środa, 15 października 2014

Rozdział 46

Nie miałam pojęcia, gdzie biegłam. To było szaleństwo. Mój palec nacisnął na spust, a ja poczułam siłę wystrzału i po chwili w kolanie Normana pojawiła się ciemna dziura.  Stało się to tak szybko i tak nagle, że do tej pory jeszcze do mnie do końca nie dotarło co się stało.

Ale nie zabiłam go. Więc musiałam biec z dala od odgłosu strzału, gdzie już zbiegały się dziesiątki ochroniarzy. Wydawało się to najlepszą opcją jak na tamten moment. Nie teraz, kiedy przemierzałam ciemne korytarze sama. Tak, ciągle miałam broń, ale bardzo nie chciałam znów nacisnąć na spust.

Więc biegłam, mrużąc oczy i rozpaczliwie szukając w półmroku Harry'ego. Żałowałam, że nie wciągnęłam go do tego schowka razem ze mną. Siedzielibyśmy tam razem, czekając, aż się obudzi. Ale znajdował się za daleko, a strażnicy byli szybcy; nie było mowy, żebym zdążyła go tam zaciągnąć, nie dając się złapać. Więc musiałam po prostu biec i mu zaufać.

Ale powiedział, żebym została w schowku, czego nie zrobiłam, zważając na to, że błąkałam się teraz pustymi  korytarzami instytucji.

Bicie mojego serca nie ustało, ale wręcz przyspieszyło, kiedy uświadomiłam sobie coś przerażającego; byłam całkiem sama. Nie miałam pojęcia, gdzie był Harry albo czy chociaż był przytomny, więc jedyne co mogłam zrobić to lekkomyślnie szukać, dopóki go nie znajdę. Całkiem sama.

Desperacko przeszukiwałam każdy kąt, zdając sobie sprawę, że to był pierwszy raz, kiedy naprawdę stanęłam twarzą w twarz z horrorami zamkniętymi w tym budynku. Od momentu, w którym Harry postawił nogę w tej instytucji, ufałam mu, niezależnie od tego czy byłam tego świadoma czy nie. Był moją tarczą, niosąc cały ciężar Wickendale na swoich ramionach, odciążając tym samym moje. Przeszedł przez karę izolatki, chłostę, a nawet terapię elektrowstrząsową, podczas gdy jedyną trudnością, jaką ja musiałam stawić czoła było patrzenie na to wszystko. Ale teraz nie miałam swojej zbroi, ale jedynie broń w rękach.

Ale nagle poczułam, że nie byłam całkiem sama. Znikąd pojawił się ktoś jeszcze, ledwo słyszalny. Dźwięk dochodził z daleka, ale coraz bardziej się zbliżał. Był tuż za rogiem. Żebym mnie nie zobaczył, schowałam się w zagłębieniu ściany. Miało zaledwie kilkanaście centymetrów. W sam raz, żebym mogła się ukryć.

Panowała całkowita cisza, kiedy wsłuchiwałam się, próbując wychwycić ów dźwięk. Nie wydawało mi się, żeby to był strażnik. Nie słychać było, żadnego specyficznego dzwonienia kluczy, a tempo w jakim dźwięk się przemieszczał było za wolne. Ale nie brzmiało to również jak pacjent. Nie słychać było wcale kroków, ani żadnego mamrotania lub ciężkiego oddechu.

Zamiast tego słychać było, jakby coś ciągnęło się po podłodze. Jakby ktoś wlókł nieprzytomne ciało; ubrania i skóra szurały o ziemię.

Harry.

Nie, to nie mógł być on. To niemożliwe. Bo gdyby to coś co zmierzało w moim kierunku, było nieprzytomnym ciałem, musiał ktoś go ciągnąć. A ja nie słyszałam drugiej osoby. Żadnych kroków. Tylko to dziwne szuranie o beton. Ale tak czy owak, zbliżało się. Przycisnęłam plecy bardziej do ściany, tak aby być całkiem niewidoczna. To coś było tylko kilka metrów ode mnie i mogło zobaczyć mnie w każdym momencie. Upewniłam się, że torby wciąż były na moich ramionach, a broń w zaciśniętej dłoni.

 Wkrótce dźwięk był tak blisko, że byłam pewna, że jeszcze krok i moja kryjówka zostanie odkryta. Ale nagle hałas ucichł. Osoba zatrzymała się tuż obok mnie. Wstrzymałam oddech i zmusiłam moje ciało do stania w bezruchu. Nasłuchiwałam. Jednak wciąż słyszałam tylko ciszę, nawet nie czyjś oddech. Nic. Tylko pusta przestrzeń między mną, a nieznajomym prawie obok mnie. Czułam to, obecność kogoś innego. I czułam, że każdy mój ruch, zostanie zauważony przez drugą osobę, więc pozostałam w bezruchu.

Czekałam przez minutę, myśląc czy nie wychylić głowy, żeby zobaczyć kto to, ale stwierdziłam, że to zły pomysł i czekałam dalej. Wciąż cisza. Serce pompowało krew z zawrotną prędkością, podczas pełnego strachu oczekiwania.

Nagle cisza została przerwana.

- Rose?! - głos zawołał z głębi korytarza.

To był Harry! Był daleko, ale tu był. Musiałam do niego pobiec. Jego głos przerwał ciszę i zaryzykowałam i popatrzyłam za róg. Moje serce podskoczyło, przygotowane na najgorsze. Mógł to być strażnik z bronią, albo inny pacjent, gotowy mnie zranić albo zepsuć naszą ucieczkę. Powoli, bardzo powoli poruszyłam się. Popatrzyłam za mnie w ciemną nicość korytarza i zobaczyłam...

Nic. Nikogo tam nie było.

- Rose?! -  znów zabrzmiał głęboki, zachrypnięty głos. Potrząsnęłam głową. Co do cholery?

Myślenie o tym co właśnie się stało musiałam sobie zostawić na później. Szybko przegoniłam to z moich myśli, aby zająć się tym co było ważniejsze.

- Harry! - zawołałam w odpowiedzi. Strażnicy pewnie to usłyszeli, ale w tamtym momencie musiałam po prostu być z nim. Nie mogłam już dłużej przemierzać ciemnych korytarzy Wickendale sama, potrzebowałam Harry'ego, aby odstraszył to czemu musiałabym stawić czoła. Może wyjdę na słabą, ale nie miałam w sobie siły, aby robić to bez niego.

- Rose! - znowu krzyknął, a ja pobiegłam w jego stronę. Po części, żeby jak najszybciej znaleźć się przy nim, a po części, aby oddalić się od czegokolwiek co czyhało lub nie w ciemnościach.

- Harry! - wrzasnęłam, skręcając za róg, w kierunku, z którego dochodził jego głos.

- Rose! - zawołał ostatni raz i w końcu go zobaczyłam. Biegł przez korytarz jak szaleniec, jego włosy w nieładzie i ulga wymalowana na twarzy. Ja pewnie wyglądałam podobnie. Czułam jak cały mój stres zniknął, po tym jak go ujrzałam.

Moje tempo się zwiększyło i oboje biegliśmy do siebie. W  ciągu kilku sekund poczułam jak nasze ciała się zderzają z ogromną siłą i w końcu mogłam znów oddychać, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że wcześniej wstrzymywałam oddech. Poczułam jak jego ramiona oplotły moją talię, a moja automatycznie jego szyję.

Ale zaraz przeniosłam moje dłonie na jego szczękę i przycisnęłam usta do jego. Był to szybkie pocałunek, jednak wciąż pełen namiętności i pragnienia, które zawsze było obecne, kiedy się całowaliśmy.

Kiedy się od siebie odsunęliśmy, przyciągnął mnie znowu mocno do swojej piersi, a ja się w nią wtuliłam.

- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię znalazłam. Boże, Harry, tak się martwiłam.
- Ja też - powiedział, zacieśniając swój uścisk wokół mnie jeszcze bardziej.
- Jesteś cały? - spytałam, podnosząc głowę z jego klatki piersiowej, żeby go oglądnąć. Na szczęście nie było żadnych oznak bólu na jego twarzy.
- Tak, wszystko dobrze - odpowiedział szczerze. - A ty?
- Tak - powiedziałam. Fizycznie, owszem. Psychicznie - byłam zdenerwowana, przestraszona i zmieszana.
- To dobrze - westchnął, przyglądając mi się dokładnie, aby się upewnić, czy mówię prawdę. - W takim razie czas się stąd wynieść w cholerę. Masz broń?

Skinęłam, wiedząc dokładnie o co zapyta. Wypuściłam ją w mojej spoconej dłoni i umieściłam w jego; większej i bardziej sprawnej.
- Skąd wiedziałeś?
- Spotkałem Normana po drodze - oznajmił. Więc wiedział, że go postrzeliłam.

Wyglądało na to, że był pod wrażeniem, starał się ukryć dumny uśmieszek, kiedy na mnie patrzył. Ale nie powiedział nic więcej, oboje wiedzieliśmy, że powinniśmy to przedyskutować później. Nie chcieliśmy tracić więcej czasu.

Więc wznowiliśmy nasz plan. Był bardzo ryzykowny i niezbyt dopracowany. Chodziliśmy po omacku po korytarzach, narażając się na to, że jakiś strażnik może nas zobaczyć w każdej chwili. Ale lepiej było być tu, w ciemnościach razem, niż osobno w naszych celach.

- Okej, chodź za mną - powiedział Harry. - Ale trzymaj się mnie, tyłu mojego uniformu czy czegoś i nie puszczaj.

Pokiwałam głową, podążając za  jego instrukcjami i zaczepiając palec o szlufkę jego paska. Nie chciał mnie znowu zgubić, a ja nie chciałam zgubić jego. Popatrzyłam za siebie i na boki, słysząc, lecz nie widząc strażników idących gdzieś korytarzem.

Zignorowałam hałas i podążyłam za Harrym.
- Chodź - wyszeptał, więc tak zrobiłam. Podążył w kierunku, z którego przybiegłam, w stronę niezidentyfikowanej osoby, która mogła lub nie tam być.
- Harry - wyszeptałam. - Ktoś tam był wcześniej. Chyba inny pacjent. - skinęłam głową w kierunku ciemnego korytarza.
- Nie widzę nikogo - powiedział mrużąc oczy. - Musiał już pójść, ale będę czujny.

Nasze kroki były ciche i coraz bardziej zbliżaliśmy się do mojej kryjówki. Wciąż trzymałam się Harry'ego, a on ściskał broń w rękach, jakby był gotowy strzelić w każdej chwili. Nawet z nim wciąż się bałam, ale uczucie beznadziejności już mi nie towarzyszyło. Z nim czułam się tak bezpiecznie, jak tylko można było się czuć w tej sytuacji.

Przeszliśmy kolejne kilka kroków do miejsca, w którym wcześniej usłyszałam dziwne odgłosy. Ale nie było tam nic. Harry zatrzymał się przed drzwiami i zbliżył się do nich.

Dlaczego tam idziemy? Zastanowiłam się. Wtedy sobie uzmysłowiłam gdzie się znajdowaliśmy. To nie było wejście do jakiegoś tam biura czy schowka. Te drzwi były za wielkie. Sporzałam w górę i przeczytałam ledwo widoczne słowa. Oddział C.

Właśnie stałam przed wejściem do nieznanej części instytutu, tylko drzwi dzieliły mnie i najbardziej niebezpiecznych kryminalistów Anglii.

- Gotowa? - Harry szepnął zanim sięgnął po klucz, do kiedyś należącego do Jamesa uniformu.

- Nie.- odpowiedziałam szczerze.

- Ja też nie.- mówiąc to przekręcił wolno klucz. Oboje nasłuchiwaliśmy szczęku zamka. Potem powoli Harry przekręcił gałkę.Słyszałam bicie mojego serca, gdy najbardziej przerażająca część instytutu otwierała sie przed nami centymetr po centymetrze.

Sama nie wiem czego oczekiwałam. Krzyków, szeptów, okrzyków bólu, obłąkanych wrzasków. Armii strażników czekających na nas po drugiej stronie drzwi. Ale nie tego. Z jakiegoś względu to było jeszcze gorsze.

Martwa cisza.

