HARRY'S POV
Zaczęło się od koszmaru.
Dni ciągnęły się przez przeszywające uszy
krzyki, tłumione szepty szaleńców, niekończące się minuty samotności i
wszystkie zbyt krótkie chwile spędzone z Rose. Spanie, śniadanie, lunch,
kolacja, znów spanie z gównianymi terapiami grupowymi wmieszanymi w to
wszystko. Codzienna rutyna. Wszystko mdłe i nudne. Nie działo się nic
niezwykłego lub niezwykłego jak na szpital psychiatryczny. Pracownicy
wykonywali swoją pracę, a pacjenci robili to co zwykle.
A przynajmniej tak wydawało się wszystkim,
oprócz naszej małej, pełnej nadziei, czteroosobowej grupki, która na pewno
zajmowała się czymś w ukryciu. Lori i Kelsey dyskretnie znosiły nam wszystkie
niezbędne rzeczy z największą ostrożnością, podczas gdy Rose i ja chodziliśmy z
minami pt. "To miejsce jest do dupy, szkoda, że będziemy tu do końca
życia". I podziwiałem Lori and Kelsey, bo ryzykowały dla nas utratę pracy.
Pomimo mojego nastawienia, naprawdę byłem im wdzięczny, a w szczególności Lori.
Mimo wszystko nie mogłem zrozumieć, dlaczego były wobec nas takie lojalne.
A teraz mieliśmy plan, który powoli
wprowadzaliśmy w życie. Był bardzo ryzykowny, bardzo specyficzny, ale mimo
wszystko bardzo dobrze przemyślany. Jeśli mieliśmy nawet najmniejszą szansę na
to, żeby wydostać się stąd w ciągu kilku najbliższych miesięcy, to ja jak
najbardziej w to wchodziłem. Ponieważ każda sekunda w towarzystwie Rose, była
przypomnieniem o tym co się może stać, jeśli tu zostaniemy. Musiałem ją stąd
wyciągnąć i zrobić to szybko. Jednakże szybkość nie była czymś co mogłem w tej
chwili otrzymać. Brnęliśmy przez dni z bolesną cierpliwością, jak ludzie przedzierający
się przez rzekę kiedy powinni zjechać zjeżdżalnią wodną.
Do czasu koszmaru. Wszystko zaczęło
przyspieszać po tym okropnym śnie. Zaczął się tak jak cała reszta.
Było zimno i ciemno i byłem całkowicie nieświadomy niebezpieczeństwa
kryjącego się w cieniu. Z wyjątkiem, że tym razem zacząłem biec. Nie
pamiętałem dlaczego i wszystko co widziałem to ledwo dostrzegalne kontury
drzew. Moje stopy niosły mnie w dal z powiewającym w moich włosach
wiatrem , który muskał moją skórę. Biegłem i biegłem, jakbym miał ukończyć
wyścig, z prędkością jaką moje płuca palacza mogły ledwo wytrzymać. Jakby
impuls elektryczny transportował adrenalinę przez moje pędzące ciało. Zacząłem
odczuwać podekscytowanie, mknąc po miękkiej trawie pod moimi bosymi stopami.
Wiatr szumiał mi w uszach i moje serce biło w piersi, a ja ciągle
przyspieszałem. Minęło sporo czasu odkąd byłem na zewnątrz; odkąd zostałem
zamknięty i w tym momencie czułem się niezwyciężony.
Zamknięty. Mój rozentuzjazmowany umysł,
zaczął zastanawiać się nad tą myślą. Zamknięty? Dlaczego miałbym być zamknięty
i gdzie?
Wickendale.
