleśni, pokrywającej to brudne miejsce. A najlepsze z tego wszystkiego było to, że nie czułem  bólu. To był pierwszy raz, kiedy cieszyłem się z tego, że leżę w tej celi zamiast gdzieś indziej.

Byłoby znacznie łatwiej z Rose u mego boku, odpędzającą mój nieokreślony strach i sprowadzającą mnie w pełni do rzeczywistości. Ale była cały korytarz dalej. Zastanawiałem się, co teraz robiła. Czy ona też miała koszmary? Czy obudziła się pragnąc, abym był obok niej? A może miała na tyle szczęścia, aby po prostu zasnąć? Nie było możliwości, żebym się dowiedział, więc jedynym co mogłem zrobić, było oprzeć się o zimną ścianę i zacisnąć pięści na prześcieradle, strając się jak mogłem, aby już nie zasnąć.


ROSE'S  POV

Słowem najczęściej używanym, aby opisać obecny stan mój i Harry'ego była nieświadomość. Pustka, niewiedza, bycie wyłączonym. Przyciągaliśmy wręcz nieznajomość i dezorientację do siebie. Posiadaliśmy zerową wiedzę nie tylko o miłości, ale również o ucieczce.

W najbardziej intymnych zakamarkach rzeczywistości, gdzie obecność była obowiązkowa, miłość była tym, co potrzebowało najwięcej opieki. Nigdy nie zostałam oczarowana przez to mistyczne zaklęcie, a Harry  tylko raz. Ale biorąc pod uwagę okoliczności, dla nas obu uczucie to było obce. I, pomimo tego co mówili wszyscy, miłość jak do tej pory była zadziwiająco prosta.

Sam fakt miłości, powinien był mnie uspokoić, większość po prostu by go zaakceptowała i pozwoliła sobie na szczęście. Ale była jeszcze inna strona rzeczywistości.

I była nią pewność, że ucieczka była konieczna. Musieliśmy uciec z tego piekła i musieliśmy to zrobić jak najszybciej. Ale tak jak i z miłością - nie byliśmy ekspertami. Żadne z nas nie uciekło nigdy wcześniej z instytucji dla psychicznie chorych. I powiew szczęścia spowodowany naszą wzajemną miłością nie zmniejszył wcale wagi napierającego na nas problemu. Jeśli już, to jedynie ją zwiększyła. Wszystko co mieliśmy to niewyraźne cienie pomysłów, myśli, które ledwo w ogóle były myślami, o tym jak by stąd zbiec. Najpierw potrzebowalibyśmy mapy lub chociaż prostego rysunku Wickendale, żeby znaleźć ewentualne wyjście.

Ale to była jedyna rzecz, o której mogłam na początek pomyśleć. To i rozmawianie z innymi pacjentami. Mogliby rozproszyć pracowników, może dać nam jakieś pomysły, kryć nas, pomóc nam zdobyć to, czego byśmy potrzebowali. Nie byłam nastawiona do tego tematu tak cynicznie jak Harry, więc pewnie ja musiałabym mówić. Plus, znałam już większość tych osób. Wydawali się mnie lubić, w większości, więc miałam nadzieję, że nie będzie zbyt trudno.

Sądziłam, że jednym z naszych głównych problemów było to, że jak na ten moment nie czuliśmy potrzeby, aby się spieszyć. Ja widziałam jego, on widział mnie i nasze zmartwienia znikały, kiedy siadaliśmy obok siebie na plastikowych krzesłach. Śmialiśmy się, rozmawialiśmy, ale nie o ucieczce. A to co mnie martwiło to, że to nie będzie trwało wiecznie. Kiedy dłużej o tym pomyślałam, zdałam sobie sprawę, że musieliśmy się wydostać, zanim coś to wszystko znowu zrujnuje. Nie było co prawda śmiertelnych gróźb czy zaplanowanych lobotomii, wiszących nam nad głowami, ale to mogło się z łatwością zmienić. I lepiej było się stąd wydostać,  zanim to się stanie.