Nie było zupełnie nic. Wydawało się, jakby zwykłych odgłosów takich jak wentylacja w ogóle nie było. Harry bardzo delikatnie zamknął drzwi, więcej żadnego ruchu nie wykonał. Nawet powietrze jakby stało w miejscu. Wszędzie cisza. Ciemność ogarniała prawie całe miejsce. Jedyne co zdołałam zauważyć to dwa rzędy cel zwróconych do siebie. Jedynie światła ewakuacyjne oświetlały drogę, rzucając dziwne cienie. Nie widziałam nigdzie personelu. Tylko będący za cicho pacjenci schowani w swoich celach.

Harry i ja staliśmy. Niechętni do wykonywania jakiegokolwiek ruchu. Coś było nie tak.

Ale musieliśmy iść dalej. Nie mogliśmy stać i czekać. Harry zrobił krok w lewo. Ja za nim. Potem kolejny krok. Powoli i ostrożnie mijaliśmy takie same cele z takim samym światłem ewakuacyjnym i taką samą ciszą. Wydawało się, że trwało to całą wieczność. Stąpaliśmy cicho, gdy mijaliśmy celę za celą.

Nagle zauważyliśmy kogoś. Zatrzymałam się, ale Harry szedł dalej ciągnąc mnie za sobą.

Ten kogo zobaczyliśmy był strażnikiem. Bardziej poważnie wyglądający i większy od tych, do których byłam przyzwyczajona na innym oddziale. Ale tak  jak i ci poprzedni, kiwnął do Harry'ego i minął nas bez pytań. Myślał, że Harry to strażnik.

Nasz plan nadal działał.

Działał gdy mijaliśmy kilku następnych. Nikt nie widział twarzy Harry'ego, ja nie widziałam twarzy strażników. Nikt nie był rozpoznawalny w ciemnościach. Trzymałam torby poza polem widzenia tak jak wcześniej między mną, a Harrym. Nikt nic nie zauważył.

W końcu doszliśmy do miejsca, gdzie już nie było cel. Przypominało to główny hol. Było kilka drzwi. Jedne wyglądały jakby prowadziły do stołówki, drugie jak do łazienki, co do innych nie byłam pewna, co mogło kryć się za nimi.

Kolejny strażnik się zbliżał. Staraliśmy zachowywać się normalnie,  poruszaliśmy się powolnymi krokami, które miały sprawiać wrażenie, że wcale się nie spieszymy.

Tym razem to nie zadziałało. Ten facet wyglądał na bardziej inteligentnego niż pozostali. Wydawał się być ważny.

- Przepraszam, ale gdzie zabierasz tego pacjenta? Cele są w tamtą stronę. - powiedział, wskazując kierunek, z którego szliśmy.

- Zabieram ją do łazienek - Harry odpowiedział, ruszając naprzód.

Pokiwał głową, ale nie wydawał się przekonany, przyglądał nam się bardziej niż pozostali. Niestety zauważył coś czego inni nie.

- Gdzie są jej kajdanki? - zapytał.

Harry zadziałał zanim mężczyzna zdążył dodać dwa do dwóch, używając przedramienia do przygwożdżenia go do ściany.

- Jeśli zawołasz po pomoc, albo sięgniesz po broń, pociągnę kurwa za spust- Harry powiedział cichym, ale groźnym głosem, starając się  nie przyciągać uwagi. Przycisnął lufę do jego policzka podczas gdy strażnik uniósł ręce nad głowę w geście poddania.

- Dobry wybór - powiedział Harry. Z jedną ręką wciąż trzymającą mężczyzną, drugą sięgnął do jego paska i odpiął od niego broń, po czym wręczył ją mnie, a ja ją przyjęłam. Kiedy już oboje byliśmy uzbrojeni, Harry obrócił swoją, przytrzymał głowę strażnika, po czym zadał cios.

Osunął się nieprzytomny na ziemię od siły uderzenia Harry'ego. Byłam zszokowana; albo Harry miał wrodzony dar, albo robił to już wcześniej.

- Pospieszmy się zanim zjawi się ktoś jeszcze - powiedział, prowadząc nas w głąb korytarza. Minęliśmy jeszcze jednego strażnika, który znów tylko skinął w naszą stronę i szedł dalej. Niedługo miał zobaczyć nieprzytomne ciało, leżące na jego drodze.

Szliśmy wzdłuż ściany, skręciliśmy za róg i naszym oczom ukazała się brudniejsza,  mniej uczęszczana część oddziału. Tam, w najciemniejszym kącie zobaczyliśmy schowek, w którym przypuszczalnie znajdował się kluczowy punkt naszej ucieczki..

Zajęło Harry'emu chwilę otwarcie go, udało mu się to dopiero po sprawdzeniu kilku kluczy, zanim znalazł ten właściwy. Za siódmym razem drzwi w końcu się otworzyły. Przeszliśmy  przez pomieszczenie, rozglądając się za drzwiami, które opisała Kelsey.  W końcu w ciemnościach ujrzeliśmy drewniany kwadrat na jednej ze ścian.

- To jest to - Harry powiedział w osłupieniu. Byliśmy tam. Ale zanim którekolwiek z nas zdążyło się zbytnio rozentuzjazmować, kolejny strażnik pojawił się w progu.

Ci pracownicy byli jak mrówki - kiedy pozbyłeś się jednego pojawiał się kolejny.

- Co wy tu... - zaczął, ale przeszkodziło mu kliknięcie broni Harry'ego. Wycelował ją w mężczyznę natychmiastowo. Pracownik uniósł ręce do góry, powoli wycofując się ze strachem w oczach. Nie był silnym strażnikiem, nie nadawał się do tej roboty; Wyglądał w ostateczności jak jakiś doktor albo przestraszony praktykant.

- Udawaj, że nas nie widziałeś i nie urwę ci łba - powiedział Harry. Mój żołądek się przewrócił i miałam nadzieję, że tylko tak mówił. Nie zastrzeliłby niewinnego mężczyzny, prawda? Zastrzeliłby?

Biedny chłopak się wycofał, trzęsąc ze strachu. Odwrócił się  i pobiegł, znikając nam z oczu po kilku krokach.

- Powie reszcie, lepiej się pospieszmy - Harry oznajmił.
-  Tak - zgodziłam się. Powróciliśmy do schowka. Tunel zakryty był przez drewniany  kwadrat, przykręcony do ziemi i nie wiedzieliśmy co z tym zrobić.

- Cholera - westchnął Harry.
- Strzel - zasugerowałam. - Strażnicy i tak tu już idą, lepiej, żeby nas już nie było jak tu dotrą, niż czekać, aż wymyślimy coś innego.

Brwi Harry'ego się złączyły, kiedy nad tym myślał.

- Masz rację - zgodził się. - Zatkaj uszy.

Tak też zrobiłam, a Harry wymierzył i strzelił. Drewno się roztrzaskało, a jego odłamki poleciały we wszystkich kierunkach. Było zbyt ciemno, żeby powiedzieć, co znajdowało się w powstałej dziurze.

- Pójdę pierwszy - powiedział Harry. - Upewnię się, że jest bezpiecznie.

Nawet jeśli nie było bezpiecznie, to była nasza jedyna opcja, jednak nie protestowałam na propozycję Harry'ego.

- Okej - zgodziłam się i patrzyłam jak opuszcza się w głąb dziury.
- Podaj mi latarkę - zakomenderował i zaczęłam szybko przegrzebywać jeden z plecaków.  Moje dłonie w końcu znalazły to czego szukały i podały to Harry'emu, a on ją włączył.

- Wygląda nieźle - powiedział - Wskakuj.

Zaczął się czołgać, żeby zrobić mi miejsce. Zamknęłam za  sobą drzwi schowka, słysząc kroki strażników biegnących korytarzem nie tak daleko stąd i  umieściłam torby z powrotem na moich ramionach. Zaczynały naprawdę przeszkadzać.

I nagle znalazłam się w środku, stopy i kolana i łokcie w błocie.
- W porządku? - spytał Harry, odwracając głowę w moją stronę.
- Tak - odpowiedziałam. Więc zaczął znów czołgać się po brudnej ziemi, a ja podążałam za nim. Cholera, to miejsce było strasznie ciasne.

Zobaczyłam przed nami światło z latarki Harry'ego i postanowiłam skupić się na nim, starając się uspokoić oddech. Byliśmy tak blisko, nie miałam zamiaru zemdleć z niedoboru tlenu w tej ciasnej przestrzeni i nas spowolnić. Wlekliśmy się po błocie coraz dalej i dalej, a ja starałam się myśleć o wszystkim tylko nie o tym. Wydawało się jakby ściany miały się zaraz zsunąć, a cały brud spaść i zakopać mnie żywcem w każdej chwili. Skoncentrowałam się na własnym oddechu i na butach Harry'ego przede mną; na dosłownym światełku na końcu tunelu. Nie zwracałam uwagi na nic innego.

Nagle Harry zatrzymał  się i uciszył mnie.
- Słuchaj - powiedział. Zdenerwowany wyraz twarzy Harry'ego spowodowany tym cokolwiek usłyszał, przeraził mnie ponad miarę. Bo jeśli Harry się bał, to na pewno było czego się bać.

Słuchałam i czekałam, ale nic nie było słychać. Tylko cisza.

W końcu, z samego końca tunelu, doszło nas jakieś szuranie. To samo, które słyszałam, kiedy szukałam Harry'ego. Brzmiało trochę inaczej teraz, na błocie, ale tak samo przerażająco. I było więcej niż szuranie. Dochodziło z daleka, więc słyszeliśmy tylko szept, odbijający się echem od brudnych ścian. Straszny, obłąkany, cichy głos powtarzał:
- Rose.

I w tym momencie Harry i ja zdaliśmy sobie sprawę, że nie byliśmy sami w tunelu.

                                                                                                         
AAAAAAA czy wy też sraliście ze strachu??? Bo ja i czytając i tłumacząc, a to dopiero początek!
Wgl mam dziś bardzo chujowy dzień, moglibyście mi poprawić humor zostawiając komentarz? Bo ostatnio ich tak mało, a w sondzie wzięło udział prawie 500 osób! Nie zmuszajcie nas do tego, żebyśmy pisały ile ma być komentarzy, jeśli chcecie nowy rozdział itp. itd., ok?
Nst bd tak samo, czyli między poniedziałkiem, a środą:) ~Magda


COOO? Kto jest z nimi??? Tyle emołszyns :D Mam nadzieję, że podoba się wam rozdział. Bo mi bardzo xd Mam nadzieję, że nie ma wielu błędów. Przepraszam, że dopiero teraz, ale zadanko z matmy wzywało.
Dziękuję wszystkim za miłe słowa, bardzo to doceniam i strasznie mi miło :) No i dają wieelką motywację do pracy. :* ~ XYZ

środa, 8 października 2014

Rozdział 45

(DUŻO INFO W NOTCE)

ROSE'S POV


Widziałam tylko ciemność. W ciasnej komórce nie było światła. Tylko ciemność. Otaczała mnie ze wszystkich stron, okrywając mnie jak gruby koc w upalną, letnią noc. Strasznie pragnęłam zedrzeć ją z siebie i zaczerpnąć świeżego powietrza, wydostać się z dusznego pomieszczenia i poszukać Harry'ego. Ale nie mogłam, bo nie miałam pojęcia gdzie mógł teraz być. Lepiej było siedzieć tutaj i czekać na niego, zamiast dać się złapać i zrujnować wszystko.

Więc stałam i czekałam. Wydawało się, że minęły godziny od momentu, gdy wzięłam pistolet od nieprzytomnego strażnika i wbiegłam do tego cholernego miejsca. Od tamtego czasu stałam w ciemnym rogu za mopami, miotłami, koszami i czekałam w duszącej ciemności.

Nie byłam pewna, czy z Harrym wszystko w porządku, słyszałam tylko jak strażnicy przyszli i przeciągnęli go obok drzwi. Nie wiedziałam gdzie teraz był, ani jak po mnie wróci. I jak się czułam na myśl, że kogoś przed chwilą zabił.

Ale wiedziałam, że mu ufałam. Obiecał mi, że uciekniemy i miałam nadzieję, że dotrzyma słowa. Nigdy nie spotkałam kogoś z taką pasją i determinacją, tak inteligentnego jak on.