Nagle sobie przypomniałem dlaczego
biegłem. Moje tempo zaczęło słabnąć i mój radosny uśmiech zaczął blaknąć. O
czymś zapominałem. Czegoś brakowało. Moje nogi zwolniły do truchtu. Czarne
drzewa zrobiły się bardziej przerażające, jakby przypominając mi, że
byłem w niebezpieczeństwie. Zacząłem iść. Kruk przeleciał nisko nad moją głową
z kolejnym ostrzeżeniem. Moje serce wciąż waliło jak szalone w mojej
piersi, ale nie z wyczerpania. Powietrze było ciężkie od smug mgły. W powietrzu
wisiało coś bardzo złowrogiego. Przyprawiało mnie to o gęsią skórkę, i
sprawiało, że włos jeżył się na karku.
Ale niechętnie brnąłem do przodu przez smugi mgły, przez trawę i przytłaczające
drzewa. Droga chyliła się w dół zbocza, prowadząc do czegoś co wyglądało jak
woda. Moje oczy starały się dostrzec coś przez gęste powietrze, które rozstąpiło
się ukazując coś w rodzaju jeziora. Mimo to czułem, że coś jest nie tak. Ale
nie mogłem zawrócić. Więc podszedłem do brzegu i stałem tam przez chwilę,
wsłuchując się w dźwięki, które mogły potwierdzić moje pełne strachu
przypuszczenia. Przyglądałem się blado szarym wodom, wypatrując zmarszczek na
tafli wróżących pojawienie się ewentualnego drapieżnika.
Coś było w tej wodzie. Ciemne i wijące się jak rozlany atrament.
Zdecydowałem się zrobić jeszcze jeden krok, moja stopa zanurzyła się w zimnym
jeziorze. A potem jeszcze jeden krok. I kilka następnych, dopóki
obraz nie zrobił się lepiej widoczny. Były to włosy dziewczyny rozpostarte jak
wachlarz. Poczułem jak krew odpływa mi z twarzy. I Boże nie chciałem jej
obracać, żeby ujrzeć jej twarz, bo wiedziałem, że to nie była zwykła
dziewczyna, ale martwa dziewczyna, źródło mojego strachu. Ale mimo wszystko
moja ręka wyprostowała się i dotknęła materiału pod ciemnymi pasmami. Cofnąłem
się, kiedy niechętnie odwróciłem ciało dziewczyny na plecy.
I wtedy zacząłem krzyczeć.
Przede mną w wodzie dryfowało to o czym
zapomniałem, niepokojące nieznane niebezpieczeństwo. Natychmiastowo zapiekły
mnie na ten widok oczy, tak że musiałem odwrócić wzrok. Leżała tam Rose
ze swoją gładką bladą cerą, czerwonymi ustami lekko rozchylonymi i pięknymi
czarnymi włosami rozłożonymi na powierzchni wody, sprawiając, że wyglądała
jak jakaś bogini. Ale pod tym, zaczynając od jej szyi, było to od czego robiło
mi się niedobrze na sam widok. Jej skóra była obdarta z jej niegdyś pięknego
ciała. Była tylko samym mięsem, jak zarżnięte zwierzę,
pokrytym czerwoną krwią.
Moje serce podskoczyło, wydałem z siebie
okrzyk i próbowałem się odwrócić, ale mój śniący umysł mi na to nie pozwalał.
Obraz pozostał. Rose, która była moją siłą, była kolejną rzeczą, jakiej nie
udało mi się obronić. I moją karą było widzieć ją w takim stanie, jej piękną
martwą twarz, bez życia plątanina mięśni i żył.
Nagle krzyki przedostały się do mojej
świadomości, kiedy obudziłem się z ochrypłym krzykiem rozdzierającym moje
gardło. Moje oczy szukały w ciemności Rose, tej żywej, ale odnalazły jedynie
moją brudną celę.
Ale ulga była wystarczająca. Wiedziałem,
że Rose była żywa, i że była w swojej celi, tak jak za każdym razem, kiedy te
okropne sny się pojawiały. Wszystko będzie dobrze. Wiedziałem, że Rose była
bezpieczna. To czego jednak nie wiedziałem, to to, że ten ostatni przerażający
koszmar, zapoczątkuje naszą ucieczkę.