Ale do tego czasu mogłam się uśmiechać na znajomy widok Harry'ego, wchodzącego do kafeterii, która była przepełniona stołami i psychicznie chorymi pacjentami. Jego oczy spotkały moje i też się uśmiechnął. Czekałam, aż w końcu  do mnie podejdzie i cmoknie w policzek, a następnie usiądzie obok.

- Cześć - uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
- Hej - odpowiedział i pocałował mnie szybko w usta. I zanim zdążyłam odpowiedzieć na pocałunek, przycisnął usta do mojego czoła, później nosa, później znów policzka rozsiewając pocałunki po całej mojej twarzy. Zachichotałam, a Harry szeroko się uśmiechnął i oparł rękę na tyle mojej głowy. Jego włosy jak  zwykle ułożone były w tym słodkim "dopiero wyszedłem z łóżka" stylu, jego usta były tak samo pełne i koloru wiśni jak zapamiętałam. Ale ciągle coś w nim wydawało się być...nie tak. Może chodziło o podkrążone oczy, które zwykle takie nie były.

- Dobrze spałeś? - spytałam.
- W porządku - powiedział mi, jednak jego oczy nie patrzyły w moją stronę, a jego uśmiech przygasł, jakby nie mówił prawdy.
- A ty? - spytał.  Nie chciałam na niego naciskać, a było to nieuniknione, że w niektóre noce nie będzie spał spokojnie, więc nie pytałam, tylko odpowiedziałam.
-  Dobrze, tak mi się wydaje. Czasami tylko nie mogę zasnąć. Chciałabym, żebyś był wtedy obok mnie.
-  Zaufaj mi - odpowiedział - Ja też bym chciał - Już wyciągał z kieszeni papierosa, zanim zdążył skończyć zdanie i ciągle łapałam się na tym, jak bardzo fascynowało mnie to jak trzymał go między wargami. Położył głowę na moim ramieniu, wypuścił kłąb dymu i zamknął oczy - Nienawidzę kurwa tego miejsca - westchnął. Pomimo tak prostego gestu, i tak obudził motylki w moim brzuchu. Ciężko było pomyśleć, że pod tą maską z sarkastycznych komentarzy, tak naprawdę krył widywać Harry'ego każdego dnia, nie  mogłam pomyśleć o bardziej okropnym miejscu. Był to nędzny i smutny budynek.

I wtedy Harry  zadał pytanie, na które czekałam od jakiegoś czasu.

- Więc co robimy?
- Nie mam pojęcia - powiedziałam zgodnie z prawdą - Myślę, że chyba zaczniemy od rozmawiania z pacjentami.
- Naprawdę myślisz, że to pomoże? - Nie zapytał w cyniczny sposób, tylko jakby był po prostu ciekawy.

Wzruszyłam ramionami.

- To i tak lepsze niż to co robimy teraz. Musimy przynajmniej coś robić, a to może pomóc nam zdobyć sprzymierzeńców. Mogą nas kryć, albo rozproszyć strażników, nie wiem. Niektórzy z nich mogą być tego warci.

Harry usiadł prosto, zdjął rękę z jej dotychczasowego wygodnego miejsca na moich włosach, wyciągając papierosa z ust.

- Możliwe - wzruszył ramionami - Ale ty mówisz - jego oczy przeszukiwały pomieszczenie, sprawdzając jakie ma opcje - Ona - w końcu powiedział, wskazując na drobną kobietę, siedzącą samą - Jane.
- Co z nią? - spytałam.
- Chodźmy porozmawiać z nią na początek. Zacząłem z nią rozmawiać kilka tygodni temu, kiedy piekliśmy te ciasteczka i nie jest taka zła.
- Okej - kiwnęłam głową. Czemu nie?