Jednak nadal się martwiłam i wątpliwości przyćmiewały mój optymizm. Podskakiwałam na każdy, choćby drobny szmer, zaczynałam jeszcze bardziej drżeć i wzbudzało to we mnie coraz większe obawy. Moje dłonie były mokre i było mi niedobrze. Każdy szmer był zbliżającą się śmiercią, z każdym krokiem pojawiała się przed moimi oczami wizja, jakie kary są za takie występki przewidywane. Serce chciało dosłownie wyskoczyć mi z piersi w takich chwilach. Gdyby ktoś mnie znalazł równało by się to z powrotem do celi po strasznych karach pani Hellman. I utknęlibyśmy tutaj. Kelsey i Lori straciłyby swoje posady. To byłaby kompletna katastrofa.

Obrazy Harryego pod batem lub trzęsącego się od przeszywającego jego ciało prądu elektrycznego krążyły po mojej głowie bez przerwy razem z pytaniami: Czy wszystko w porządku? Czy jest bezpieczny? Kto z nim jest? Co mu robią? Jak do mnie dotrze? Co jeśli nie?

Marzyłam, żeby pojawił się tutaj, moglibyśmy stąd daleko uciec i mój wariujący umysł mógł odpocząć. Czekałam i czekałam, co wydawało się być wiecznością, ale nic się nie działo. Pomieszczenie było nadal puste z wyjątkiem mojego pełnego niepewności oddechu.
Nareszcie usłyszałam jak rusza się klamka. Wstrzymałam oddech, modląc się żeby to był Harry.

Drzwi się otworzyły Wystarczył jeden moment, aby wszedł (oby Harry) do środka.
Już miałam powiedzieć jego imię z ulgą. Jest tutaj. Jest bezpieczny.
Ale powstrzymałam się sekundę zanim zdążyłam to zrobić. Ponieważ ta osoba, której sylwetka ukazała mi się na ułamek sekundy w przyćmionym czerwonym świetle nie była nim. Moje serce stanęło w miejscu. Wszystko co mogłam zobaczyć to, że ta osoba miała większą posturę, bardziej krzepką. Nie było też śladu loków.

Wstrzymałam oddech i wcisnęłam się jeszcze bardziej w kąt, przyciskając pistolet do piersi jeszcze mocniej. Nieznajomy wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. O nie. O cholera.
Moje serce biło jak szalone w ciasnej przestrzeni komórki. Byłam pewna, że musiał to słyszeć. Byłam pewna, że był to pacjent szpitala. Ktoś, kto musiał uciec strażnikom tak, jak ja. Nie wiedziałam z jakiego był oddziału i jak bardzo był niebezpieczny.

Ciemność powróciła, kiedy drzwi się zamknęły. Ale tym razem nie byłam sama.
Nie zdążył mnie jeszcze zauważyć. Wszystko co przechodziło przez moją głowę to przekleństwa, których użyłby Harry. Nie było nic co mogłabym zrobić, tylko trzymać buzię na kłódkę i mieć nadzieję, że sobie pójdzie. Słyszałam, jak oddychał ciężko, jakby biegał. Byłam wdzięczna za to, że dzięki temu hałasowi nie słyszał mnie. A gdyby usłyszał, poczuł lub zauważył, że była tu dziewczyna, może by mnie nie skrzywdził. Może chciał tylko uciec i schował się tu na kilka minut.

Chwilę później ucichł, nieznajoma osoba stała tylko 1,5 metra ode mnie. Jego oddech zwolnił. Moje serce biło jak oszalałe, starałam się ze wszystkich sił nie panikować i tłumić dźwięk mojego głośnego oddechu. Modliłam się, żeby mnie nie zauważył.
Nagle poczułam, że się porusza. Nie w sensie fizycznym, ale jakby w powietrzu. Zmiana w napiętej atmosferze, przebłysk w ciemności. Wstrzymałam oddech.

To było coś małego, coś czego nie usłyszałam. Jakiś drobny ruch, jakby poruszenie głową czy podniesienie ręki. Moje ciało zaczęło się trząść ze strachu, zamknęłam oczy i wstrzymałam oddech.
W grobowej ciszy usłyszałam otarcie skóry o ubranie. Tym razem zdecydowanie odwrócił głowę. Byłam pewna, że stoimy twarzą w twarz. Wiedział, że tu jestem.

Powiedział zachrypniętym szeptem, który sprawiał, że ciarki pojawiły się na moim ciele.

- Słyszę, jak oddychasz.


HARRY'S POV

Moje powieki unosiły się co chwilę, ale wszystko było zamazane. Walczyłem z samym sobą o przebudzenie, coś bardzo ważnego próbowało wedrzeć się do mojej głowy. Przez cały czas powracałem do stanu nieprzytomności. Dryfowałem między rzeczywistością, z małego, przypominającym biuro pokoju, z powrotem do snów o Rose, śmiechu i słonecznych plażach. W moich snach Rose nosiła biały strój kąpielowy, dopiero co wchodzące do mody dwuczęściowe. Jej długie czarne włosy powiewały za nią kiedy biegała po białym piasku, śmiejąc się gdy ją goniłem. Czułem się wolny, tylko my dwoje, biegając po wybrzeżu. I wtedy wróciłem do czerwonego pokoju, niewygodnego krzesła i rąk za moimi plecami.

Znowu wszystko się zamazało i jedliśmy lody, trzymając się za ręce, idąc pod błękitnym niebem.
Znowu rzeczywistość. W tam i z powrotem z nieświadomości do rzeczywistości, mój umysł starał się walczyć z lekami, które mi podali. Zdecydowanie bardziej wolałbym zostać w moich snach, ale musiałem sobie powtarzać, że jej tam tak naprawdę nie ma. Była gdzieś poza tym pokojem czekając i licząc na mnie, że po nią przyjdę. Zwalczyłem otumanienie i leki uspokajające powoli przestawały działać. Wszystko jeszcze nie było jasne i moja głowa wydawała się ciężka, ale byłem świadomy.

Ściany zaczęły się robić coraz bardziej wyraźne. Były pomalowane na ciemny bordowy kolor. Z całej siły spróbowałem się skupić i pozbyć zamglenia umysłu, wtedy zobaczyłem stare biurko na przeciwko mnie z leżącym na blacie batem. Kilka stolików i krzeseł było ustawionych pod ścianą. Jeden stał koło miejsca, gdzie siedziałem, a na nim mała lampka. Wyglądało to jak pokój do przesłuchań. Chciałem wstać ale nie mogłem. Moje ręce powstrzymywały mnie, bo były za mną przywiązane do krzesła. Nie czułem zimnego metalu kajdanek, tylko coś bardziej szorstkiego, giętkiego. Lina.
Gdzie ja do diabła byłem?!
Byłem sam w pomieszczeniu. Nie wiedziałem kto mnie tu przyniósł ani dlaczego, ani co chcieli mi zrobić. Wiedziałem mimo wszystko, że nie ważne jak, ale wydostanę się z tych przeklętych lin i znajdę Rose. Była pewnie potwornie przerażona, sama w ciemniej komórce. Jeśli cokolwiek by się stało to wszystko byłaby moja wina, bo nie było mnie przy niej.

Zniknęła z mojej głowy, kiedy usłyszałem kliknięcie otwieranych drzwi. Nie mogłem kurwa  ukryć mojego podekscytowania kiedy w drzwiach ukazała się pani Hellman i ten jej drwiący uśmieszek.

- Czyżbyśmy próbowali nawiać, Harry?- Zapytała kiedy zamknęła drzwi za sobą. -Ty i Rose myśleliście, że możecie sobie od tak uciec?

Nie odpowiedziałem. Nie miałem zielonego pojęcia, co chciała zrobić, ale na pewno się nie dam.

- Chyba wam się nie wydawało, że wystarczy tylko jakiś stary mundur strażnika i odcięcie prądu abyście się stąd wydostali.

Siedziałem tam z twarzą bez wyrazu tłumiąc uśmiech. Szkoda, że nie wiedziała, że był to mudur jej nieżyjącego syna. Chciałem jej to powiedzieć, a raczej wykrzyczeć w jej pomarszczoną twarz. Ale ugryzłem się w język, aby się powstrzymać. Ujawnienie tej informacji mogłoby mi bardziej zaszkodzić niż pomóc.

- Wygląda na to, że jednego z was brakuje. Nie mogę sobie wyobrazić, że byś ją zostawił. Więc, powiedz mi Harry, gdzie jest Rose?

-Pierdol się.

Zaśmiała się na moją odpowiedź, kiwając głową. Położyła dłoń na oparciu krzesła, była kilka centymetrów nade mną, kiedy się przybliżyła. I wtedy jej dłoń zetknęła się z moim policzkiem. Mocno.

Jej zachowanie zdezorientowało mnie. Czy ona właśnie mnie uderzyła?
Jaka matka taki syn.

- Mów, gdzie ona jest!- zażądała odpowiedzi jakby nic się nie stało, jakby mój policzek wcale nie był czerwony i piekący. Strasznie mnie wkurwiała ta jej arogancka postawa, więc splunąłem jej w twarz.

Natychmiast się ode mnie odsunęła, wycierając twarz z obrzydzeniem. Kiedy nie patrzyła przez chwilę zacząłem mocno szarpać rękami. Zacisnąłem zęby i moje dłonie napięły się z wysiłku od próby wydostania się. Ciągnąłem z całej siły, jak tylko mogłem. Nic.

Oboje patrzyliśmy na siebie z nienawiścią, wkurzeni za zachowanie drugiego.

-Muszę ci powiedzieć, Harry - zaczęła mówić wypluwając słowa jak jad - W końcu ją znajdziemy. Wszyscy strażnicy przeszukują każdy centymetr budynku w poszukiwaniu pacjentów. Jeśli mi pomożesz i powiesz mi, gdzie ją mogę znaleźć, wszystko będzie dużo prostsze. Zabiorę was z powrotem do cel bez kary - Zrobiła przerwę jakby chciała dać mi czas do namysłu i podjęcia decyzji.

-Ale jeśli nie... będą bardzo ciężkie konsekwencje. Szczególnie dla niej.

- Nic ci  kurwa nie powiem. A nawet jeśli bym chciał, to i tak nie wiem, gdzie jest.

- Gówno prawda - powiedziała - A co powiesz na to? Jeśli mi nie powiesz przeniosę ją na oddział C. Już nigdy jej nie zobaczysz.- Za jej słowami krył się sadystyczny uśmieszek.

Normalnie wkurzyłbym się. Starałbym się uwolnić od lin, zacisnął szczękę i krzyczał groźby i przekleństwa. Ale byłem za bardzo oszołomiony i otumaniony lekami, które nadal działały. Dodatkowe krzyczenie nic by nie zmieniło. Tylko dało jej satysfakcję ze sprowokowania mnie.
W zamian spróbowałem innej taktyki. Oglądnąłem cały pokój dookoła, popatrzyłem na liny, spojrzałem na panią Hellman. Zauważyłem, że za drzwiami było cicho. Musieliśmy być gdzieś w oddali od reszty oddziału.

- Nikt nie wie, że tu jesteśmy, prawda?

- Co?- zapytała zaskoczona i poirytowana.

- Strażnicy, inni pracownicy. Wysłałaś ich do szukania pacjentów, którzy jak wiesz są zamknięci w celach. Dlatego możesz mnie teraz torturować, przesłuchiwać mnie bez wiedzy nikogo więcej.

- Nonsens- powiedziała zaprzeczając mojej teorii. Ale jej uśmieszek zniknął z twarzy. - To jest mój zakład i mogę robić co chcę z nim i jego pacjentami.

-Nie, nie możesz. Myślisz, że możesz pogrywać nami jak pionkami w swojej chorej grze, że mogą ci takie rzeczy ujść na sucho? Ale wiesz dobrze o tym, że ktokolwiek z pracowników by się dowiedział o wszystkich chorych rzeczach, które się dzieją w Wickendale, stracisz swoją pracę. Trzymasz mnie tutaj w sekrecie z dala od wszystkich. Chcesz mnie torturować daleko od oddziału, więc nadal możesz być szefem. Bez żadnych uskarżeń czy znęcania. Może to będzie działać, może będziesz mogła robić to, co chcesz, nikt się o niczym nie dowie. Ale nie możesz przenieść gdziekolwiek Rose, oboje o tym wiemy. Oczywiście możesz nas karać, ile tylko chcesz. Ale nie wciskaj mi kitu, że przeniesiesz Rose na inny oddział, ponieważ w kilka tygodni, czy miesięcy ludzie zauważą, że ona tam nie pasuje.