ROSE'S POV
Dni były nudne i nie czułam, żadnego
podekscytowania czy radości, ale nie czułam też cierpienia lub
smutku. Nudziłam się już po prostu oczekiwaniem. Chciałam stąd uciec i
chciałam zrobić to już, a cierpliwość nigdy nie była moją mocną stroną.
Więc, kiedy Kelsey poinformowała mnie o
przełomie w naszej sprawie byłam podekscytowana. Nie mogłam się doczekać, żeby
powiedzieć Harryemu, niemal podskakując w drodze przez oddział. Prawdopodobnie
wyglądałam na bardziej szaloną niż połowa tutejszych pacjentów.
Wpadłam przez drzwi i podeszłam prosto do
niego, z trudem powstrzymując uśmiech. Również powitał mnie z uśmieszkiem na
twarzy. Po szybkim przywitaniu i krótkim pocałunku, chciałam przejść prosto do
tematu, ale Harry odezwał się pierwszy.
- Jak myślisz, dlaczego one to dla nas
robią? - zapytał.
- Co? - powiedziałam, zaniepokojona
pytaniem.
- Dlaczego Kelsey i Lori pomagają nam
uciec? Ryzykują utratą pracy i tak dalej.
- Ponieważ wiedzą, że nie zasługujemy by
tu być. Kelsey jest moją najlepszą przyjaciółką i chce, żebym stąd uciekła, a
Lori mówiła coś o przejściu na emeryturę, kiedy jeszcze z nią pracowałam. Może
chciała zrobić ostatnią rzecz na złość pani Hellmam, zanim odejdzie.
Harry kiwał głową, analizując moje słowa.
Zadawałam sobie to pytanie wiele razy, mając nadzieję, że to nie zasadzka; bo
po wszystkim co się wydarzyło, wcale by mnie to nie zaskoczyło. Ale wierzyłam,
że Kelsey i Lori naprawdę chciały nam pomóc.
Wykorzystałam moment, kiedy Harry
zastanawiał się nad moimi słowami, aby obwieścić dobrą nowinę.
- Mam klucz - wyszeptałam.
- Masz co? - spytał, a uśmiech momentalnie
zaczął formować się na jego twarzy.
- Kelsey mi go dała. Mamy plan, mamy
klucz, Lori ma nasze torby z wszystkimi niezbędnymi rzeczami. Harry, jesteśmy
gotowi, żeby uciec z Wickendale.
Jego uśmiech był największy i najbardziej
olśniewający jaki u niego widziałam od jakiegoś czasu.
- To jest kurwa niesamowite - powiedział,
przyciągając mnie do siebie w mocnym uścisku . - W końcu się stąd wydostaniemy
- wyszeptał w moje ucho. Śmiałam się razem z nim, ale nie czułam tego tak jak
powinnam. Nie byłam aż tak szczęśliwa. I Harry musiał to zauważyć, musiał
usłyszeć nieobecność w moim śmiechu i to że jestem nieco zdenerwowana.
- Co jest? - spytał, odsuwając się,
aby spojrzeć mi w oczy - Coś nie tak? - Brzmiał na trochę zawiedzionego, że nie
podzielam jego entuzjazmu.
- To tylko... Nie wiem, po prostu się
boję. Mam wrażenie, że to nie może być takie proste, ale z kolei co jeśli jest?
Policja będzie nas szukać do końca naszego życia, Harry.
- Wiem - odpowiedział cicho. - Ale lepiej
uciekać przed tym miejscem, niż utknąć w nim. Przetrwaliśmy całe gówno pani
Hellman, więc najwyższy czas, żeby jej go trochę oddać.
Skinęłam, ale wciąż nie byłam przekonana.
Nasz plan wiązał się z kilkoma niebezpiecznymi rzeczami i naprawdę nie
chciałam, żeby coś poszło nie tak. Oczywiście, że cieszyłam się na myśl o
wolności, ale byłam też kłębkiem nerwów.