Już mieliśmy podnosić się ze swoich miejsc, kiedy podwójne drzwi się otworzyły. Straszliwa kobieta z wyraźną szramą na twarzy weszła do pomieszczenia, a we mnie automatycznie aż się zagotowało. Pani Hellman.

Oczywiście Harry nienawidził jej o wiele bardziej, a ja nienawidziłam Jamesa najbardziej na świecie. Ale jak Harry z Jamesem, pani Hellman i ja dzieliłyśmy dość niespotykaną nienawiść, taką, która czaiła się jak potwór, czekający, aż zostanie wypuszczony ze swojej klatki. Wyglądało na to, że Harry i ja nienawidziliśmy osoby, które spowodowały więcej bólu tym, których kochaliśmy niż nam samym. To oczywiste, że Harry popatrzył z gniewem na kobietę idącą po betonowej posadzce, ale mogłam zapewnić, że mój gniew był większy. I nie byłam tak bardzo nienawistną osobą jak Harry, więc nie trzęsłam się, ani nie zaciskałam  pięści, aby powstrzymać się przed zaatakowaniem jej, jak on na widok mężczyzny stojącego pod tylną ścianą pomieszczenia, ale i tak było mi bardzo trudno powstrzymać się przed wyrwaniem z jej głowy każdego blond kudła.

Była tutaj, żeby zobaczyć się z synem, stało się to oczywiste, kiedy zaczęła iść w jego  kierunku. Ale to oznaczało minięcie mnie i Harry'ego, czego żadne z nas nie chciało. 
- Harry, ona idzie w naszą stronę - wyszeptałam, tylko po to, żeby go ostrzec, czując, że jego dłoń wciąż spoczywała na tyle mojej głowy.
- Niech idzie - odpowiedział i przygarnął mnie do siebie jeszcze bliżej. Akt buntu. Jej wzrok spoczywał na nas, na mnie dokładnie, trzymała ręce za jej plecami, a broda była uniesiona, roztaczając wokół aurę władzy i siły.

Harry zaciągnął się trucizną swojego papierosa, po czym  powoli wypuścił kłąb dymu, nie spuszczając z niej wzroku, dopóki nas nie minęła. Jej oczy powędrowały na jego ramię oplecione wokół mojego ciała i wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk,  jakby romans w miejscu takim jak to był komiczny. Po chwili odwróciła wzrok, ciągle idąc w stronę jej zabandażowanego, posiniaczonego, ciągle ledwo rozpoznawalnego syna.

Ale zanim jej oczy się od nas oderwały coś w nich błysnęło. Coś tak małego, że nie byłam pewna, czy dobrze to odczytałam. Znajdowało się to schowane tuż pod surowością jej przeszywających niebiesko-szarych oczu. Jedynym słowem, które cisnęło mi się do głowy, aby to opisać było "przegrana". Może źle to zinterpretowałam, ale może, tylko może miałam rację.

Jej plan terapii elektrowstrząsowej, aby nas złamać, powstrzymać przed powodowaniem coraz to nowych problemów nie powiódł się. Ponieważ ciągle tu byliśmy, razem ze wszystkimi naszymi wspomnieniami. I mieliśmy siebie nawzajem, mieliśmy miłość, co było prawdopodobnie czymś czego ona nigdy nie miała. Próbowała jak mogła nas złamać, ale jej się nie udało; i może właśnie to ją martwiło.

- Widziałaś to? - Harry zapytał, w jego głosie słychać było nutkę radości i podekscytowania - Jest strasznie wkurwiona.

Popatrzyłam w jego błyszczące oczy, pokiwałam głową i się zaśmiałam. Pomimo szkody, jaka została wyrządzona nam obojgu, nie mogłam nic na to poradzić, że w tamtym momencie czułam się niezwyciężona. Nie wiedziałam czego ona oczekiwała, ale na pewno nie widzieć nas razem i jakby szczęśliwych zaledwie tydzień później. Nie miała już pomysłów, jak nas ukarać i nie miała za co nas ukarać. Więc jaki miała inny wybór niż po prostu zostawić nas w końcu w spokoju?