Pani Hellman zaśmiała się.

- Harry wydaje mi się, że zapomniałeś o innych opcjach.

- Takich jak...?- zapytałem się - Lobotomia*? Operacje mózgu? Pani Hellman, wydaje mi się, ze zapomina pani o Jane, która zniknęła w tamtym tygodniu. Jeśli zabijesz jedno z nas, jak myślisz, jak zareaguje prasa na zupełnie zdrowych pacjentów znikających jak kamfora w Wickendale?

Pani Hellman przełknęła ślinę, jej oczy nie opuszczały moich. Wiedziała, że miałem rację. Nie mogła nam nic zrobić teraz, kiedy każdy pracownik znał nasze twarze i imiona. Może byłaby w stanie zabrać Rose na operację za kilka miesięcy, ale nie teraz. Nie kiedy Jane zniknęła, nie kiedy było teraz to zamieszanie. Jednak wszystko, co nam mogła najgorszego zrobić, już uczyniła. Od izolatki po terapię prądem elektrycznym. Więc nie miałem nic do stracenia.

Jeśli była taka rzecz, która mogła skrzywdzić jedno z nas, ludzie to zauważą i pani Hellman o tym wiedziała. Ale 'Zobaczymy' było wszystkim co odpowiedziała zostając zupełnie spokojną

- Nie lekceważ mnie Harry.

Tym razem była moja kolej do zaśmiania się.

- Jeśli pozwolisz, muszę pójść i się upewnić, że strażnicy wykonują swoją pracę.- powiedziała.
Bardziej jak pójść sprawdzić, że pracownicy jej nie szukają przy okazji znajdując mnie tutaj zawiązanego.

Przed tym jak wyszła wzięła kawałek materiału z biurka. Stanęła za mną.

- Co ty do cholery robisz?- zapytałem. Nic nie mówiła. I zanim zauważyłem kawałek materiały był zawiązany na mojej głowie, zawiązany tak, że nie mogłem mówić ani wołać o pomoc. Co za pieprzona psychopatka.

- Zaraz wrócę.- powiedziała zanim wyszła. Brzmiało to jak groźba. Pani Hellman osiągnęła nowy poziom bycia złym. Co ona sobie myślała, ze kim jest? Nikt, nawet strażnik nie miał prawa żeby wiązać pacjentów i zawiązywać ich ust aby nie mogli mówić. To już nie była tylko nienawiść do mnie, tylko jakaś ohydna forma rewanżu za to, co zrobiłem jej synowi. Była to złośliwa kobieta ze złośliwymi planami. Oczywiście nie wiedziałem, co to były za plany i nie chciałem wiedzieć.

Obejrzałem się gorączkowo po pokoju w poszukiwaniu czegoś, czegokolwiek co by mi pomogło w wydostaniu się z tego przeklętego krzesła. Ciągnąłem i ciągnąłem z całej siły próbując jakoś uwolnić ręce z liny. Czułem ból w piersi i powiększającą się chrypę w gardle. Napiąłem całe ciało, wstrzymałem oddech, zacisnąłem zęby próbując rozerwać liny. Sznur wrzynał mi się w ręce, aż poczułem jak mała ilość krwi zaczęła powoli płynąć po moim lewym nadgarstku.
W ogóle nie zawracałem sobie tym głowy. Próbowałem pocierać to po powierzchni krzesła w górę i w dół. Nadal nic. Kurwa.

Musiało być jakieś wyjście, zawsze jest. Coś musi być.

Zapalniczka.

Tak, pieprzona zapalniczka. Schowałem ją do kieszeni zaraz przed opuszczeniem gabinetu Kelsey. Poczułem ciężar zapalniczki przy biodrze. Westchnąłem, że nadal tam była. W końcu trochę szczęścia.
Podniosłem się lekko, aby moje palce mogły dosięgnąć materiału munduru, by wyciągnąć zapalniczkę.

Moje ręce były wygięte pod bolesnym kątem tak samo, jak moje biodro, abym mógł dosięgnąć.
Lina wrzynała się niesamowicie boleśnie, ale bez przerwy przypominałem sobie Rose, co pomagało mi się wysilać się dalej.

Moje dłonie były prawie w mojej kieszeni i zacisnąłem zęby z bólu i wysiłku. Jeszcze tylko troszkę.
Byłem pewny, że nie mogłem się poruszyć ani o centymetr, ale jakimś sposobem udało mi się. Ból zniknął z powodu braku czucia w dłoniach. W końcu poczułem zimny metal pod moimi palcami. Uniosłem lekko biodro tak, że zapalniczka ześlizgnęła się do mojej dłoni.

Usiadłem na krzesło z ulgą, krzywiąc się na uczucie jakby tysiące igieł wbijało mi się w dłoń przez to, że krew w końcu mogła wpłynąć do ręki. Nie traciłem ani chwili i wykonałem przyziemną czynność jak zapalanie zapalniczki do celu całkiem nieprzyziemnego. Wygiąłem rękę, aby płomień mógł zapalić linę i pozwolić mi się uwolnić. Modliłem się do Boga, że sznur spali się zanim cokolwiek stanie się Rose.
ROSE'S POV

Całe moje ciało zdrętwiało. Strach był paraliżujący.. Słyszałam bicie serca w uszach kiedy skuliłam się w kącie. Wyszeptane słowa odtwarzały się w mojej głowie bez końca. 'Słyszę, jak oddychasz.'
Poruszył się bardzo powoli, prawie niesłyszalnie aby nie zakłócić ciszy. Mój oddech uwiązł w gardle. Bałam się wiele razy, ale nigdy tak bardzo jak teraz, nigdy z niebezpieczeństwem tak blisko, nigdy nie uwięziona w ciszy, bez możliwości jakiegokolwiek ruchu. Najgorsze było to, że nie mogłam nic zrobić. Gdybym pobiegła, Harry nie byłby w stanie mnie znaleźć. Gdybym wołała o pomoc, strażnicy mogliby mnie usłyszeć. Gdybym walczyła nie miałabym szansy.

Harry mógłby wywalczyć swoją drogę ucieczki, ale ja nie miałam jego siły. Więc stałam tam,  ze łzami spływającymi po policzkach jak tchórz. Tak, ściskałam w dłoni pistolet, ale miałam wątpliwości czy byłabym w stanie go użyć.

- Kto tu jest? - mężczyzna zapytał. Jego głos brzmiał gburowato i groźnie nawet w tych paru słowach. Brzmiał znajomo.

Szorstka dłoń dotknęła mojego ramienia, skrzywiłam się.

- Odpowiedz mi.

Ostro wypowiedziane słowa spowodowały, że odpowiedziałam.

- Rose - odpowiedziałam słabym głosem. Nie było sensu być cicho. Nie ważne kim był ten facet, pewnie już i tak się domyślił. Cokolwiek planował, moje imię nic nie zmieni.

Zaśmiał się. Dudniący śmiech, który już słyszałam. Ktoś kogo znałam miał taki sam śmiech. I wtedy mnie olśniło.

- Cześć, Rosie.

Norman. Oczywiście, to musiał być Norman.

- Tutaj? Taka całkiem sama? - drażnił się.- Gdzie jest Harry? Gdzie jest twój rycerz w lśniącej zbroi?

Przełknęłam ślinę. Przybliżył się, że aż czułam jego paskudny oddech.

- Mówiłem ci, że będę cię miał samą, z dala od niego.

Teraz go poczułam, nie na mojej skórze, ale zrobiło mi się ciepło od jego ciała.

- W końcu mam cię tam, gdzie chciałem.- powiedział.  Żądza wpleciona w jego słowa spowodowała gęsią skórę.

- Nareszcie mogę robić to co chcę i nikt mi nie przeszkodzi - Jego zimne palce dotknęły mojej szyi, aż podskoczyłam. Uderzyłam jego dłoń, aby przestał niestety to nie pomogło, a nawet spowodowało, że przesunął ją na mój obojczyk.

- Norman, odczep się ode mnie.- zażądałam głosem, który był mniej pewny siebie niż chciałam. On się tylko zaśmiał.

Wtedy postanowiłam, że mam dość i jestem zmęczona, tym co robił i tym co musiałam przez niego przejść i innych traktujących mnie jak zabawkę. Pani Hellman, James, a teraz Norman. Wszyscy myśleli, że mogą robić co chcą z małą, słabą Rose. Odchrząknęłam. Teraz kiedy miałam cel, ucieczkę, z nowo znalezioną siłą powiedziałam jeszcze raz:

- Norman, zostaw mnie do cholery, albo cię zastrzelę.

- Co? - zdziwienie było słyszalne w jego głosie. Jego dłoń nadał spoczywała na moim ciele, podciągając lekko koniec mojego ubrania. Ponownie uderzyłam go jedną ręką, bo w drugiej trzymałam ciężki pistolet.

- Ja kurwa nie żartuję, Norman. Nacisnę spust.

- Hola, hola - zaśmiał się kpiąco. - Nie wydaje mi się, że zrobiłabyś coś takiego, prawda? Dopiero zaczynamy zabawę.

Jego dłoń kontynuowała na oślep dotykanie mojego ciała. Łzy spływały szybko po mojej twarzy.

- Norman, przysięgam!- krzyknęłam. Przycisnęłam lufę do jego klatki piersiowej, ale on się nawet tym nie przejął. Naprawdę nie chciałam naciskać spustu, ale kiedy jego jedna dłoń przesunęła się na moją pierś, a druga w dół mojego brzucha, nie byłam pewna, czy wytrzymam jeszcze dłużej. - Zrobię to kurwa!- ostrzegłam i zacisnęłam powieki. Moje palce oplotły się wokół spustu. Wszystko co wykrzyknął w odpowiedzi to 'Zamknij się!'.

Naprawdę nie chciałam go zabijać. Nigdy tego nie pragnęłam, ale on nie przestawał mnie dotykać, mocno ściskać i nie przejmował się tym, że usiłowałam go odepchnąć. Byłam winna Harryemu znalezienia go i ucieknięcia.  I taka trywialna przeszkoda jak Norman nie mogła mi stanąć na przeszkodzie.

Nie byłam mordercą i zabijanie go nie byłą rzeczą, którą bym była w stanie zrobić. Ale musiałam się wydostać. Dlatego odsunęłam się, zamknęłam oczy, wycelowałam niżej i w końcu nacisnęłam spust.

Odskoczyłam do tyłu, w uszach słyszałam dźwięk wystrzału mieszającego się z wrzaskami. Facet przede mną upadł do tyłu na ziemię krzycząc coś, co przypominało 'Kurwa! Moje kolano!'.

Ale nie byłam pewna przez dzwonienie w uszach. Napędzona adrenaliną, przerażona i zaskoczona, że naprawdę udało mi się kogoś postrzelić, podniosłam torby i wybiegłam z pomieszczenia. Zimne powietrze wydawało się być wspaniałe dla mojej gorącej skóry. Strażnicy mogli przybiec w każdej sekundzie po huku wystrzału,  dlatego nie mogłam stracić ani chwili na zatrzymanie się i cieszenie z tego. Nie miałam też czasu na ociąganie i myślenie o tym co właśnie zrobiłam.

Dlatego pobiegłam z dwoma torbami w rękach, dzwonieniem w uszach, aby oddalić się od mężczyzny, którego właśnie postrzeliłam.

HARRY'S POV

Mogłem się cieszyć z braku pani Hellman przez jakieś 10 minut. Przez ten czas liny zdążyły spłonąć i zostało nic tylko pustka, która łączyła moje dłonie. Czułem jak napięcie ucieka z moich nadgarstków, kiedy w końcu z ulgą je rozdzieliłem. Z uśmiechem na twarzy, którego nie mogłem powstrzymać, wstałem z krzesła. Kosztowało mnie to trochę krwi i cierpliwości, ale w końcu byłem uwolniony z lin.