- Rose, przysięgam na Boga, wydostaniemy
się stąd - zabrzmiał głos Harryego, miękki i kojący. - Może i coś pójdzie źle,
ale poradzimy sobie. Wydostaniemy się z tego cholernego budynku i będę cię
chronił cały czas, okej??
Jego usta przycisnęły się do mojej skroni,
szepcząc: - Będziesz bezpieczna, Rose.
Skinęłam, po czym niechciana łza spłynęła
mi po policzku. Nasze krzesła były już i tak blisko, więc z łatwością
ułożyłam głowę na jego ramieniu; moja ręka spoczęła na jego brzuchu, a jego
objęła moje ramiona.
- A co będzie po ucieczce? - spytałam.
- Po ucieczce będziemy biec. Pobiegniemy
kilka mil z dala od tego miejsca i kiedy będziemy już wystarczająco daleko,
wsiądziemy do samolotu i odlecimy. Myślałem o Fiji, może Bahamach. Gdzieś
za granicą, jakieś tropiki, gdzie będziemy mogli się kochać na plaży i pić
pina coladę. Nikt tam nie będzie słyszał o londyńskich zbiegach i będziemy
bezpieczni i szczęśliwi. Brzmi dobrze? - spytał, ocierając
kciukiem pojedynczą łzę z mojego policzka.
Pomysł był oczywiście tylko marzeniem, ale
uśmiechnęłam się tak czy inaczej. Sekrety o rzekomym morderstwie Harryego
zniknęły w powietrzu jak bańka mydlana i wiedziałam, byłam pewna, że nie było
lepszej osoby, z którą mogłabym uciec ze szpitala psychiatrycznego.
- Brzmi idealnie - zaśmiałam się.
Jeden ze strażników obrzucił nas
czujnym spojrzeniem, ale nie zareagował na naszą bliskość. Nikogo tak naprawdę
nie obchodziliśmy, odkąd oboje byliśmy pacjentami i nie byli jeszcze
świadomi tego, że niedługo miało się to zmienić.
- Więc kiedy według Kelsey powinniśmy
wcielić nasz plan w życie? - spytał Harry.
- Jutro. Kelsey i Lori obie są
gotowe.
Poczułam jak się wyprostował i
westchnął.
- Cholera - powiedział. - Jutro uciekamy z
Wickendale?
- Taa - powiedziałam z dużo większą
obojętnością, która niż to co naprawdę czułam. Harry i ja mieliśmy się jutro
wydostać z instytucji dla psychicznie chorych.
idk wgl mi nie szedł ten rozdział, przepraszam;( wielkie rzeczy nadchodzą, podekscytowani?! ~Magda
Cze tu XYZ pojawiłam się tylko dziś i znikam po poprawieniu tego rozdziału. Mam nadzieję, że nie ma wielu błędów i podoba wam się ten rozdział. xx
NO WIĘC NATALIA MA JAKĄŚ AWARJĘ I DOPIERO DZIŚ MI NAPISAŁA WIECZOREM, ŻE NIE ZROBIŁA KOREKTY I NIE WRZUCIŁA ROZDZIAŁU I NIE MA DOSTĘPU DO INTERNETU I JAKIEŚ WAŻNE SPRAWY NA GŁOWIE, WIĘC NA SZYBKO SZUKAŁAM KOGOŚ, ŻEBY TO ZROBIŁ. BEZ HEJTU PROSZĘ, SYTUACJE LOSOWE SIĘ ZDARZAJĄ CNIE, CHYBA ROZUMIECIE, SIŁA WYŻSZA JEDNYM SŁOWEM.
I jak wam się podoba korekta w wersji XYZ (kocham cie, dziekuje!!!)?? Może zatrudnimy ją na stałe jako naszą "awaryjną" tłumaczkę?? ~Magda