- Ona twierdzi, że to ty jej zrobiłaś tą szramę? - zapytał Harry.
- Taa - skinęłam głową - Ale tego nie zrobiłam. - Jednak po spojrzeniu na jej zadowoloną z siebie minę, dodałam - Ale żałuję, że tego nie zrobiłam

Oboje wybuchnęliśmy śmiechem i miałam nadzieję, że to usłyszała.

HARRY'S POV

Przez pierwsze pięć minut, Jane po prostu siedziała bez słowa. Jedyną odpowiedzią jaką otrzymaliśmy były spojrzenia jej czujnych, zaskoczonych oczu. Rose próbowała różnych "cześć" i "jak się masz?" i "jesteś Jane, prawda?". Na żadne z nich Jane jednak nie odpowiedziała. A ja byłem tak samo cichy jak i ona.

Ale po tych pięciu minutach nieznaczących pytań Rose wyczerpały się pomysły na to, co może jeszcze powiedzieć. Naprawdę próbowała wszystkiego, mówiła tak delikatnie i słodko, jak tylko mogła i nie dostała żadnej odpowiedzi. Patrzyła na mnie z desperacją w oczach, chociaż wiedziała równie dobrze jak i ja, że nie byłbym zbytnio pomocny.

- Harry - wyszeptała zbyt cicho, aby Jane mogła ją usłyszeć, wskazując oczami, że teraz moja kolej, żeby spróbować. Uwaga, bo coś zdziałam.

- Jane? - spytałem. Popatrzyła na mnie, nie zmieniając swojej zgarbionej pozycji,  przez swoje opadające na twarz, przypominające siano włosy, ale nic nie powiedziała. - Jane, pamiętasz mnie? Rozmawiałem z tobą parę tygodni temu, kiedy piekliśmy ciasteczka?

 Rozważała moje słowa przez moment, po czym powoli kiwnęła głową, co było i tak więcej niż którekolwiek z nas by się spodziewało. Popatrzyłem na Rose pytająco, ale ona patrzyła na Jane. Co do cholery miałem teraz powiedzieć?

- Pamiętasz moje imię?

Znów skinęła głową. Już miałem powiedzieć coś innego, ale wtedy odezwała się cichym szeptem:

- Harry.

Rose odwróciła się do mnie zaskoczona i pokiwała głową, aby zachęcić mnie do kontynuowania.

- Dobrze - uśmiechnąłem się - Więc, uh... jak wyszły twoje ciasteczka? - To było cholernie głupie pytanie, ale dość proste, takie na które może byłaby w stanie odpowiedzieć.

- Dobrze - powiedziała. Kurde, ta dziewczyna była strasznie cicha. Musiałem się bardzo wysilić, żeby usłyszeć od niej chociaż jedno słowo.
- Jak smakowały? Nikt nie oddał mi moich, więc nie miałem nawet okazji ich spróbować. - To była najprawdopodobniej najgłupsza konwersacja, w której kiedykolwiek uczestniczyłem i z jakiegoś powodu czułem potrzebę mówienia do niej jakby miała siedem lat. Ale ciągle powtarzałem sobie, żeby tylko sprawić, żeby mówiła cokolwiek. Rose mnie zastąpi za sekundę, ale jak na razie to ja musiałem utrzymać "rozmowę".

- Dobrze - odpowiedziała znowu - Były słodkie.
- To dobrze - pokiwałem głową. Nie miałem pojęcia, co do cholery powiedzieć. Nie było już nic, o czym mogliśmy rozmawiać, oprócz pytań, które Rose już zadała. Więc posunąłem się do czegoś bardziej ryzykownego i to miało sprawić, że Jane albo zacznie mówić, ale jeszcze bardziej zamknie się w sobie.
- Um... - zacząłem zbierać słowa i układać je w pytanie - Tamtego dnia, pamiętasz o czym rozmawialiśmy?