Już miałem ściągnąć materiał z moich ust, kiedy się powstrzymałem. Najpierw musiałem sprawdzić drzwi. Nacisnąłem klamkę i wtedy moje obawy się spełniły. Drzwi były zamknięte.

Nagle gdzieś z oddali usłyszałem wystrzał. Ogłuszający odgłos przerwał ciszę panującą na korytarzach. Moje oczy rozszerzyły się w obawie i strachu. To nie może być...

Zanim skończyłem tę straszną myśl, znowu usłyszałem dźwięki otwieranych drzwi. Wróciła. Podbiegłem na moje miejsce i dałem ręce za moje plecy.

Weszła do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi i kładąc klucz na biurku. Uśmiechnęła na swoje błędne wierzenie w to, że byłem związany.

- No więc Harry,  - zaczęła - gdzie skończyliśmy?

Odwróciła się do mnie i popatrzyłem prosto w te zimne oczy, których miałem nadzieję nigdy więcej nie zobaczyć. Nie mogłem odpowiedzieć, oboje to wiedzieliśmy, ale zapytała tylko po to aby zrobić ze mnie głupka dla jej własnej przyjemności.

- Ah, tak. Mówiłeś mi o tym jak to nie ma niczego, co bym mogła zrobić tobie i twojej małej dziewczynie. Ale nie wiem co ci pozwoliło tak myśleć. Właściwie to już ją złapaliśmy i już została ukarana.

Wystrzał.

Zamarłem.

- Kłamiesz.- starałem się powiedzieć przez materiał.

- Wcale nie.- pani Hellman potrząsnęła głową i uśmiechnęła się z satysfakcja. Co za pieprzona suka.- Mamy ją kilka pokoi niżej.

- Nie.- powiedziałem. Podeszła bliżej w tym swoim protekcjonalnym stylu jak lew, który obserwuje swoją ofiarę.

- Tak, Harry. Ponieważ nie chciałeś powiedzieć mi tego, co chciałam wiedzieć. Robią jej to co mieli zrobić tobie.

Było coś w jej słowach, coś czego nie mogłem wskazać, coś innego w jej zwyczajnej pewności siebie. Kłamała, musiała.

Musiałem znaleźć Rose, musiałem to zrobić w tym momencie, aby upewnić się, że jest bezpieczna. Nigdy bym nie uciekł bez niej. Jeśli to co mówiła pani Hellman było prawdą, musiałem teraz ją znaleźć. Teraz.

Dlatego skoczyłem z mojego krzesła w jednym płynnym ruchu i kopnąłem je do tyłu. Zaskoczona i przestraszona mina pani Hellman była bezcenna, ale nie miałem czasu, aby się zatrzymać i tym nacieszyć.

Pobiegłbym, ale ona podążałaby za mną, próbowała mnie zatrzymać lub zawołać strażników, jeśli czegoś bym nie zrobił. Szybko, myśl szybko.

Zacisnąłem pięść i jak jej syna kilka godzin wcześniej uderzyłem w szczękę. Nie byłem z tego dumny. Bicie starszej kobiety od tak, ale nie była to jakaś słodka staruszka. W środku była diabłem z piekła rodem. I znalezienie Rose było jedyną rzeczą zaprzątającą moje  myśli, nie miałem czasu na dobre maniery.

Pobiegłem do drzwi i otworzyłem je, wkraczając w ciemność Wickendale, bez patrzenia za siebie. Nie wiem jak Lori udało się zatrzymać kogoś przed włączeniem znowu świateł, ale robiła świetną robotę. Jedynie złowieszczy czerwony kolor oświetlał budynek.

Wystrzał był gdzieś niedaleko, kilka korytarzy dalej na lewo. Popatrzyłem w obie strony i pobiegłem najszybciej jak tylko potrafiłem. Przed tym jak pani Hellman w ogóle mogła zareagować. Minąłem nieświadomego strażnika, dziesiątki drzwi. Biegłem przez przerażającą ciemność cichych korytarzy.  To było jak koszmar. Wiatr w moich włosach, moja szybkość zwiększająca się coraz bardziej, aż wydawało mi się, że gnałem z prędkością światła. Ale tym razem nie była to adrenalina. Tym razem było to przyprawiające o nudności oczekiwanie, strach i niespokojny przypływ energii, dzięki któremu biegłem co raz szybciej i szybciej.

Ta cała ucieczka testowała moje granice, ale ten moment przewyższał wszystko. Moje serce jeszcze nigdy tak nie dudniło w piersi, a mój oddech nie był tak ciężki. Ale ten strach, który odczuwałem, jeszcze nie osiągnął swych limitów.

Otoczenie stawało się znajome. Ale to tylko spowodowało jeszcze większą panikę. Tutaj, w tym miejscu strażnicy nas zauważyli.

Szybciej.

Tutaj zostałem pokonany przez środki usypiające, których efekty już dawno ustały. Usłyszałem za sobą odgłosy strażników, biegnących do miejsca wystrzału. Ale ja nadal biegłem jeszcze szybciej.

I wtedy znalazłem się tam. To pomieszczenie, w którym kazałem Rose się schować. Było przede mną tak, jak je zostawiłem. Z wyjątkiem, że drzwi były otwarte i nie było jej tam. Na jej miejscu stał Norman trzymający się za kolano. Ze wszystkich rzeczy to było ostatnim, czego spodziewałem się zobaczyć.

- Norman - powiedziałem. Mój głos był głęboki i ochrypły. - Gdzie kurwa jest Rose? Co się stało?

- Ta dziwka strzeliła mi w kolano, to się stało! - krzyknął z bólu i złości. Rose postrzeliła Normana?

Moja dziewczyna.

Pogratuluję jej później, ale najpierw muszę ją znaleźć.

- Gdzie poszła? - zapytałem.

- A skąd do diabła mam wiedzieć?

- W którą cholerną stronę pobiegła? - moja cierpliwość i czas się kończyły.

- Cholera - skrzywił się z bólu nadal trzymając za krwawiące miejsce.- Tamtędy.- Jego głos był ledwo słyszalny, ale dobrze widziałem jego dłoń. Pokazywała w jego lewo. Moje prawo. Zacząłem biec w tamtym kierunku w dół ciemnego, cichego korytarza. I wtedy mnie olśniło Norman nigdy nie podzieliłby się taką informacją tak łatwo, szczególnie po tym jak został postrzelony. Nie z taką ilością gniewu jaką miał w sobie do Rose i mnie. I nie miałem zamiaru wpadać w tę pułapkę.

Dlatego wystartowałem w przeciwną stronę niż. I jeśli był Bóg w niebie, modliłem się do niego, żebym biegł w dobrą stronę.

                                                                                                                                   
Cześć wszystkim! Tu XYZ. Pewnie jesteście bardzo ciekawi kim jestem. Mam na imię Ania (dlatego podpisuję się XYZ bo Ania brzmi strasznie i zawsze będę się podpisywać XYZ), mam 17 lat. Chodzę do 2 klasy LO do klasy mat-geo-ang xd chodzę z Magdą do szkoły, a poznałyśmy się przez twittera :) Chyba tyle z takich podstawowych informacji. Ale to nie koniec :D
Jestem directionerką (jak ja dawno tak nie mówiłam) od ponad 2,5 roku. Nadal fangirluję i słucham chłopców. Bardzo lubię czytać fanfiki (czytam ich 3842885593).jakby to kogoś interesowało to jestem na bieżąco z Psychoticem (jak kto woli Chaoticem).
Mam nadzieję, że będą wam się podobały moje tłumaczenia i nie będę miała (choć w to wątpię) dużo nauki. Trzymajcie kciuki :) Aha zapomniałabym znajdziecie mnie na twitterze @ann_ladybird i jeśli ktoś chce to na insta @annemrb i oglądać moje fotki xd. Żeby nie przedłużać to tyle. :*

Przepraszam was kochani za to opóźnienie, ale ze względu na nową tłumaczkę, miałyśmy pewne problemy techniczne, a ze względu na ogrom nauki i chorobę, która mnie właśnie bierze, nie miałam siły się z tym uporać. Błagam, wybaczcie, mam nadzieję, że teraz jak jest nas dwie, to wszystko się usprawni.
Witamy Anię:) jak podoba wam się jej tłumaczenie? Póki co z Natalią zdecydowałyśmy się ją zostawić i zobaczyć jak sb bd radzić.
Next - jest w końcu Psychotic na wattpadzie!
Iii uwaga uwaga, postanawiam, że do zakończenia rozdziały będą pojawiać się między poniedziałkiem a środą. Poniedziałek jest dla mnie najgorszym dniem na wrzucanie rozdziału, ze względu na nowy plan lekcji, więc żebyście się po prostu nie rozczarowywali, kiedy rozdział będzie nieco później. ~Magda

poniedziałek, 29 września 2014

OGŁOSZENIE PARAFIALNE

Kochani!
Nowa tłumaczka zdążyła nawalić zanim jeszcze oficjalnie nią została! Ona i jeszcze inna kandydatka miały przetłumaczyć rozdział 45 po pół i dostałam jedynie pierwszą połowę. Miała mi go dosłać do piątku, w piątek pisała, że w sobotę i od tamtej pory ani ja ani Natalia nie możemy się z nią skontaktować.
Rozdział jest 2 razy dłuższy niż każdy przeciętny, więc pozostaje kwestia: czy chcecie połowę rozdziału (najwcześniej w środę, bo mam tyle  nauki, że jtr na pewno do komputera nie siądę) i resztę w przyszłym tygodniu czy czekacie? Jak mi się uda to zrobię ankietę na blogu, a jak mi się nie uda to piszcie w komentarzach xD

poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział 44

HARRY'S POV

W Wickendale aż roiło się od strażników i innych pracowników. Jak robaki żyjące w pęknięciach tynku. Gdybyśmy z Rose po prostu zaczęli biec do wyjścia, z pewnością ktoś by nas złapał. Oczywiście była szansa, że moglibyśmy ich przegonić, ale była bardzo mała. Dwójka pacjentów gorączkowo biegnąca przez korytarze pozostała by niezauważona,  tylko za sprawą cudu.
 A my nie mieliśmy cudu na zbyciu.

Ale pacjent i strażnik już nie byliby podejrzani. Więc właśnie dlatego musiałem zabić Jamesa. Uśpienie go środkiem uspakajającym może i by zadziałało, ale niestety  takowego nie posiadałem. Więc opcja B; zabić  go i zwiększyć nasze szanse na ucieczkę.  Albo przynajmniej to próbowałem sobie wmówić, jako powód mojego pragnienia, aby go zabić.

Kiedy James zachwiał się do tyłu, nie będąc w stanie zareagować  na moje pierwsze uderzenie, ból rozchodzący się po moich kłykciach był orzeźwiający. To przez to, że mój sukces oznaczał, że nasza ucieczka była coraz bliżej. To przez to, że za każdym razem, kiedy on zataczał się do tyłu. my byliśmy bliżej opuszczenia tego miejsca.

Ciągle sobie to powtarzałem. A co jeśli czułem pewne podekscytowanie i radość, wiedząc, że miałem w końcu zabić tego mężczyznę? Czułem satysfakcję z tego, że w końcu miałem się zemścić na osobie, która o mało co nie zniszczyłaby dwóch osób, które kiedykolwiek kochałem. Bawił się i zniszczył moje życie, a teraz ja zakończę jego.

Ale wciąż, mimo tych wszystkich wymówek, wiedziałem, że to nie wszystko. Oprócz potrzeby opuszczenia tego miejsca i zemsty, było coś jeszcze.

Popatrzyłem na Jamesa takiego jak był teraz, z ręką rozmasowującą szczękę. Jego oczy zrobiły się szerokie i zdezorientowane, kiedy zobaczył, że to ja przed nim stoję.

- Co... - zaczął, kiedy moja pięść uderzyła w drugą stronę jego twarzy. Moja ręka zabolała jak cholera, ale ból niemal sprawiał mi przyjemność, wiedząc, że Jamesa z pewnością bolało bardziej. Jego głowę odrzuciło do tyłu i klika kropli krwi skapnęło z jego ust. Jego ciało znów się zatoczyło, ale jego umysł działał szybko, ręka sięgnęła po małą broń przy jego pasku.  Ja jednak byłem szybszy.

Moja stopa uniosła się i wykopała ją z jego ręki, zanim zdążył ją unieść. Broń zabrzęczała o podłogę. James chwycił się za nadgarstek, aby złagodzić ból. Ale był mądrzejszy i szybko go puścił, aby się bronić oboma rękami. Wiedział co miałem zamiar zrobić i będzie próbował mnie powstrzymać. Ale ja miałem coś czego nie miał on. Miałem adrenalinę płynącą w moich żyłach i potrzebę ucieczki. Miałem swój gniew i miałem powód. Jedynym powodem dla którego walczył on, była obrona. A to nie było wystarczająco, aby mógł się uratować.

- Harry, przestań - zażądał silnym głosem - Nie chcesz tego robić. Chodź, zaprowadzę cię z powrotem do twojej celi.

Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Zaprowadzić mnie z powrotem do celi? Poważnie?

I wtedy kolejny raz go uderzyłem.

Tym razem James tego nie kwestionował, ani go to nie zaskoczyło. Tym razem zadziałał, a to nieco zbiło mnie z tropu. Jego twarda pięść uderzyła mnie w szczękę z wystarczającą siłą, abym się zatoczył. Czy on mnie właśnie kurwa uderzył? Ból mojej szczęki to potwierdził, prowokując mój gniew. Zaczął się gdzieś głęboko we mnie, gotując się. Płonący ognień wybuchł w przeciagu jednej sekundy. Po tym wszystkim co mi odebrał, po tym wszystkim co przez niego przeszedłem, co Emily i Rose przeszły, myśli, że ma prawo tknąć mnie pierdolonym palcem. Moje pięści się zacisnęły, szczęka się napięła, a mięśnie naprężyły. Spuściłem głowę i splunąłem krwią, szybko, aby zaraz odwrócić się z powrotem do Jamesa. Pieprzony James.

Podszedłem do niego i zamachnąłem się z największą siłą i prędkością na jaką mogłem sobie pozwolić. Moje knykcie zderzyły się się z jego szczęką z satysfakcjonującym chrupnięciem i mogłem poczuć jak jego kość łamie się pod naciskiem mojej pięści.

I to było ostatnie co pamiętałem. Obraz mężczyzny, który wezbrał we mnie tyle nienawiści, tyle gniewu. Ale nagle zamienił się w innego mężczyznę, który zrobił takie same złośliwe rzeczy. Nagle nie był już strażnikiem ubranym w niebieski uniform. Zamiast tego jego włosy zmieniły na ciemny kolor, jak moje. Jego postura się wydłużyła, a jego masa zwiększyła. Nie zgolony cień powstał na jego szczęce i głębokie zmarszczki zarysowały się na jego twarzy. Wydawało się, że postarzał się o 20 lat w ciągu kilku sekund.

Nagle nie był już Jamesem Hellmanem, tylko moim ojcem. Nie patrzyłem na strażnika na ponurym tle Wickendale, ale na mój stary dom za moim ojcem spitym i leżącym na kanapie. Rozcięcia na jego knykciach, potłuczone butelki na podłodze i zapałki w moich rękach. Bił moją ukochaną matkę niezliczoną ilość razy, w większości przez to, że broniła mnie. Ale zdarzało się, że jej się nie udawało, zdarzało się, że dostawałem siniaków i innych urazów. Ten potwór nie tylko krzywdził  swoją żonę, ale też jedynego syna, czasami do tego stopnia, że wymagał hospitalizacji. Wtedy po raz pierwszy i teraz po raz drugi zdecydowałem, że mam dość szpitali.

W tamtym momencie byłem jednocześnie w teraźniejszości i przeszłości. Zapalałem zapałki i uderzałem głową Jamesa w ścianę. Rzucałem dymiący płomień na poplamiony t-shirt odrażającego mężczyzny, podczas gdy rzucałem ciało strażnika na podłogę.

Ale byłem też gdzieś jeszcze, w jakimś miejscu, które nie było ani w przeszłości ani w teraźniejszości, ale gdzieś we mnie. Byłem podekscytowany. Byłem przepełniony radością. Wszystkie ich błędy, wszystkie ich niewybaczalne czyny, wszystkie ich chore przestępstwa znikały w palącym ogniu i tryskającej krwi. A to wszystko dzięki mnie.

W obu miejscach przyglądałem się temu co zrobiłem. Mój ojciec krzyczał i rzucał się, podczas gdy jego skóra płonęła, szkody już były nie do naprawienia. I James leżał nieprzytomny na podłodze. Jego szczęka była zmasakrowana, a jego nos złamany. Jego szyja skręcona była pod pod nieregularnym kątem, ciemna krew sączyła się dodając grozy całemu obrazkowi.

Jakaś część mnie, z którą nie do końca było dobrze dało o sobie znać przez usatysfakcjonowany uśmiech.  Tatuś był martwy, tak jak i piękny chłoptaś James, w końcu poczuli ból na jaki zasłużyli.

W końcu powróciłem do rzeczywistości, nie do końca świadomy co zrobiłem,  ale całkiem pewny, że James nie żył. Chwyciłem go za ręce, ciągnąc go razem z krwią i połamanymi kośćmi, aby go ukryć.


ROSE'S POV

Ze zdenerwowania aż było mi niedobrze. Dosłownie. Mój żołądek zaczął się skręcać, a mnie zaczęło mdlić. Każdy najcichszy dźwięk sprawiał, że podskakiwałam i każda sekunda była bardziej stresująca. Liczyłam minuty, do powrotu Harryego, co wydawało się wiecznością.  Moja ręka chwyciłam róg biurka, na którym leżały dwie torby, aby uspokoić moje przeczucie. Żeby czymś zająć moje myśli, po prostu patrzyłam na torby.

Dzięki Bogu za pomoc Kelsey i Lori, bo to one nas w nie zaopatrzyły. W każdej znajdował się zestaw ubrań, trochę pieniędzy, niezbędne rzeczy, jak szczoteczka do zębów, tampony dla mnie, butelki z wodą i jakieś jedzenie. Sporo rzeczy jak na dwie nieduże torby, ale nie narzekałam.

To na co narzekałam, to powrót Harryego, który zajmował mu strasznie dużo czasu. Kiedy on tu do cholery dotrze? Minęło co najmniej 20 minut i nie chciałam dłużej rozmyślać nad tym, że Harry właśnie kogoś mordował.

Nagle drzwi się otworzyły. Poskoczyłam, nie wiedząc kto za nimi stał. Moje serce uderzało w mojej piersi i na moment stanęło, kiedy  zobaczyłam uniform strażnika, łącznie z czapką, którą mało który pracownik nosił. Ciemny niebieski kolor był nie do pomylenia. Strażnik, który przyszedł, aby zepsuć nasz plan.

Ale moje serce zwolniło, a moje ręce przestały się trząść. Bo te wystające spod czapki loki, wysoka muskularna postura i podekscytowany uśmieszek, nie mógł należeć do nikogo innego. I nikt inny nie mógł wyglądać tak seksownie w jednym z tych okropieństw.

- To jest niesamowite - oznajmiłam nie myśląc. Harry zatrzasnął drzwi za sobą i podszedł do mnie. - Wyglądasz zupełnie jak strażnik. Z wyłączonymi światłami, nikt się nie połapie.
- Taki był nasz cel, kochanie - powiedział z uśmieszkiem na ustach. Nie mogłam nic na to poradzić tylko go odwzajemnić. Wszystko jak na razie szło jak po maśle i trochę mi ulżyło. Zabicie Jamesa, żeby dostać uniform było łatwiejsze niż myślałam.

Ale musiałam zapytać:
- Więc ty...uh - zaczęłam.
- Tak - Harry odpowiedział cicho - Jest martwy.

Oh. W pomieszczeniu na chwilę zapanowała cisza. Ale tylko na chwilę, bo nie mieliśmy czasu na zmarnowanie.
- Chodź - powiedział Harry. Zanim skończył popatrzył na stół, zauważając paczkę papierosów i zapalniczkę leżącą obok pakunków, zapewne kolejna przysługa od Kelsey lub Lori. Z uśmiechem wrzucił papierosy do torby, a zapalniczkę do kieszeni. - Trzymaj torby za plecami w ten sposób - kontynuował - Chwycę cię za nadgarstki od tyłu, tak, że będą niewidoczne, zwłaszcza w ciemności.

Skinęłam, robiąc to co powiedział. Pozwoliłam mu chwycić mnie za nadgarstki za moimi plecami, podczas gdy ja chwyciłam torby i umieściłam je między nami.. Jeśli ciągle nie będzie prądu, a torby i twarz Harryego pozostaną w cieniu, powinno nam się udać wymknąć bez zbędnych pytań. Dwoje pacjentów było niebezpieczeństwem, ale strażnik eskortujący pacjenta, było niebezpieczeństwem, którym ktoś już się zajął.

- Gotowa? - zapytał. Pokiwałam głową, wiedząc,  że nic nie mogło mnie już przygotować na to co miało się wydarzyć. - Dobrze, po prostu bądź spokojna i rób to co ja. Niedługo będziemy z dala od tego miejsca, Rose, obiecuję.

Jego głos był pocieszający i mu wierzyłam. Ale to nie powstrzymało fali strachu, która uderzyła we mnie, jak tylko opuściłam gabinet Kelsey. Wkroczyłam w mroczne korytarze Wickendale. Harry w przebraniu, a ja w moim zwykłym uniformie, narażona na spojrzenia każdego kogo mogliśmy minąć.

Po godzinach studiowania bogatej w detale mapy, ruszyliśmy bez zastanowienia przez dobrze nam znane zakręcające korytarze w stronę Oddziału C. Każdy krok wydawał  się wiecznością, jakbyśmy szli po ruchomych piaskach.

Skręciliśmy za róg i tam, na końcu korytarza był jakiś pracownik. Potrzebowałam teraz podnoszących na duchu słów Harryego, ale nie mógł mi ich zapewnić. Nie widziałam jego twarzy, jedynym dowodem na to, że ciągle tam był było ciepło bijące od jego ciała i wysuszone dłonie wokół moich nadgarstków. Ale tak jak zawsze znalazł sposób, żeby mnie pocieszyć, lekko pocierając kciukiem moją dłoń, jakby chciał mi powiedzieć, żebym szła dalej. Więc tak zrobiłam.

Krok za krokiem i kobieta była zaledwie kilka metrów od nas. Czułam jak zaniepokojenie Harryego mieszało się z moim własnym. Ale niepotrzebnie, bo minęła nas, nawet na nas nie zerkając. Uff.

Potem znowu, kilka korytarzy dalej. Minął nas strażnik, rzucając sceptyczne spojrzenie. Nikt nie rozpoznał Harryego w czerwonym, przytłumionym świetle, myśląc, że po prostu zabierał mnie do mojej celi i wykonywał swoje obowiązki. Moje ramiona się coraz bardziej rozluźniały za każdym razem jak mijał nas jakiś pracownik. Plan Harryego działał i mogłam sobie tylko wyobrazić ile byśmy się musieli ukrywać i biegać, gdyby nie on. Więcej osób goniło po korytarzach, starając się ogarnąć to szaleństwo, które się tu odbywało, kiedy nie było prądu, niż przypuszczałam.

Jedną z tych osób był Brian. On mógł się domyśleć. Bo znał mnie i znał Harryego i wiedział co planowaliśmy. Jego oczy się zmrużyły, kiedy usiłował w mroku dojrzeć twarz Harryego. Tak, wiedział.

Oboje z Harrym zaczęliśmy panikować. Ale Brian się nie zatrzymał. Popatrzył na Harryego i wiedział, że coś tu nie grało, ale i tak nas minął. Jakby wiedział, że puszczenie nas, było tym co powinien był zrobić. Zawsze wiedziałam, że go lubię.

Chciałam zapytać Harryego, co on o tym myślał, ale nie mogłam ryzykować. Plus, zbliżał się do nas kolejny strażnik. I nie był Brianem.

- Hej - powiedział do Harryego, jakby oskarżał go, że robi coś złego. Cholera cholera cholera cholera cholera. - Co robisz?