Tamtego dnia, kiedy Rose droczyła się ze mną i dręczyła mnie wyglądając tak cholernie seksownie nawet w tym ohydnym niebieskim uniformie, tego dnia kiedy pobiłem Jamesa i tego dnia, w którym zostałem ukarany w sposób, o którym nie jestem w stanie nawet pomyśleć. Ten dzień krył jeszcze jedną tajemnicę. Ponieważ to wtedy zawołałem Jane po imieniu, a ona popatrzyła na mnie dzikimi oczami. Zażądała ze strachem, żebym jej powiedział od kogo znam jej imię. Wciąż nie wiedziałem czemu, a ten jej strach bardzo mnie zaciekawił.

Jane wyglądała na lekko zaskoczona moim pytaniem, więc kontynuowałem:

- Znałem twoje imię, bo usłyszałem je gdzieś już wcześniej. Znałem je zanim mi powiedziałaś.

Jej oczy otwarły się szerzej, ale ciągle wytrzymywała moje spojrzenie.

- Zapytałaś mnie skąd je znałem i wydawałaś się zmartwiona.
- Tak - opowiedziała kiwając głową - Bałam się, że on ci powiedział. Bo on to zrobił, prawda?
- Kto?- spytałem. Nie odpowiedziała i tylko rozglądnęła się wokół nerwowo. Jej drobne ciało stężało. - Jane, kto?

Nie dostałem znów żadnej odpowiedzi, a ona skuliła się ze strachu. Po tym jak gwałtownie potrząsnęła głową z szeroko otwartymi oczami, popatrzyła z powrotem na swoje kolana w ciszy. Stało się oczywiste, że nie miała zamiaru odpowiadać na więcej pytań.

Spojrzałem na Rose, w celu zbadania jej reakcji, po jej poradę, ale ona nie przysłuchiwała się już konwersacji. Była odwrócona na krześle, patrząc na przód kafeterii. I nagle zdałem sobie sprawę, dlaczego się nie odzywała od jakiegoś czasu.

Widziałem dużo zła wchodzącego przez te drzwi, dużo złych  mężczyzn i kobiet. Ale kiedy najmniej się tego spodziewałem, jeden mężczyzna wszedł do pomieszczenia, nawet gorszy niż pani Hellman i jej szarada trenowanych małp w policyjnych mundurach. Nie, ten mężczyzna był ubrany w uniform pacjenta. Był ogromny i muskularny, z tatuażem węża obok lewego oka. Był tylko odległym wspomnieniem, zmartwieniem,, które znajdowało się na samym dole listy, tak nisko, że było praktycznie niewidoczne. Byłem w szoku, naprawdę, widząc go stojącego naprzeciwko nas w tamtym momencie. Ponieważ wpędziłem go w śpiączkę. Tej nocy, kiedy wysiadł prąd i znalazłem go trzymającego drobne ciało Rose w swoich wielkich łapach. Pamiętałem uczucie grzmocenia jego głową o ścianę, ale najwidoczniej nie zrobiłem tego wystarczająco dobitnie.

I teraz był z powrotem, wybudzony ze śpiączki. Tym razem jednak, Rose nie była pracownicą, która mogła po prostu pójść do domu albo zawołać po pomoc. Tym razem była pacjentką. I pomimo tego, że ja spędzałem z nią dużo czasu, było też wiele godzin, w których mnie przy niej nie było, były godziny, w których nie byłem w stanie jej obronić.

Więc teraz Norman, ogromny łysy facet, który próbował zgwałcić jedyną osobę, na której mi zależało, wrócił. Dodajcie go do listy moich i Rose, nigdy niekończących się problemów w Wickendale.

                                                                                               
Przepraaszamy, że tak późno!!! Męczyłam się dziś cały dzień z tym rozdziałem i zmęczyć go nie mogłam. Nie wiem czemu... Serio, głowa mnie już od komputera boli... ~Magda