Strażnik nie wyglądał znajomo. Widać było, że był kimś ważnym. Może szefem ochrony. Ale może nie znał Harryego. Może tylko upewaniał się, że ten nieznany mu strażnik robił to co do niego należało. Tak czy owak moja pierś unosiła się i opadała bardzo szybko i adrenalina płynęła mi w żyłach.

- Zabieram tą pacjentkę z powrotem do jej celi, proszę pana - Harry odpowiedział gładko - Wybiegła z terapii grupowej, kiedy światła zgasły.

Byłam pod wrażeniem Harryego pewności siebie.  Ale jeszcze mi nie ulżyło. Mężczyzna posłał mu ostre spojrzenie, jakby widoczne cechy Harryego były znajome i próbował je sobie przypomnieć. Ale kilka chwil później skinął głową.
- Dobrze, dzięki.
- Nie ma problemu, proszę pana - odpowiedział Harry. I minęliśmy się. Westchnęłam z ulgą i moje ramiona się zrelaksowały. Harry uścisnął moją rękę na część naszego małego zwycięstwa. Ale na to było jeszcze za wcześnie.

Bo parę chwil później kroki mężczyzny ucichły. Zatrzymał się. Harry zaczął iść szybciej, popychając mnie przed sobą.
- Poczekajcie chwilę - strażnik krzyknął za nami i miałam wrażenie, że jednak rozpoznał Harryego. - Hej! - krzyknął znowu i zaczął iść w naszą stronę szybkim krokiem.

Harry i ja zaczęliśmy biec.


HARRY'S POV

Kurwa. Cholera. A niech to.

Wszystko szło zgodnie z planem, aż do teraz. Ale ten cholerny kutas strażnik musiał to zepsuć. Nie mógł po prostu nas minąć, albo poczekać sekundę, aż skręcimy za róg, zanim zdecydował się nas gonić.

Ale nie mieliśmy zamiaru się poddać. Moglibyśmy biec ze wszystkich sił. Nie miałem zamiaru odpuścić sobie naszego planu, całej naszej nadziei i naszego desperackiego pragnienia, aby się stąd wydostać dla tego cholernego pracownika. Ale był zaskakująco szybki, a moje słabe płuca były zlepione czarną smołą z dymu papierosowego. A krótkie nogi Rose, razem z brakiem prawdziwego jedzenia i ćwiczeń, przez to gówniane miejsce, też już nie wyciągały. Ten strażnik z kolei był szybki.

Szybszy niż przypuszczałem. Kiedy jego ręka chwyciła moje ramie, moje serce się zatrzymało. Kurwa.

Obrócił mnie do siebie, a moje ręce straciły kontakt z nadgarstkami Rose. Nie miałem pojęcia skąd się wzięła ta igła w jego rękach, ale prawdopodobnie z jego kabury pełnej narzędzi tortur. Nie byłem nawet świdomy tego, że ją trzymał dopóki jej czubek nie został wbity  w moje ramię, a ja byłem za wolny, aby temu zapobiec.

Ale szybko doszedłem do siebie. Oczywiście byłem mężczyzną, który sprawiał większe zagrożenie niż Rose, więc w pierwszej kolejności musiał się uporać ze mną. Był nadal zdziwiony nią, bo mogła biegać wolna po korytarzach. Odwrócił wzrok od mojego ramienia tylko na moment, aby popatrzeć na nią i rozszyfrować dokąd zmierzała. Błąd.

Uznałem jego nieuwagę za okazję, szybko pozbywając się igły z mojej ręki i zatapiając ją w jego szyji, zanim się obejrzał. Sięgnął do kabury, ale wymierzyłem pięść w jego szczękę i rzuciłem go na ziemię. I już go nie było.

Ale około połowy leku znalazło się w moim krwiobiegu.
- Harry! - zawołała Rose - Wszystko w porządku?
- Rose, idź. Musisz się stąd wydostać.
- Co? I zostawić cię? Nie ma takiej opcji, Harry - oznajmiła.
- W moim organizmie już i tak są usypiacze, zaraz odpłynę. Ty musisz iść dalej, Rose.
-  Nie zostawię cię tu! - powiedziała, jej oczy już szkliły się od łez przez cały ten stres. Ból w jej głosie na samą myśl, przekonał mnie, że rzeczywiście nie miała zamiaru stąd odejść, nieważne co bym powiedział.

- W porządku - westchnęłam, moje powieki już robiły się ciężkie. - Wejdź do tego schowka. Idź i schowaj się.

Wiedziałem, że niedaleko był mały schowek na miotły po drugiej stronie korytarza. Za daleko, żebym sam tam doszedł.

- Ale ty...
-  Rose musisz mi zaufać. Idź tam i poczekaj na mnie, znajdę cię. Obiecuję, że jak się obudzę, znajdę cię. Po prostu tam zostań - poinstruowałem.

Było ciężko jej to zaakceptować, widziałem. Ale nie było innego wyboru. Nie mogła mnie sama tam zawlec, a ja nie byłbym w stanie tam dojść, zanim nie odpłynę, a ona nie mogła tu zostać i ryzykować wszystko nad czym tak ciężko pracowaliśmy przez mój głupi błąd.

- Obiecujesz? - spytała.
- Obiecuję. Zaufaj mi.

Pokiwała głową, łza skapnęła jej po policzku. W tym momencie moje powieki opadły, a ja osunąłem się na podłogę. Rose chwyciła mnie zanim w nią uderzyłem.

- Kocham cię  - powiedziała w pośpiechu. Jej małe dłonie otoczyły moją twarz i pocałowała mnie szybko, ale tak namiętnie, że niemal wybudziło  mnie to z mojej otępienia.
- Też cię kocham - wyszeptałem  jak już się odsunęła. I w końcu wiedziałem, że mnie posłuchała, bo poczułem brak jej ciepła. Zobaczyłem zamglony obraz Rose biegnącej do schowka z dwoma torbami w rękach. W oddali słychać było kroki kolejnego ochroniarza.

I to była ostatnia rzecz jaką pamiętałem, zanim wszystko spowiła ciemność.

                                                                                                              
OMG ALE EMOCJE ASJDNSDKCASJCADFCIUAFD Myślicie, że im się uda??????? Piszcie bo coś mało komentarzy ostatnio i tak smutno:(
Z rzeczy organizacyjnych: następny rozdział będzie o wiele dłuższy i w całości przetłumaczony przez dwie kandydatki na nowe tłumaczki. Jeszcze nwm jak to rozstrzygnę, może zrobię ankietę czy coś, zobaczymy.
A Psychotic na wattpadzie już będzie naprawdę niedługo! Zostało pare rozdziałów do wrzucenia, tylko ciągle nie mam czasu tego skończyć, wiecie szkoła, te sprawy... ~Magda

No cześć wszystkim tu znowu XYZ robi korektę :D mam nadzieję, że podoba się rozdział i nie ma wielu błędów ;)
jak dla mnie jest ksdfhbjshfbsajfbna tyle filsów haha a to dopiero początek :) xx

poniedziałek, 15 września 2014

Rozdział 43

bardzo ważna notka, więc przeczytaj, bo będą zmiany

Kurwa.

Dzisiaj uciekamy. Dzisiaj kurwa uciekamy ze Szpitala Psychiatrycznego dla Przestępców Wickendale. To ten moment. Czekałem na ten dzień odkąd mnie tu zamknęli i właśnie nadszedł. Cały czas miałem oczywiście wielką nadzieję, że wreszcie zwiejemy, ale to wydawało się zbyt wspaniałe, żeby mogło być prawdziwe.

No i byłem kłębkiem nerwów. Nie denerwowałem się zbyt często, ale teraz chłodny, stanowczy Harry trząsł się ze strachu. Złe myśli i powątpiewanie gromadziły się w mojej głowie wraz z obawą. Od podekscytowania aż skręcało mnie w żołądku, a zdenerwowanie ulatywało ze mnie w postaci potu. Wraz z Rose doszlifowaliśmy każdy szczegół, ale to nie znaczyło wcale, że nie ma skazy czy dziury w naszym planie. A jeśli coś rzeczywiście pójdzie nie tak i ona ucierpi, przysięgam, że...

Potrząsnąłem głową nim posunąłem się za daleko z moimi myślami. Nic jej się nie stanie, bo na to nie pozwolę. Wyciągnę nas stąd oboje. Ale to przekonywanie wcale nie ukoiło moich nerwów. Ani to, że to Rose ma zrobić pierwszy krok. To znaczy, po tym jak Lori wyłączy zasilanie. Bo to ona ma klucze. To ona pierwsza opuści swoją celę i będzie błądziła w ciemnościach korytarzami samotna i bezbronna.

Wstałem. Musiałem się czymś zająć, nie mogłem siedzieć cały czas na krawędzi łóżka. Zacząłem chodzić w tą i z powrotem przeciągając dłonią po włosach. Co, jak ktoś ją dostrzeże zanim nawet dobiegnie do mojej celi? I nie będę w stanie nic z tym zrobić?

Kurwa, muszę się uspokoić. Gdyby tylko Lori mogła zrobić już, co ma do zrobienia, żebym nie musiał przez tyle czasu o tym rozmyślać. Ale byłem zmuszony siedzieć tu i odliczać minuty do akcji, powtarzać sobie w głowie plan i wymyślać nowe problemy, jakie mogą stanąć nam na drodze. Część pierwsza: Lori wyłącza prąd, Rose otwiera swoją cele, a potem wypuszcza mnie, ja załatwiam Jamesa, kiedy Rose zabiera nasze torby. Potem się znowu spotykamy. Moja głowa była tak przepełniona innymi myślami, że nie dałem rady przetworzyć reszty punktów. Takich, jak na przykład, bycie sam na sam z Rose. Albo co jak jakiś strażnik czy inny pracownik stanie nam na drodze. Jak błądzenie po tym budynku. Takich, przez które wahałem się, czy naprawdę powinienem opuszczać miejsce, gdzie podobno pomaga się wariatom.

I wtedy światła zgasły.

ROSE'S POV

To, że byłam zdenerwowana było niedopowiedzeniem. Trzęsłam się, było mi niedobrze, nie byłam w stanie głęboko oddychać. Nie spieprz tego, powtórzyłam sobie znowu. Zbyt długo stawiałam sobie za cel wydostanie stąd Harry'ego i musiałam to wreszcie uiścić. Kto wie, jakie byłyby konsekwencje niepowodzenia.

Klucz spoczywający w mojej kieszeni wydawał się za ciężki, jak gdyby całe moje nerwy i strach ciążyły na tym kawałku metalu. Zerkałam co chwilę na zamek za kratami, które oddzielały mnie od świata i wyobrażałam sobie jak go już odblokowuję. Przypominałam sobie drogę do celi Harry'ego, jakbym odtwarzała w kółko jedną taśmę, aż do znudzenia. Wyobrażałam sobie, że siedział teraz w swojej celi równie poddenerwowany jak ja. Założę się, że trzymał między wargami papierosa, a brwi miał ściągnięte. Może siedział podrygując nogą, może chodził w kółko.

Nie powinnam sobie tym zaprzątać głowy, bo miałam lepsze rzeczy do roboty, ale nie mogłam się doczekać, aż stąd wyjdziemy i będziemy ze sobą tak, jak chcieliśmy. Jeśli stąd uciekniemy, będę mogła poczuć silne ciało Harry'ego, jego gładką skórę, jego wspaniałe usta i piękne dłonie. Oczywiście były też inne powody, dla których chciałam uciec, ale z całym tym stresem i przerażeniem tęskniłam za czymś, co by sprawiło, że zapomnę.

Ale najpierw będziemy musieli się z tym zmierzyć. Będziemy musieli przezwyciężyć zadanie, które wywoływało u mnie wielki strach i ogromne zdenerwowanie. A wiedziałam, że im szybciej to zrobimy, tym lepiej. Ale mimo wszystko, bałam się momentu, w którym wysiądzie prąd. Bo wtedy będę już zmuszona to wcielenia w życie bardzo ryzykownego, bardzo niebezpiecznego planu, który nie obejmował jedynie mnie, ale także mężczyznę, którego kochałam. To przesądzi o naszej przyszłości i dalszym naszym życiu, i wszystko to spoczywało na mnie. Ale luzik.

A wtedy, jak było planowane, światło na korytarzu zgasło. Dźwięk maszyny, który nawet nie zdawałam sobie sprawę, że słyszę, powoli cichł. Przerażająca cisza zapadła w opustoszałej ciemności. Było czarno, zupełnie czarno i ledwo cokolwiek widziałam. Moje serce zaczęło szybko bić w mojej klatce piersiowej, a ja głośno przełknęłam ślinę.

Nagle usłyszałam coś z korytarza. Wystraszone jęki, donośne krzyki i okropne wołanie rozbrzmiało we wszystkich holach.

Zebrałam się do kupy i podeszłam do drzwi. Rozejrzałam się po obydwu stronach, choć niewiele widziałam. Błądziłam dłonią po metalowym wypukleniu znajdującym się od zewnątrz drzwi i znalazłam dziurkę na klucz. Sięgnęłam czym prędzej do kieszeni znowu patrząc na boki, mimo że nie miało to większego sensu. Jak najciszej mogłam przytknęłam klucz do otwarcia. Kilka razy próbowałam, a moja adrenalina z każdą próbą wzrastała, ale w końcu usłyszałam kliknięcie.

Popchnęłam delikatnie drzwi, a one zaskrzypiały otwierając się. Ha! Tak! Żaden z pacjentów nawet nie zauważył, byli zbyt przejęci i zbyt zaślepieni w ciemności.

Nie spodziewałam się niczego innego, ale uradowanie samym faktem, że zaszliśmy tak daleko, było zarówno ekscytujące, jak i  przerażające. Ekscytujące, bo jeden z najważniejszych punktów został po części odhaczony z listy: wydostanie się z celi. Ale też przerażające, bo teraz musiałam wyciągnąć z niej8o=Harry'ego, który był kilka korytarzy dalej. A kto wie, co mnie spotka na tej drodze.

HARRY'S POV

Gdzie do kurwy nędzy podziewała się Rose? Już od kilku minut nie było prądu. Powinna już tu być na serio powinna przybiec jakieś trzydzieści sekund temu. Co jak ją złapali? Co jak ją zaciągali właśnie do pani Hellman? Lub co jak jeden z tych chorych ochroniarzy postanowił ją wykorzystać, skoro nikt nie będzie mógł nic w ciemności zobaczyć?

Torturowałem się tymi myślami ściskając mocno metalowe pręty. Byłem cały spięty, a mój oddech przyśpieszał z sekundy na sekundę. Musiałem zapalić kurwa.

Przyciskając głowę do stali, która mnie tu trzymała starałem się dosłyszeć kroki Rose. Ale ciężko było, ze względu na wrzaski, krzyki i jęki. Nagle blade czerwone światło zaczęło migotać, co mnie na początku zirytowało. Utrudni nam to ucieczkę.

Ale już kilka sekund później dziękowałem, że się paliło, bo zarysowała się w  nim figura Rose biegnącej przez hol. "Dzięki Bogu", pomyślałem, a moje napięte ramiona rozluźniły się odrobinę.

-Rose! - odważyłem się zawołać ją szeptem. Nie wydawało się, żeby ktoś zauważył, za bardzo zajęci byli tym, jak ciemność wpływała na ich umysły.

Spojrzała mi w oczy, a ja wreszcie mogłem oddychać. Szybko znalazła się przy mojej celi, a presja jaką wywierała na nią sytuacja, w której się znaleźliśmy sprawiła, że poruszała się szybciej i zwinniej. Zanim się zorientowałem majstrowała już przy zamku. Przyglądałem się i wyrównałem oddech, ale znowu przyśpieszył, gdy drzwi się otworzyły.

Oplotła mnie od razu rękami, jakbyśmy mieli to od początku zaplanowane.

-Kurwa, Rose, nawet nie wiesz, jak się martwiłem. - odetchnąłem z ulgą.
-Przepraszam - wymamrotała w mój tors.
-Nie, nic się nie stało, świetnie sobie radzisz. - powiedziałem jej, odsuwając się, by nie marnować więcej czasu. Pocałowała mnie krótko i namiętnie, jakby miało to nam dodać sił przy ucieczce. -Spotkamy się w gabinecie Kelsey, uważaj na siebie.

Rose przytaknęła i ostatni raz cmoknąłem ją w czoło nim się rozdzieliśmy. Wcale nie był to najlepszy pomysł, ale było to jedyne wyjście na tym etapie naszego planu. Poza tym, nie chciałem, żeby była świadkiem tego, co za chwilę zrobię.

ROSE'S POV

Musiałam tylko przemknąć niezauważona obok strażników dopóki nie dotrę do biura Kelsey. Zwykle było tak, że pracownicy musieli donieść pani Hellman o tego typu sytuacjach, więc pewnie większość z nich w tym momencie udawała się właśnie do niej. Co oznaczało, że raczej będą szli w przeciwnym kierunku, niż ja. Póki co jest dobrze.

Próbowałam się jakoś pocieszać w ten sposób, ale jedyne, o czym myślałam to Harry i James. Nie że nie chciałam, by James umarł, ale nie chciałam, żeby Harry kogokolwiek zabijał. Nie ważne kogo, bo odebranie życia komukolwiek nie jest powodem do dumy. A Harry aż rwał się do tego. Mimo wszystkiego, co James miał na sumieniu większość ludzi nie byłaby w stanie rzeczywiście kogoś zabić z taką łatwością i chętką jak Harry. Nie przerażało mnie to ani sprawiało, że patrzyłam na niego bardziej sceptycznie, ale po prostu tak nie powinno być.

Wyglądało jednak na to, że nie miałam wiele do gadania. To w końcu było nieuniknioną częścią ucieczki. Wolałam ignorować to dziwne uczucie niż siedzieć tu do końca życia.

Zdecydowałam się więc skupić na moim zadaniu. Wędrowałam korytarzami w stronę gabinetu Kelsey, który na pewno był otwarty. Ale znowu coś mnie tknęło i pomyślałam, że to przecież nie może być aż takie proste. Że coś pójdzie nie tak.

Weszłam do pokoju Kelsey z pewną obawą zamykając za sobą drzwi. Tu też świeciło się to czerwone światełko, dzięki czemu dojrzałam dwie małe, ale porządnie dopchnięte torby na biurku. Jedna dla Harry'ego i jedna dla mnie. Podziękowałam w głowie Kelsey i Lori, które z resztą znajdowały się teraz prawdopodobnie u pani Hellman w gabinecie. A później zaczęłam już tylko obserwować drzwi i czekać na Harry'ego, aż zgładzi, kogo miał zgładzić.

HARRY'S POV

Obserwowałem Jamesa przez kilka tygodni. Niezwykle ostrożnie, odnotowując sobie wszystko w głowie za każdym razem, gdy go widziałem. Zerkałem na niego na korytarzach, podsłuchiwałem jego rozmów, zbierałem informacje od innych. Normalnie nie chce mi się patrzeć na mordę tego fiuta, ale stanowiło to nieodzowny element naszego planu. I ta odrobina wystarczała mi, by domyślać się, gdzie może się znajdować o tej porze. Od kilku godzin patrolował pewien hol, ciągle w kołnierzu ortopedycznym. Miałem tylko nadzieję, że nie szedł właśnie do biura pani Hellman, bo on, jako jej syn, wiedział pewnie, co robić w takich momentach.

Wszedłem na owy korytarz, a tam kurwa on. Nie spodziewałem się, że będzie to aż tak dziecinnie proste, ale wyglądało na to, że szczęście mi dzisiaj sprzyja. Cicho, ale też szybko podszedłem w jego stronie, nie chcąc dawać mu zbyt wiele czas na wyjęcie broni.

Udało mi się zbliżyć do jego pleców. Tak mi kurwa gładko szło, że aż się zaczynałem martwić. Może wreszcie szczęście się do nas uśmiechnęło.

Byłem szczęśliwy jak dziecko, więc dziecinnie szturchnąłem go w ramię. Gdy zdążył się obrócić wymierzyłem potężny cios w jego szczękę, aż usłyszałem pęknięcie.

Wygląda na to, że pójdzie bezproblemowo. Wiedziałem po ostatniej bójce, że nie ma ze mną szans.  A wiedziałem też, że tym razem James nie powróci.
________________________________________________
czeeeeść kochani! :) wiem, że rozdział jest niesamowicie ekscytujący i to jest to, na co się czeka, ale mam pewną wiadomość do przekazania. dla niektórych być może będzie zła, inni się może ucieszą, ale odchodzę z psychotic. to mój ostatni rozdział, który przetłumaczyłam na tym blogu, więc mimo wszystko, mam nadzieję, że wam się spodobał. mam nadzieję, że jednak większość zapamięta mnie jako dobrą tłumaczkę i administratorkę bloga. powód jest jeden i to rzecz jasna brak czasu. byłam tutaj od początku i nie powodowałam żadnych obsuwek ani nic. wyjątkiem był poprzedni rozdział, ale tłumaczy to ten sam powód, dla którego całkiem rezygnuję. jak wiecie, albo i nie, jestem aktualnie w klasie II LO i mnie zajebali robotą. w tym roku odeszły mi przedmioty przyrodnicze i mam jedynie "przyrodę", więc wydawałoby się, że mniej pracy. ale to tylko pozory, bo dostałam 8 godzin polskiego, 5 historii i 5 hiszpańskiego. nie narzekam, bo całkiem lubię te przedmioty, nie bez powodu udałam się na human, ale taki natłok godzin prowadzi do zwiększonej ilości klasówek, które nie są już porozkładane odlegle w czasie. sprawdziany z historii, niezwykle trudne, mam co dwa tygodnie, a w między czasie odpowiedź. z polskiego na sam pierwszy semestr są ok. 34 lektury, a hiszpański to wkuwanie słówek, też na częstsze niż w zeszłym roku prace klasowe. dodajmy do tego inne przedmioty, z których mam oczywiście mniej pracy, ale nie znaczy to, że nie mam jej wcale. poza tym zostałam czasowo odcięta od komputera i telefonu w tym samym czasie. nie wyobrażam sobie znaleźć w takich warunkach chwili na przetłumaczenie czegokolwiek. wiecie, że gdyby nie była to sytuacja rzeczywiście kryzysowa zostałabym. pomyślcie, przecież w tym rytmie tłumaczenia, dla mnie zostają jakieś trzy rozdziały do końca części pierwszej: psychotic. mogłabym przecież już dotłumaczyć do końca i nie zaczynać już po prostu części drugiej: chaotic. sami widzicie, że gdybym naprawdę nie miała problemów z nadążaniem w pościgu do matury wcisnęłabym tłumaczenie w czas wolny. zostawiam was jednak w dobrych rękach, bo magda potrafi zająć się blogiem, a już z tego co wiem jest kandydatka na moją zastępczynię. jak już z magdą rozmawiałam, psychotic to "nasze dziecko" i będzie mi brakowało odpowiadania na wasze pytania na asku, czytania waszych wspaniałych komentarzy, wybierania beznadziejnych piosenek, które kocham i opiekowania się estetyką bloga i obczajania, jakimi reakcjami odnośnie psychotic dzielicie się na twitterze. nigdy nie planowałam porzucania bloga, a już tym bardziej w takim momencie, bo chciałam zostać do tłumaczenia chaotic. no nic, mam nadzieję, że magda bloga beze mnie nie zapuści hahahah.

trzymajcie się, kocham was i dziękuję za wszystkie miłe słowa, jakie do tej pory zawsze od was dostawałam, będę tęsknić za tym blogiem ♥♥♥ ~natalia :)x

O BOŻE NATALIA RYCZĘ PRZEZ CB;(((((((( Nie zostawiaj mnie z naszym wspólnym, jedynym i najukochańszym dzieckiem no;( teraz jak pomyślę ile ty w to wszystko włożyłaś pracy i serca, to ja nwm jak ja sb bez cb poradzę kochana! Mam nadzieję,  że jeszcze kiedyś będziemy nad czymś razem pracować i nie zostawisz bloga tak całkiem, a przede wszystkim, że nie stracimy kontaktu!
To prawda, że mam już dwie kandydatki na zastępstwo (i już niedługo będziecie mogli coś od nich przeczytać), ale na pewno nikt nie zastąpi nam naszej wspaniałej Natalii:(( BĘDZIEMY TĘSKNIĆ!! ~ Magda